Anna Kańtoch – wywiad o „Zimie pożegnanych” i budowaniu napięcia
Co w „Zimie pożegnanych” było dla Ciebie punktem wyjścia: konkretna zagadka kryminalna czy raczej emocja – coś, co domagało się opowiedzenia i dopiero później obudowało się intrygą?
Tak naprawdę pierwszym impulsem do napisania książki była scena, która pojawiła się w pewnym momencie w mojej głowie. Zima, las i samotna młoda kobieta, idąca drogą. Kobieta, którą filmuje ktoś za jej plecami. Nie wiadomo, czy robi to za jej zgodą, czy nie, nie wiadomo, kim jest ta kobieta, dokąd zmierza ani nawet co to za las. Nic nie wiadomo poza tym, że ta scena ta wywołuje niejasne uczucie niepokoju – bo może kobiecie coś grozi?
Gdzie dziś, poza pisaniem, znajdujesz przestrzeń na odpoczynek i „reset” – i czy te momenty w jakiś sposób wracają później do Twoich historii?
Poza czytaniem książek – co w przypadku autorów jest raczej oczywistością – lubię wycieczki, te bliższe i te dalsze, a także planszówki. Wycieczki często mnie inspirują, np. znaczną część „Pokuty”, jednego z moich wcześniejszych kryminałów, wymyśliłam, chodząc w deszczu po Þingverllir w Islandii. Sporo miejsc, które zwiedzałam, znalazło się też później w moich książkach. Planszówki wracają rzadziej, choć zdarza się, że moi bohaterowie grają w ramach rozrywki w te same gry, w które gram ja.
Kiedy w Twoim procesie pisania pojawia się moment, w którym „wiesz, kto zabił” – na etapie planowania czy dopiero w trakcie, gdy bohaterowie zaczynają prowadzić Cię w swoją stronę?
Na etapie planowania, zdecydowanie. Tylko raz się zdarzyło, że w czasie pisania zmieniła mi się koncepcja. Miałam wtedy do wyboru dwie osoby, które do roli mordercy pasowały równie dobrze, i w pewnym momencie zdecydowałam, że ciekawiej by było, gdyby zabiła ta druga.
Jak budujesz napięcie w historii, w której punkt wyjścia wydaje się niemal cichy, a mimo to prowadzi do coraz mroczniejszych odkryć i podważania tego, co uznajemy za pewne?
To trudne pytanie, bo ja piszę, polegając bardziej na intuicji niż na świadomych wyborach, które da się później prześledzić. Zresztą mam wrażenie, że w moich książkach źródłem napięcia są bardziej nastrój czy tajemnica niż np. sceny akcji, które trzeba planować z wyprzedzeniem.
Czym dla Ciebie różni się powrót do tej samej bohaterki w kolejnych tomach od tworzenia zamkniętej historii – to bardziej komfort czy raczej rosnąca odpowiedzialność za jej wiarygodność i rozwój?
Jedno i drugie chyba. Na pewno łatwiej się wraca się do bohaterów, kiedy przerwa między pierwszą częścią a kolejnymi jest w miarę krótka. W przypadku Krystyny Lesińskiej było to trochę bardziej skomplikowane, bo w „Zimie”, czyli części czwartej, wracałam nie do Krystyny z tomu trzeciego (bo wtedy bohaterka była studentką), ale do Krystyny-emerytki z tomu pierwszego.
Dlaczego w Twoich kryminałach tak często pojawia się motyw kwestionowania „oficjalnej wersji wydarzeń” – to świadome rozbrajanie gatunkowych schematów czy odbicie tego, jak postrzegasz rzeczywistość?
Myślę, że po prostu wykorzystuję jeden z bardziej popularnych motywów powieści kryminalnych. Wydaje nam się, że wszystko już wiemy i sprawa została rozwiązana, ale oto pojawia się niepokorny policjant (prywatny detektyw czy w zasadzie jakakolwiek inna osoba), który kwestionuje oficjalną wersję i drąży dalej, aż wreszcie dokopuje się do prawdy.
Kto w „Zimie pożegnanych” najbardziej wymyka się jednoznacznej ocenie – i czy to właśnie takie postaci są dla Ciebie najciekawsze do pisania?
Wydaje mi się, że gdybym miała wybierać, taką postacią byłaby dla mnie Dorota Podgórska. To skomplikowana postać, która nie jest do końca tym, kim może się wydawać na początku i której zachowanie można różnie oceniać. Więcej szczegółów, obawiam się, byłoby już spojlerem.
Wywiad zrealizowany w ramach patronatu Kryminalnych tropów nad powieścią „Zima”

„Zima pożegnanych”, która domyka wszystko – o najnowszej powieści Anny Kańtoch
03/31/2026 @ 09:24
[…] – przemyślaną od pierwszego do ostatniego zdania. Taka właśnie jest „Zima pożegnanych” Anny Kańtoch – znakomite zwieńczenie cyklu „czterech pór roku”, wydanego przez Marginesy. To finał, […]