„Susza”. Jak głęboko można ukryć prawdę?

Są autorzy, których czyta się z sympatią, i są tacy, których czyta się z zaufaniem. Sympatia to uczucie wobec książki, zaufanie — wobec pisarza. Jørn Lier Horst należy do tej drugiej kategorii i mówię to z pełną świadomością, bo przez lata czytelniczej znajomości z komisarzem Williamem Wistingiem nie miałem powodu wątpić, że Norweg wie, co robi. „Susza”, osiemnasta już odsłona tej serii, nie tylko tego zaufania nie nadwyrężyła, lecz głęboko je umocniła.

Tytuł jest tu czymś więcej niż chwytliwym słowem na okładce. Susza to zdarzenie klimatyczne, które zmusza do ujawnienia się tego, co miało pozostać pod wodą. Opadające jezioro Farris odsłania dno pełne wyrzuconych przedmiotów, starą łódź, zmurszałe deski, żeliwny złom, sejf, a wraz z nimi motocykl i kości jego kierowcy. Zaginiony przed ośmioma laty szesnastolatek, Morten Wendel, właśnie wrócił z martwych. Tyle że jego powrót nie zamknął żadnej sprawy. Otworzył nowe pytania. Bo niemal w tym samym czasie, kilkaset metrów dalej, inny poszukiwacz, emeryt z wykrywaczem metali, wyciąga z wyschniętego dna złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie litery A. I ta litera to imię, które media zapamiętały cztery lata wcześniej. Annika Bengt, czternastolatka zaginiona na kempingu po szwedzkiej stronie granicy.

Dwa równoległe zniknięcia, dwa dziwne przypadki, jedna susza. Autor „Złej woli” nie sięga po przypadkowe skrzyżowanie losów, on buduje inteligentną architekturę narracyjną, w której klimat staje się elementem dramaturgicznym z prawdziwego zdarzenia.

To, co od pierwszych stron uderza czytelnika niejednej powieści byłego policjanta, to osobliwa wstrzemięźliwość stylistyczna pisarza. Żadnego efekciarstwa, żadnych wymuszonych kulminacji, żadnej przemocy dla samego efektu. Jest za to coś znacznie trudniejszego do uchwycenia. Napięcie wypracowane metodycznie, z zimną konsekwencją rzemieślnika, który dobrze wie, że czytelnik ucieknie dopiero wtedy, gdy poczuje się manipulowany. Horst nie manipuluje. On prowadzi śledztwo razem z Wistingiem, krok po kroku, z tym samym rytmem, jaki charakteryzuje rzeczywistą pracę policji — mozolną, pełną powtórzeń, opartą na zbiorowym wysiłku i zawodowej rzetelności.

I właśnie tu tkwi powód, dla którego od lat wracam do tej serii z czymś rzadkim w kryminalnym czytaniu, z satysfakcją poznawczą. Jako były funkcjonariusz policji z trudem znoszę te wszystkie fikcyjne geniusze w podartych swetrach, którzy rozwiązują sprawy w pojedynkę między szklanką whisky a dramatycznym przebłyskiem intuicji. Horst, sam z długoletniego doświadczenia zawodowego śledczy, pisze zupełnie inaczej. Jego Wisting jest komisarzem pracy zbiorowej. Koordynuje, słucha, weryfikuje, wraca do punktu wyjścia, gdy trop się urywa. Wprowadzony w tej powieści Daniel Rana, młody funkcjonariusz zastępujący urlopowiczów, to nie retoryczny wynalazek. To typ postaci, którego widziałem wielokrotnie, człowiek z ambicją i chęcią, który uczy się przez przyglądanie.

Ale „Susza” to coś jeszcze. Horst, pisarz z wyjątkową wrażliwością na to, co pozostaje za ramą protokołu, nigdy nie pozwala, żeby zbrodnią była tylko zagadka logiczna. Rodziny, które żyją z niewiedzą. Prawda, która nie przynosi ulgi, bo okazuje się, że nic już nie można naprawić. Skrzywdzeni, którzy musieli uczyć się istnieć z ciężarem traumy zanim w ogóle ktokolwiek ją potwierdził. Morten Wendel nie jest jedynie ofiarą śledztwa, jest postacią, której zniknięcie ujawnia wcześniejszą zbrodnię, tę nierozliczoną, tę, wobec której system okazał się zbyt powolny albo zbyt wstrzemięźliwy. Autor „Jaskiniowca” nie krzyczy tego z kart powieści, on pozwala, żeby czytelnik sam dobił do tego wniosku. I to właśnie ta powściągliwość moralna, bez kaznodziejstwa, bez taryfy ulgowej, czyni z jego kryminałów coś więcej niż dobrą rozrywkę.

Architektura fabularna „Suszy” jest przemyślana i skrupulatnie wykonana. Dwa pozornie odległe wątki zbiegają się nie przez przypadek, lecz przez logikę ludzkich decyzji, tych podejmowanych ze strachu, z chciwości i z milczącego przyzwolenia. Każda informacja, którą autor serwuje, okazuje się potrzebna. Nie ma tu scen dorzuconych dla tempa ani postaci istniejących wyłącznie po to, żeby powiedzieć nam to, czego sam komisarz jeszcze nie wie. Horst czyni narrację szczelną. I to jest mistrzostwo, które doceniasz tym bardziej, im więcej seryjnych skandynawskich kryminałów za tobą.

Osiemnasta odsłona. W serialach telewizyjnych tyle odcinków to często sygnał zmęczenia formuły. W przypadku Wistinga to dowód na coś zupełnie przeciwnego, że pisarz, który wie, o czym pisze, i który ma coś do powiedzenia poza intrygą, nie wyczerpuje się, lecz gdoskonali.

Powiem wprost: lubię tę serię. Lubię Wistinga. I lubię Horsta, za to, że nie próbuje mnie olśnić, tylko zabrać ze sobą w teren. Po „Suszy”, jak zawsze, wychodzę z poczuciem, że spędziłem czas na prawdziwym komisariacie, a nie w teatrze zbrodni.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Smak Słowa.

Metryczka

Tytuł: Susza
Autor: Jorn Lier Horst
Gatunek: kryminał norweski
Wydawnictwo: Smak Słowa
Rok wydania: 2025
ISBN: 978-83-67709-51-4

Nasza ocena