„Zima pożegnanych”, która domyka wszystko – o najnowszej powieści Anny Kańtoch
Są takie cykle, które domykają się z literacką elegancją, pozostawiając czytelnika w poczuciu obcowania z opowieścią kompletną – przemyślaną od pierwszego do ostatniego zdania. Taka właśnie jest „Zima pożegnanych” Anny Kańtoch – znakomite zwieńczenie cyklu „czterech pór roku”, wydanego przez Marginesy. To finał, który nie tylko spełnia oczekiwania, ale też nadaje całej serii dodatkową głębię, jakby dopiero teraz wszystkie jej elementy znalazły swoje właściwe miejsce.
W centrum opowieści ponownie stoi emerytowana policjantka Lesińska – bohaterka, której nie sposób pomylić z żadną inną postacią współczesnego kryminału. Jej intuicja, podszyta doświadczeniem i uporem graniczącym z nieustępliwością, prowadzi ją ścieżkami, których inni śledczy często nie dostrzegają lub nie chcą dostrzec. Kańtoch konsekwentnie buduje jej portret jako kobiety – mimo jej wieku powiedzmy wprost „nie do usidlenia” – niezależnej, momentami niewygodnej, ale właśnie dlatego tak skutecznej.
Nowym i niezwykle interesującym elementem tej części jest postać Olgierda Darskiego – pisarza, który na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie nieprzystosowany do świata śledztw i policyjnych procedur. A jednak to właśnie on staje się dla Lesińskiej partnerem, który nie tylko uzupełnia jej działania, ale wręcz otwiera nowe perspektywy. Ich relacja – oparta na napięciu, nieufności, ale i rosnącym zrozumieniu – należy do najmocniejszych punktów powieści. To duet zbudowany na kontraście, który z czasem zaczyna działać jak precyzyjny mechanizm.
Początek intrygi może zaskakiwać, a nawet – dla bardziej wymagających czytelników – wydać się ryzykowny. Oto ktoś przesyła film przedstawiający idącą kobietę, przeczuwając, że grozi jej niebezpieczeństwo. Punkt wyjścia balansuje na granicy wiarygodności i literackiej prowokacji. Kańtoch jednak doskonale wie, co robi. Z pozoru niepozorna sytuacja stopniowo odsłania kolejne warstwy, prowadząc do rozwiązania, które nie tylko zaskakuje, ale i zmusza do rewizji wcześniejszych założeń.
Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki autorka konstruuje postać młodego, na pozór nijakiego studenta. To właśnie w jego historii skupia się jedna z najbardziej przewrotnych i niepokojących osi powieści – dowód na to, że zło nie zawsze przychodzi w oczywistej formie. Kańtoch po raz kolejny udowadnia, że jej największą siłą jest wnikliwe portretowanie ludzkiej psychiki: niejednoznacznej, pełnej sprzeczności, często wymykającej się prostym ocenom.
„Zima pożegnanych” jest także świadectwem twórczej odwagi. Choć cykl miał pierwotnie zamknąć się w trylogii, autorka zdecydowała się na jeszcze jeden krok – i była to decyzja w pełni uzasadniona. Ten czwarty tom nie jest dodatkiem, lecz dopełnieniem, które porządkuje, pogłębia i ostatecznie nadaje sens całej opowieści.
W warstwie narracyjnej autorka „Wiary” pozostaje wierna swojej dyscyplinie: prowadzi historię z wyczuciem rytmu, dbałością o detale i świadomością konstrukcji. To proza, która nie epatuje efektownością dla samej efektowności, lecz buduje napięcie poprzez precyzję i konsekwencję. Jednocześnie autorka nie traci z oczu tego, co w kryminale najważniejsze – człowieka.
Finał cyklu „czterech pór roku” to opowieść o pożegnaniach, ale też o tym, co po nich pozostaje: pamięci, winie, próbie zrozumienia. Kańtoch nie daje łatwych odpowiedzi, zamiast tego proponuje czytelnikowi coś znacznie cenniejszego – przestrzeń do refleksji. I właśnie dlatego „Zima pożegnanych” wybrzmiewa długo po zamknięciu ostatniej strony.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Marginesy
