Kiedy muzyka zabija — i pyta, kto jest winien
Istnieje w literaturze pewna niezwykła przestrzeń pomiędzy tym, co napisane, a tym, czego nie da się wyrazić słowami, przestrzeń, w której muzyka i kod, piękno i zniszczenie, Telemann i algorytm mogą zamieszkać pod jednym dachem. W. P. Rdzanek nie tylko tę przestrzeń odnalazł. W „Akordzie”, drugim tomie trylogii „AI-gent. Mroczne kody”, postanowił ją rozsadzić od środka.
Kiedy po lekturze „Algorytmu” pisałem, że Rdzanek uchyla drzwi do świata, w którym sztuczna inteligencja przestaje być narzędziem i zaczyna być podmiotem, nie spodziewałem się, że w kolejnym tomie te drzwi zostaną wyważone z całą brutalną energią gatunku. A jednak.
Akcja „Akordu” rozgrywa się w rytmie, który można by opisać jako polirytmię, równolegle i na wielu poziomach jednocześnie. Mamy tu morderstwo w warszawskim hotelu, ofiarą jest handlarz barokoków z Hamburga, przy którym zostają znalezione fragmenty osiemnastowiecznych nut i już od pierwszych stron wiadomo, że to nie jest zwykła zbrodnia. Rdzanek z maestrią właściwą najlepszym powieściom gatunkowym splata ze sobą wątki, które pozornie nie mają prawa ze sobą współgrać: barokową muzykę Georga Philippa Telemanna, cyberterroryzm, genetykę algorytmów i palące pytania etyczne o odpowiedzialność twórcy AI za dzieło, które wymknęło mu się spod kontroli. Pytania te nie są dekoracyjne. Są najzupełniej serio. I w dzisiejszej rzeczywistości, rzeczywistości dyskusji o autonomicznych systemach, regulacjach unijnych, o tym, czy generatywna AI może „postanowić” zrobić coś wbrew programiście, brzmią nie jak fikcja, lecz jak wyrok z odroczonym terminem wykonania.
Tropy geograficzne powieści są konsekwentnie kosmopolityczne: Hamburg, Warszawa, Bruksela, Paryż, Alaska, Fort Meade. Rdzanek nie boi się rozmachu, w świecie, gdzie zamachy terrorystyczne i destabilizacja europejskich instytucji uchodzą w narracji za punkt wyjścia, a nie za kulminację, każda nowa scena lokacyjna jest zarazem eskalacją napięcia. Ten rozmach mógłby łatwo stać się ciężarem, a u Rdzanka jest siłą, bo autor rozumie, że fabuła musi gonić za rzeczywistością, jeśli chce opowiadać o AI, technologii, która z natury nie zna granic geograficznych ani etycznych. Sceny o bondowskiej brawurze, bo i takie się tu zdarzają, bez ironii i bez przeprosin, potrafią sprawić, że odkłada się książkę nie dlatego, że się znudziło, lecz dlatego, że trzeba odetchnąć.
Bohaterowie, których czytelnicy pierwszej części zdążyli już polubić, rozwijają się tutaj w sposób, który można by nazwać literacką dojrzałością drugiego tomu, ale nie jest to dojrzałość bezbolesna. Zygmunt Friszer, kapitan ABW o duszy starego cwaniaka i instynkcie, któremu nawet przełożeni nie potrafią do końca ufać, staje się postacią coraz bardziej rozpiętą między instytucjonalnym cynizmem a nieuchronnym humanizmem. I to właśnie to rozdarcie czyni go wiarygodnym. Ewa Dzik, precyzyjna jak jej krótkie riposty, zyska tutaj cień niejednoznaczności, który dobra literatura od postaci koniecznie wymaga. Karol Koppel zaś — i to jest postać najtrudniejsza, najbardziej ciążąca moralnie — niesie na sobie brzemię pytania, które epoka stawia coraz głośniej, co znaczy być twórcą kodu, który staje się bronią? Rdzanek nie udziela mu rozgrzeszenia. Słusznie.
Warstwa erudycyjna powieści jest jej prawdziwą niespodzianką i tu leży chyba jej najciekawszy paradoks. „Akord”dysponuje rozbudowanym zapleczem wiedzy. Z jednej strony muzyka barokowa, teoria akustyczna i fizyka fal dźwiękowych. Z drugiej kryptografia, filozofia AI oparta na asimovowskich prawach robotyki i zimna logika cybernetyki. Materiał trudny, potencjalnie przytłaczający w nieumiejętnych rękach. Pisarz jednak integruje go w narrację tak sprawnie, że nawet najbardziej techniczne fragmenty nie zamieniają się w wykład. Wiedza jest pretekstem do budowania napięcia, nie do popisów erudycji, i to jest świadomy, konsekwentny wybór.
Trzeba jednak powiedzieć wprost to, czego recenzja uczciwa powiedzieć powinna. Tempo bywa u Rdzanka zarówno jego największą siłą, jak i — niekiedy — źródłem drobnego uszczerbku. Dynamika akcji jest imponująca, a autor nie zatrzymuje się zbyt długo w żadnym miejscu, co czyta się znakomicie, jednak właśnie ta bezustanna prędkość nakłada pewne ograniczenia na pogłębienie relacji między postaciami. Psychologiczny potencjał, który w bohaterach drzemie i który momentami wyraźnie wyczuwamy, nie zawsze ma dość przestrzeni, by w pełni wybrzmieć. To nie jest zarzut dyskwalifikujący, to raczej obserwacja dotycząca hierarchii wartości, które autor świadomie przyjął. I można by powiedzieć, że gdyby Rdzanek zatrzymał się częściej, trylogia byłaby inna. Ale nie byłaby ta.
Bo „Akord”rozgrywa pytania, które epoka stawia nam dzisiaj bez znieczulenia i bez taryfy ulgowej. Kto ponosi odpowiedzialność, gdy algorytm zaczyna działać wbrew twórcy? Czy można napisać prawo, które AI uzna za własne? A wreszcie pytanie, które niepokoi najbardziej, czy wolność, wywieszona na sztandarze przez tych, którzy sieją terror w jej imię, naprawdę jest wolnością, czy tylko kolejnym kodem napisanym przez kogoś, kto chce nas wszystkich zaprogramować na swój obraz i podobieństwo? Rdzanek tej ostatniej odpowiedzi nie daje wprost. I dobrze. Bo literatura, która odpowiada zbyt szybko, przestaje zadawać pytania.
„Akord”wybrzmiewa. Długo nie cichnie. I aż zbyt dobrze wiedzie w stronę finałowego „Artefaktu”.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Rebis.
