Milczenie jako zbrodnia. „Chłód” Mathii — recenzja

Są autorzy, którzy piszą kryminały. Weronika Mathia pisze klimaty. I to właśnie — ten bezbłędnie utrzymany klimat — jest jej największą kartą przetargową, ale bywa też polem, na którym rozgrywa się jej najtrudniejsza literacka rozgrywka.

Zaczęło się od „Żaru” — debiutu, który przyniósł jej uwagę czytelników i zainteresowanie krytyków, zbudowanego na piekącym skwarze emocji, na oparzeniu, które nie goi się latami. Potem przyszły „Szept” i „Rój”, a każda z tych powieści była kolejnym żywiołem, kolejnym stanem skupienia, w którym Mathia badała, jak bardzo człowiek potrafi żyć obok niewyartykułowanego bólu. Ubiegłoroczny „Rdzeń” był może najbardziej zagęszczony fabularnie — jakby autorka zechciała sprawdzić, czy potrafi zamknąć labirynt w krysztale. Teraz jest „Chłód”. I tym razem chodzi o lód.

Nie tylko ten na jeziorach Mazur.

Pasym — małe mazurskie miasteczko, gdzie każdy zna każdego, a przynajmniej tak się wszystkim wydaje — to przestrzeń, w której Mathia umieszcza swoją historię z precyzją kogoś, kto rozumie, że miejsce akcji to nie ozdobnik, lecz współoskarżony. Autorka pracowała z prawdziwą mapą: opuszczony ośrodek wypoczynkowy Rudka w Rudziskach Pasymskich — który kiedyś ściągał turystów z całej Polski, a dziś straszy zardzewiałymi prętami i graffiti na ścianach — stał się dla niej, jak sama przyznaje w podziękowaniach, „miłością od pierwszego spojrzenia”. I widać to na każdej stronie. To jest przestrzeń przeżyta, nie wymyślona.

Szymon Biały, zwany przez lata „Rzeźnikiem z Pasymia”, wychodzi po trzydziestu latach z więzienia i wraca do rodzinnego domu, do syna, synowej, trojga wnucząt i do ciszy, która jest głośniejsza niż każdy wyrok. Wnuk Patryk — chłopiec, który miał odwagę być sobą w środowisku, które tej odwagi mu nie wybaczało — zostaje znaleziony martwy na terenie Rudki. Samobójstwo? Wypadek? Morderstwo? Kiedy na miejscu pojawia się Karolina Rawa, technik kryminalistyczna, zaczyna się śledztwo. Ale śledztwo to tylko pretekst. Właściwą sprawą, jaką autorka książki prowadzi, jest rozliczenie z milczeniem.

Karolina Rawa to najciekawsza bohaterka, jaką Mathia stworzyła w całym swoim dotychczasowym dorobku. I właśnie to jest zdanie, które autorka powinna dobrze zapamiętać — bo policjantka jest postacią z potencjałem na dłuższą serię, na wieloletnią relację z czytelnikiem.

Rawa nie jest śledczą. Jest technikiem kryminalistycznym — osobą, która zabezpiecza ślady, fotografuje miejsca zdarzeń, uczestniczy w sekcjach, dokumentuje. Operuje na granicy między sceną zbrodni a ludzkim bólem, i Mathia rozumie, co to oznacza psychologicznie: że można być zawodowo przyzwyczajonym do widoku śmierci, a mimo to nie być na nią odpornym. Że profesjonalizm nie wyklucza wrażliwości — i że właśnie ta wrażliwość bywa źródłem najlepszych intuicji.

Autorka z benedyktyńską cierpliwością buduje kryminalistyczny warsztat swojej bohaterki. Karolina nie rekonstruuje zbrodni przez dedukcję w gabinecie — ona czyta miejsca. Kiedy wchodzi na dach Rudki, myśli schematami technika: czyste podeszwy ofiary kontra zabrudzenia na ubraniu, ukruszony mur jako jedyny potencjalny ślad walki, czyste dłonie bez śladów obrony. Uczestniczy w sekcji zwłok z aparatem na szyi i fachowymi rozmowami, które są zarazem chłodne i ciepłe — bo Mathia potrafi pokazać, że wisielczy humor patologów i techników to nie bezduszność, lecz mechanizm obronny wypracowany latami. Sala sekcyjna ma tu swój zapach, swoje zimno, swój rytm: najpierw zdjęcia, potem znamiona śmierci, potem pomiary i oględziny. Autorka konsultowała te fragmenty ze prawdziwą techniką kryminalistyczną — i czuć to w każdym zdaniu, które nie jest ani przesadnie naukowe, ani teatralnie dramatyczne. Jest po prostu wiarygodne.

Tyle że Karolina Rawa jedzie do Pasymia na urlop. Do babci. I gdy sprawa wciąga ją głębiej — gdy zaczyna dostrzegać, że jej własna rodzina jest splątana z historią sprzed trzydziestu lat — przestaje być tylko technikiem na służbie, a staje się kimś, kto zadaje pytania, do których zadawania nie ma formalnego upoważnienia. Tu właśnie autorka robi krok, który warto nazwać po imieniu.

W podziękowaniach autorka pisze wprost i z rozbrajającą szczerością: wszystkie procedury policyjne zostały w „Chłodzie” uproszczone i zmienione. Pisarze to oszuści — wybierają szybsze bicie serca zamiast chłodnej analityki. I rzeczywiście: Karolina Rawa robi w tej powieści rzeczy, których technik kryminalistyczny na urlopie robić nie powinien, nie może i — w świecie realnych procedur — po prostu by nie robił. Wchodzi w obszary sprawy, które formalnie do niej nie należą. Zadaje pytania w imieniu śledztwa, którego nie prowadzi. Korzysta z prywatnych znajomości tam, gdzie powinna korzystać z oficjalnych kanałów.

Pisarka jest tego świadoma. Co więcej — rozgrzesza się z tego publicznie, co jest gestem uczciwości, który w gatunku kryminału bywa rzadkością. Warto jednak powiedzieć wprost: to napięcie między tym, co Rawa faktycznie mogłaby zrobić, a tym, co robi w powieści, jest wyczuwalne. Czytelnik, który choć pobieżnie orientuje się w realiach pracy technika kryminalistycznego, kilkakrotnie poczuje, że bohaterka przekracza granicę — nie dramatycznie, nie skandalicznie, ale wystarczająco wyraźnie, żeby to odnotować. Nie psuje to lektury. Ale jest ceną, którą Mathia płaci za utrzymanie narracyjnego tempa — i warto wiedzieć o niej przed sięgnięciem po tę książkę.

Jedną z najmocniejszych decyzji formalnych w całej powieści jest układ rozdziałów. Przeplatają się trzy warstwy czasowe: przeszłość roku 1994 widziana oczami Szymona, współczesność śledztwa prowadzonego przez Rawę i — rzecz najciekawsza — seria rozdziałów zatytułowanych „Co widział Patryk przed śmiercią?” oraz „Co widziała Maja przed śmiercią?”. Ta ostatnia warstwa to narracyjny wybór o dużej odwadze: czytelnik obserwuje zdarzenia z perspektywy tych, których już nie ma. Nie jest to duch, nie jest to retrospekcja — to pewien rodzaj literackiego świadectwa, powolne odsłanianie tego, co ofiary widziały, zanim wszystko się skończyło. Mathia używa tej konstrukcji z dyscypliną: nie po to, żeby epatować dramatem, lecz żeby dać głos tym, którym głos odebrano — i żeby czytelnik rozumiał to, czego śledztwo jeszcze nie wie.

Mathia pisze oszczędnie. Momentami — niemal boleśnie lakonicznie. Jedno zdanie tam, gdzie inny autor użyłby akapitu. Gest zamiast monologu. Pauza zamiast wyznania. To stylistyka, która wymusza na czytelniku aktywną lekturę — nie jako grę intelektualną, lecz jako etyczny obowiązek. Bo żeby zrozumieć tę historię, trzeba chcieć zrozumieć jej ludzi. Nawet tych, od których wolałoby się odejść z dystansem.

Ośrodek Rudka zasługuje na osobne słowo. To nie jest tło — to jest postać. Miejsce, które kiedyś tętniło życiem, a które dziś zastygło w bezruchu opuszczonego mitu, staje się u Mathii właściwym symbolem całej powieści: tego, czym staje się każda wspólnota, która wybrała wygodę milczenia ponad trudną prawdę. Zniszczone korytarze, martwe pomieszczenia, ściany nasłuchane i niemówiące — te obrazy autorka nosi ze sobą przez całą narrację jak zimny oddech.

Jest w tej historii jeszcze jedna warstwa, o której nie da się nie napisać — warstwa etyczna. Patryk był inny. Widocznie inny. W Pasymiu to wystarczyło, żeby doświadczać przemocy za życia — i żeby jego śmierć spotykała się z mieszaniną ulgi i zakłopotania, które w małej społeczności bywa groźniejsze od otwartej wrogości. Autorka „Szeptu” nie oskarża. Ona opisuje. I właśnie dlatego jej opis boli tak długo po zamknięciu książki.

Warto odnotować jeszcze jedno: Mathia napisała „Chłód” po rozmowach z osobami skazanymi za zabójstwo, które odbyła za pośrednictwem więziennego kapelana w Iławie. Postać Szymona — jego wewnętrzna architektura, jego pytania do siebie samego, jego stosunek do winy i do przebaczenia — wyrosła z tych spotkań. To widać. Szymon Biały to jedna z najgłębiej zarysowanych postaci w całej serii kryminalnej, człowiek, który przez trzydzieści lat miał czas nauczyć się nosić swój ciężar — i który wciąż nie wie, czy to, czego się nauczył, jest godnością, czy tylko przyzwyczajeniem.

Czy „Chłód” to najlepsza powieść Mathii? Zdarzają się momenty, w których narracja zwalnia tak bardzo, że czytelnik może poczuć, iż lód pod nim nie tylko nie pęka, ale wcale nie drga. To cena świadomie zapłacona za metodę — i którą warto znać przed lekturą.

Ale gdy wszystkie nitki w końcu się łączą — a łączą się w sposób, którego nie przewidzi się wcześniej — to złożenie jest przekonujące. I jedyne możliwe. Mathia, jak mało kto we współczesnym polskim kryminale, potrafi zbudować historię tak, żeby jej finał nie zaskakiwał efekciarstwem, lecz nieuchronnością.

„Chłód” to opowieść o przeszłości, która nie zamarza. O rodzinach trzymających się razem, bo brakuje im odwagi, żeby się rozpaść. O milczeniu jako formie zbrodni — i o granicach przebaczenia, których nie wyznacza żaden paragraf.

Pasym jest zimny. I zostanie zimny długo po tym, jak odłożysz tę książkę.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Czwarta Strona.