„Ostatnia sprawa” J. L. Horsta – Wisting zamknął koło
Są pisarze, którym każda kolejna powieść pozwala rosnąć. I są tacy, u których wzrost jest tak konsekwentny i tak organicznie wpisany w charakter ich pisarstwa, że czytelnik przestaje się nad nim zastanawiać – po prostu go przyjmuje, jak się przyjmuje pewność, że norweski fiord jest zawsze głęboki. Jorn Lier Horst należy do tej drugiej kategorii. I właśnie dlatego „Ostatnia sprawa” – tytuł, który sam w sobie brzmi jak deklaracja, a nie tylko zapowiedź – jest książką wyjątkową nie tylko w dorobku norweskiego autora, ale w panoramie współczesnej literatury kryminalnej w ogóle.
Pisałem już o Horście wielokrotnie. O „Ślepym tropie”, który zachwycał kompletnością formuły, w której etyka stawała się najważniejszym dowodem. O „Złej woli”, kumulującej wszystko to, co w tym pisarstwie najlepsze – niepospolitą intrygę i rzadko spotykaną u norweskich autorów dynamikę thrillera. Śledziłem Wistinga przez lata z przekonaniem rosnącym wraz z każdą stroną, że mamy do czynienia z bohaterem absolutnie wyjątkowym – gliniarzem bez wielkich słów, bez butelki whisky na biurku i bez demonów rozgryzanych przy oknie. Człowiekiem po prostu rzetelnym. I właśnie ta rzetelność – moralna, śledcza, ludzka – jest osią, wokół której obraca się cały cykl powieściowy, a „Ostatnia sprawa” stanowi jej literackie spełnienie.
Fabuła najnowszej powieści splata kilka wątków z chirurgiczną precyzją, która stała się znakiem rozpoznawczym norweskiego autora. William Wisting jest na progu odejścia na emeryturę. Jego następca na stanowisku szefa Jednostki ds. Spraw Nierozwiązanych, Adrian Stiller, kryje własną przeszłość – a ta przeszłość ma twarz, imię i zaginięcie z licealnych lat. Line, córka Wistinga, dziennikarka o śledczym wyczuciu odziedziczonym po ojcu, zaczyna ciągnąć ten wątek. Równocześnie ginie były przełożony komisarza, a wszystkie nitki – z pozoru osobne, luźne, nieprzystawalne do siebie – zaczynają zmierzać ku środkowi jednej pajęczyny. Horst, jak już bywało w „Ślepym tropie” czy w „Kodzie Kathariny”, nie spieszył się z odsłanianiem kart. Tu znów cierpliwość narracji jest cnotą, nie defektem – bo wszystkie fragmenty tej układanki mają uzasadnienie, każdy detal okazuje się nieprzypadkowy.
Horst, co dostrzegałem od początku mojej przygody z pisarstwem dawnego policjanta i konsekwentnie podkreślam już od pierwszego zetknięcia z jego pisarstwem, jest autorem głęboko wiernym realizmowi, lecz realizmowi rozumianemu nie tylko jako wierność procedurom śledczym, ale jako szczerość wobec tego, jak przestępstwa naprawdę ranią ludzi – ofiary, ich bliskich, ale i tych, którzy muszą te rany opatrywać, czyli policjantów. Norweskie jury nominujące „Ostatnią sprawę” do Nagrody Rivertona pisało o bezszwowym splataniu różnych wątków fabularnych, o elegancji konstrukcji i o tym, że powieść jest jednocześnie zaskakująca i logicznie nieunikniona – a to połączenie należy do najtrudniejszych do osiągnięcia w całym gatunku kryminalnym. Dodawano, że Horst jest mistrzem ciszy między zdaniami – że to, czego nie mówi wprost, rezonuje długo po zamknięciu książki.
To obserwacja, którą potwierdzam. Etyczny wymiar pisarstwa autora „Psów gończych” nigdy nie był nachalny, nigdy nie przybrał formy wykładu. Wisting nie moralizuje. On po prostu postępuje właściwie, drążąc każdą sprawę do dna, nie pozwalając sobie ani innym na uleganie pozorom. „Ostatnia sprawa” jest pod tym względem szczególna, bo Horst stawia swojego bohatera w sytuacji, w której „postępować właściwie” oznacza kwestionować kogoś bliskiego, mierzyć się z możliwością, że instytucja, której poświęcił życie, nie jest tak prawa, jak mu się wydawało. To nie jest tylko fabuła – to jest pytanie etyczne, które Horst zadaje po cichu, bez podnoszenia głosu, przez ponad trzysta stron.
Nie byłoby to możliwe bez postaci Line. Córka Wistinga, dziennikarka prowadząca własne śledztwo, to jeden z tych sojuszy literackich, które – jak Harry Bosch i tropy śledcze Hieronymusa w twórczości Michaela Connelly’ego – nabierają siły z tomu na tom. W tym tandemie jest to coś, co odróżnia Horsta od przeciętnej skandynawskiej produkcji. Relacja ojciec–córka nie jest tu jedynie dekoracją narracyjną ani sposobem na dramatyzowanie wątków osobistych, lecz niesie ze sobą własną prawdę o tym, czym jest odpowiedzialność – zawodowa, rodzinna i po prostu ludzka.
„Ostatnia sprawa” nie jest książką, która kończy cokolwiek z hukiem. Horst to nie scenarzysta z hollywoodzką obsesją na punkcie efektownych finałów. To pisarz, który wie, że dobre zakończenie to takie, które pozostaje z czytelnikiem – nie jako efekt dźwiękowy, lecz jako poczucie, że coś zostało domknięte uczciwie. I dokładnie takie jest to zamknięcie wieloletniego cyklu: uczciwe, przemyślane, napisane z tą samą pieczołowitością, co każdy poprzedni tom serii.
Porównywano Horsta do Mankella. To porównanie rozumiem, choć Horst jest pisarzem bardziej powściągliwym, mniej skłonnym do społecznej publicystyki, za to bardziej konsekwentnym w trzymaniu się narracyjnej dyscypliny. Nesbo to mistrz psychologicznych napięć. Horst to kreator arcyrealistycznych opowieści, w których kryminalna intryga splata się z czysto ludzkimi historiami – zawsze prawdziwymi, niezależnie czy są małe czy duże w swojej wymowie. Ta różnica jest znacząca i „Ostatnia sprawa” ją potwierdza.
Komisarz Wisting kończy. My – jako czytelnicy – zostajemy z przekonaniem, że towarzyszyliśmy czemuś wartościowemu. Nie rozrywce dla zabicia czasu, lecz literaturze, która szanuje zarówno gatunek, jak i czytelnika.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Smak Słowa.
