Zło w słusznej sprawie. „Ciemność” Huberta Hendera
Są kryminały, które rozświetlają mrok. I są takie, które w nim zostają — celowo, konsekwentnie, bez zamiaru wychodzenia na powierzchnię. „Ciemność” Huberta Hendera należy do tej drugiej grupy. I właśnie dlatego jest czymś, od czego trudno się uwolnić.
Hubert Hender nie pojawił się na polskiej mapie kryminalnej nagle. Zaczął w 2013 roku od „Zapory” — powieści o jeleniogórskim komisarzu Marku Iwanowiczu, osadzonej w dolnośląskim pejzażu, który stał się dla niego literacką ojczyzną. Dwie kolejne części z Iwanowiczem — „Kolejność” i „Lęk” — ugruntowały jego pozycję jako pisarza, który wie, jak budować klimat miejsca i jak sprawić, by prowincja przestała być jedynie tłem, stając się pełnoprawnym bohaterem zbiorczym. Ale to dopiero seria kłodzka — cykl z podkomisarzem Filipem Krauzem i aspirantem Igorem Fijałkowskim — pokazała, czym Hender naprawdę chce być jako autor. „Milczenie”, „Fałsz”, „Potwór”, „Polowanie” — każda z tych powieści odsłaniała kolejną warstwę, każda była o coś ciemniejsza od poprzedniej. Nie bez powodu seria trafiła na czołówki list audiobooków. Jest w niej bowiem coś, co trudno zdefiniować, a czego czytelnicy szukają instynktownie: odczucie, że historia dzieje się naprawdę.
„Ciemność” jest tomem piątym. I jest to tom, który sprawia, że całą tę drogę widzi się inaczej.
Punkt wyjścia pozornie nie wróży niczego nadzwyczajnego. Rutynowa akcja, pościg za gangiem złodziei samochodów, wypadek policjanta. Ale Hender — i to jest jego pisarski znak rozpoznawczy — wie, że w kryminale nie chodzi o to, co się zaczyna, lecz o to, dokąd się dochodzi. A dochodzi się tutaj bardzo daleko. Dalej, niż czytelnik może się spodziewać i — należy to powiedzieć uczciwie — dalej, niż niektórzy mogą chcieć podążać.
Bo „Ciemność” jest powieścią brutalną. Nie w sensie taniej dosłowności, ale brutalności systemowej — takiej, która przesiąka przez każdą warstwę narracji, przez każdy dialog, przez każdy opis miejsca. To brud współczesnego świata: zorganizowana przestępczość, lojalność kupiona strachem, przemoc jako język codzienności, środowiska, w których wartości dawno już wymieniły adresy z interesem. Hender nie serwuje tego z sadystyczną przyjemnością. Raczej z przekonaniem, że jeśli chce się opowiedzieć coś prawdziwego o tej Polsce — tej nizinnej, peryferyjnej, bez połysku — to inaczej się nie da.
Tym, co „Ciemność” wyróżnia na tle całego cyklu, jest jednak przede wszystkim portret dwóch głównych bohaterów. Krauze i Fijałkowski — para, którą czytelnicy znają od „Milczenia” — w tej odsłonie zostają postawieni wobec pytania, które dotychczas było jedynie tłem: do jakiego miejsca można zajść w imię sprawiedliwości, zanim przestaje się wiedzieć, gdzie jest granica? Hender ryzykuje tutaj pomysłem, który na papierze brzmi karkołomnie, a w realizacji okazuje się odważnym wyborem narracyjnym. Obaj policjanci nie tylko poruszają się na krawędzi prawa i etyki — oni tę krawędź przekraczają. Wielokrotnie. Świadomie. I nie zawsze z powodów, które łatwo obronić.
To jest właśnie to, co w tej powieści boli najbardziej i co zarazem czyni ją literacko znaczącą. Dobro — rozumiane tutaj przewrotnie, niemal prowokacyjnie — nie jest domeną czystych rąk. Sprawiedliwość, którą wymierzają Krauze i Fijałkowski, jest sprawiedliwością kosztowną, skażoną, niejednokrotnie o krok od tego, czemu mieli się przeciwstawiać. Hender nie ocenia swoich bohaterów z wysokości autorskiego trybunału. Ale też nie zwalnia ich z odpowiedzialności. Zostaje z nimi w tej ciemności — jako obserwator, który rozumie, nie broni.
Dla czytelnika, który przez całą serię zżył się z tymi postaciami, obserwowanie ich tutaj jest doświadczeniem etycznie niekomfortowym. I dobrze. Bo komfort w literaturze to często sygnał, że coś istotnego zostało pominięte.
Tytuł działa na wielu poziomach jednocześnie i to jest jeden z najbardziej przemyślanych elementów tej książki. Ciemność przestrzeni — Dolny Śląsk poza trasami turystycznymi, miejsca, które w dzień wyglądają na zapomniane, a nocą okazują się żywe złym życiem. Ciemność historii — przeszłość, która nie ginie, lecz fermentuje i w końcu wybucha. Ciemność charakterów — nie tylko złoczyńców, lecz właśnie tych, którzy mieliby stać po drugiej stronie. I ciemność wewnętrzna — ta, z którą każdy z bohaterów pozostaje sam, gdy kończy się akcja i nie ma już śledztwa, za którym można się ukryć.
Są w tej powieści nieliczne płomyki czegoś innego: relacje, uczucia, chwile, gdy ludzka strona bohaterów przebija się przez pancerz zawodowej bezwzględności. Hender nie epatuje tymi momentami — podaje je oszczędnie, jakby wiedział, że za dużo światła zniszczyłoby architekturę mroku, który zbudował. A to właśnie ta architektura jest najbardziej przekonująca.
Warto też powiedzieć o tym, co sprawia trudność — i powiedzieć to uczciwie, bo recenzja, która tylko chwali, jest recenzją niepełną.
Hender pisze szybko, intensywnie i z wyraźną pasją do klimatu kosztem niekiedy precyzji psychologicznej. Niektóre poboczne postaci pozostają płaskie dłużej, niż powinny — przede wszystkim te ze strony świata przestępczego, który momentami graniczy z konwencją gangsterskiej prozy bardziej niż z dokumentem obyczajowym.
A jednak — i to jest zdanie, które po tej lekturze jest jedynym uczciwym podsumowaniem — jest to powieść, która pozostaje. Długo. Z niepokojem pytania, którego Hender nie zadaje wprost, ale które wywołuje każdą sceną: do jakiego stopnia ciemność, w której pracujemy, może nas w końcu pochłonąć? I czy zawsze jesteśmy w stanie powiedzieć, kiedy to się stało?
Ale jest w tej historii jeszcze jeden niepokój — głębszy i, po zamknięciu ostatniej strony, może najbardziej dojmujący. Bo Krauze i Fijałkowski nie są jedynymi, którzy przekraczają granice. W cieniu tej opowieści pojawia się coś, co trudno opisać bez odbierania czytelnikowi możliwości samodzielnego odkrycia — postaci lub siły, które działają pod szyldem wartości nie mniej wzniosłych niż sprawiedliwość i miłość, a których ciemność jest, paradoksalnie, gęstsza i bardziej nieprzenikniona niż ta, którą otwarcie widać w policyjnych działaniach bohaterów. To właśnie ten wymiar powieści jest — celowo — niedomówieniem, które można rozwiązać wyłącznie przez lekturę. I które sprawia, że pytanie „kto tu tak naprawdę reprezentuje zło?” traci oczywistą odpowiedź.
„Ciemność” Huberta Hendera to, jak dotąd, najmocniejsza część kłodzkiego cyklu. Najbrutalniejsza w swoim diagnozowaniu świata, najodważniejsza w decyzji, by nie ocalać bohaterów przed nimi samymi. Ubrana w gęstą narrację, z nielicznymi momentami ciepła, które przez swą rzadkość działają tym mocniej — jest pozycją obowiązkową dla tych, którzy od kryminału oczekują więcej niż sprawnej zagadki. Dla tych, którzy chcą, żeby literatura brudniła ręce.
I jest jeszcze jeden powód, by po tę książkę sięgnąć — i by po jej przeczytaniu nie odkładać serii na półkę zbyt spokojnie. Hender, jak w poprzednich tomach, nie zamyka historii szczelnie. Zostawia ją w zawieszeniu — nie w sposób frustrujący, lecz z rozmysłem pisarza, który wie, że nie wszystkie rachunki są płatne od razu, a niektóre wątki, zanim dojrzeją do rozwiązania, muszą jeszcze pobrzmiewać. To zawieszenie nie jest brakiem, lecz obietnicą — i sprawia, że kolejny tom tej serii staje się nie tyle miłą perspektywą, co zwyczajną koniecznością.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Bukowy Las.
