„Malarz”. Zbrodnia jako dzieło sztuki i granice tej metafory
Napisać o kryminale, że jego bohaterowie fascynują bardziej niż sama zbrodnia, to albo postawić zarzut autorowi, że nie domyślił intrygi, albo dostrzec coś rzadkiego, pisarza, który wie, gdzie naprawdę mieszka napięcie. W przypadku „Malarza” Piotra Chomczyńskiego objawia się to drugie z wymienionych spostrzeżeń.
Pisałem już o „Kucharzu”. O najciemniejszym mroku, jaki pojawił się wówczas w polskim kryminale, o demonicznym duecie zła i chemii, który Chomczyński zademonstrował jako debiutant z akademickim rodowodem. Pisałem też, że powieść nosi pewne blizny pierwszej próby beletrystycznej, z nierównym rytmem narracji, miejscami zbyt odważnym realizmem fabularnym. Pisałem jednak przede wszystkim, że układ interpersonalny czworga głównych bohaterów — Marcina Kocha, komisarz Marzeny Branickiej, Natalii Klein i profesora Bogusława Kleina — jest literacko najsilniejszą substancją tej powieści, czymś, co obiecuje więcej niż debiut. I miałem rację, bo „Malarz” spełnia tę obietnicę z nawiązką.
Ten sam kwartet powraca, ale głębszy, sparzony, bardziej uwikłany we własne traumy. Koch wykłada na uczelni i próbuje udawać przed sobą, że sprawa z poprzedniej powieści to już zamknięty rozdział. Natalia Klein, choć zewnętrznie przemieniona — kolorowe sukienki zamiast wyciągniętych swetrów, pewność siebie zamiast wiecznej szpili — nosi w sobie bliznę, której terapeuta może dotknąć, ale usunąć nie potrafi. Komisarz Branicka zachowuje żelazny profesjonalizm z ledwo skrywanym szacunkiem wobec konsultanta, którego nie powinna potrzebować, a potrzebuje. I wreszcie profesor Klein, zamknięty za kratami zakładu karnego we Wronkach, ale obecny jak powracający motyw w kompozycji muzycznej, tym razem kluczowy dla finału w sposób, który poraża swoją dramatyczną ironią: jeden ojciec usiłuje zabić Kocha zza krat, drugi — ocalić go. Wzajemne relacje, gry, uzależnienia i napięcia psychologiczne tych czworga postaci to najlepsze literacko, co Chomczyński napisał. Wciągające, miejscami wręcz fascynujące, i o klasę przewyższające narrację kryminalną, która je otacza. Dlatego niedoskonałości intrygi można odłożyć na bok. Dlatego czeka się na trzecią część z autentycznym niepokojem, zwłaszcza po ostatniej scenie „Malarza”, tak dramatycznie i zagadkowo otwartej, że autor, jak się zdaje, sam dobrze wiedział, co robi.
Tym razem pisarz sięga po świat sztuki i robi to z imponującą erudycją, znacznie bardziej rozbudowaną niż w „Kucharzu”. Sieć odwołań do malarstwa i grafik dawnych i współczesnych mistrzów (od grafik Gustava Doré po ciemne wizje Zdzisława Beksińskiego) nie jest tu dekoracją ani kulturowym alibi. To język sprawcy, system szyfrów ukrytych w dziełach sztuki, mapa kolejnych zbrodni. Koch musi wyjść poza swoją strefę kompetencji, musi słuchać, musi polegać na wiedzy historyka sztuki i kustosza, a te sceny, w gabinecie docenta, przy nałożonych na siebie kopiach rycin, przy odkrywaniu ukrytych współrzędnych, są jedne z najlepszych w całej powieści – błyskotliwe, angażujące, żywe. Chomczyński nie udaje znawcy, konsultantów wymienia z imienia, dziękuje im otwarcie. To uczciwy gest, wcale nie tak częsty w literaturze gatunkowej. Efekt? Czytelnik odkłada „Malarza” z poczuciem, że wie o Beksińskim i Doré coś, czego nie wiedział, a to niebłaha zasługa kryminału.
Intryga — ciała odnajdywane w Lesie Kabackim, w nieczynnym kinie, w garażu, zawsze z obrazem jako podpisem zabójcy — jest barwna i niepowtarzalna. Sprawca buduje własny makabryczny teatr, ofiary upozowane jak postacie z dawnych rycin, mury pozornie nietkniętych ścian skrywające szczelnie zapakowane ciało, a do tego kopie dzieł z zaszyfrowanymi współrzędnymi kolejnych miejsc zbrodni. To pomysł na mordercę z najwyższej półki wyobraźni fabularnej. Ale i tu należy powiedzieć wprost, jest to pomysł bardziej z gatunku literackiego niż kryminalistycznego. Zabójca-artysta o tak wyszukanych metodach to postać, którą trzeba przyjąć z pewną dozą umowności, z przymrużeniem oka podobnym do tego, z jakim czyta się u Remigiusza Mroza o zwłokach rozciągniętych na krzyżu na Giewoncie. Chomczyński stara się urealniać ten teatr, szczegóły techniczne postarzania powierzchni malarskich, toksykologia, techniki utrwalania zwłok, entomologia i z pewnością czyni to starannie. Jednak typ sprawcy jest na tyle charakterystyczny psychologicznie i na tyle wyrazisty obyczajowo, że uważny czytelnik, doświadczony w bojach kryminalnych zagadek literackich, zawęża krąg podejrzanych stanowczo zbyt wcześnie. W moim przypadku, o dobre kilkadziesiąt stron przed finałem. To nie przenikliwość, to schematyczność rysunku postaci, która zdradza autora.
Jest wreszcie rzecz, której — jako człowiek z policyjnym doświadczeniem — Chomczyńskiemu wybaczyć nie potrafię, choć bardzo bym chciał. Razi niedbałość w elementarnych procedurach śledczych, zaskakująca tym bardziej, że autor wyraźnie dba o kryminalistyczny realizm powieści i w podziękowaniach wymienia własnego konsultanta-technika kryminalistyki. Scena oględzin zwłok mężczyzny w garażu: Branicka konstatuje, że sprawca chciał, by ofiara cierpiała, Koch zastanawia się, czy między sprawcą a ofiarą mógł istnieć osobisty konflikt, policjantka kwituje, że ten wątek jest sprawdzany. Kilkanaście stron dalej — dobę po tych oględzinach — dowiadujemy się, że policja właśnie ustala tożsamość anonimowych zwłok z tegoż garażu. Jak więc dobę wcześniej można było badać wątek osobistych konfliktów człowieka, którego jeszcze nikt nie zidentyfikował? To nie błąd narracyjny, to błąd logiczny, demontujący wiarygodność sceny od środka. Takich „bubli” nie oczekuję od autora, który kryminologię wykłada na uczelni.
Ale niech to wszystko nie przesłoni tego, czym „Malarz” naprawdę jest, powieścią wyjątkowo przyjazną czytelnikowi i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Rozdziały krótkie, tempo wartkie, strony same się przewracają. Chomczyński pisze tak, że lektura nie wymaga wysiłku, a daje satysfakcję. Historię wchłania się szybko i chętnie, a po odłożeniu książki zostaje się z bohaterami, którzy nie chcą odpuścić. Erudycja nie przytłacza, bawi i wzbogaca. Intryga, choć szalona, wciąga. A finał, dramatyczny, otwarty, pełen niepokoju o los Kocha, sprawia, że sięgnięcie po trzeci tom będzie odruchem, nie decyzją. Chomczyński pisze serię, do której się wraca nie z obowiązku czytelniczego, lecz z prawdziwej przyjemności. I to jest komplement, na który niewielu autorów zasługuje.
