Muzyczne DNA pokolenia. „Single z Żoliborza” trafiają w punkt
Są książki, które się czyta. I są takie, których się słucha – nawet jeśli milczą szelestem kart. „Single z Żoliborza” Marka Niedźwieckiego i Piotra Stelmacha należą do tej drugiej kategorii. To nie tyle zapis audycji, ile jej przedłużenie: zapisane na papierze radio, które nie przestaje grać.
Dla czytelnika z mojego rocznika to doświadczenie niemal intymne. Bo przecież nasza muzyczna edukacja nie zaczynała się od algorytmów, lecz od głosu. Od cierpliwego czekania na kolejne notowanie, od magnetofonów gotowych do nagrania tej jednej, właściwej piosenki. Lista Przebojów Programu Trzeciego, prowadzona przez Niedźwieckiego, była czymś więcej niż audycją – była rytuałem, który porządkował wrażliwość, uczył słuchania, selekcji, a czasem także buntu wobec oczywistości. Stelmach – tylko o krok młodszy – wyrasta z tej samej gleby. I to czuć w każdym fragmencie tej książki.
Najciekawsze w „Singlach z Żoliborza” jest to, że zachowują rytm audycji, choć są przecież tekstem. Rozdziały układają się jak kolejne wejścia antenowe, mają swój temat, tempo, pauzy i pointy. Czyta się je tak, jak słuchało się kiedyś radia – z uwagą, ale i z gotowością na dygresję. Bo to właśnie dygresje są tu najcenniejsze: prowadzą od utworu do wspomnienia, od wspomnienia do kontekstu, od kontekstu do kolejnej muzycznej ścieżki, którą chce się natychmiast sprawdzić.
To książka, która działa w dwóch kierunkach. Z jednej strony porządkuje – proponuje autorski, osobisty kanon. Z drugiej – otwiera. Każdy rozdział może być początkiem własnej podróży: powrotu do zapomnianych nagrań albo odkrycia czegoś, co gdzieś umknęło. I nie ma tu znaczenia, czy mówimy o wielkich nazwiskach, czy o utworach z drugiego planu. Liczy się wybór – konsekwentnie subiektywny, a przez to wiarygodny.
Świetnym pomysłem jest konstrukcja tematyczna. Nie ogranicza się ona do wykonawców czy etapów muzyki rockowej i popowej, ale obejmuje także zjawiska, emocje, czasem wręcz muzyczne „nastroje”. Najbardziej zapadają w pamięć te rozdziały, które wymykają się oczywistości: nietypowe przeboje, covery, czy choćby ten przysłowiowy „żużel” – termin, który sam w sobie niesie pewien ciężar i obietnicę czegoś bardziej surowego, mocniejszego, mniej wygładzonego. To właśnie tam autorzy pozwalają sobie na największą swobodę – i tam książka brzmi najpełniej.
Osobnym doświadczeniem jest fragment poświęcony Tomkowi Beksińskiemu. Nie tylko jako postaci radiowej, ale jako symbolowi pewnej epoki słuchania – intensywnego, osobistego, często granicznego. Ten rozdział wybrzmiewa inaczej: ciszej, bardziej skupiony, jakby autorzy na chwilę ściszali głos, oddając przestrzeń pamięci o niezwykłej Osobie z niecodzienną wrażliwością.
Największą siłą tej książki jest jednak jej język. To język, który gra – nie tylko znaczeniami, ale i rytmem. Pełen ironii, drobnych przekomarzań, czasem lekko złośliwy, ale nigdy niepozbawiony czułości wobec muzyki i słuchacza. Widać tu doświadczenie dwóch dziennikarzy, którzy nie muszą niczego udowadniać. Ich wiedza nie przytłacza – przeciwnie, staje się zaproszeniem.
„Single z Żoliborza” to książka dla tych, którzy pamiętają, jak się słuchało radia. Ale też dla tych, którzy chcą zrozumieć, czym była (i może wciąż jest) prawdziwa selekcja muzyczna – nie wynikająca z trendów, lecz z uważności i wrażliwości. To zapis wspólnego kodu kulturowego, który dla jednych będzie powrotem, dla innych – odkryciem.
I może właśnie dlatego ta książka nie kończy się na ostatniej stronie. Bo kiedy ją zamknąć, pierwszym odruchem nie jest sięgnięcie po kolejną lekturę. Tylko po muzykę.
