„Zamęt” Kamili Bryksy — gdy panika staje się lustrem

Są powieści, w których chaos przychodzi z zewnątrz, w postaci porywacza, obcego, kogoś, kto wdziera się w uporządkowane życie bohaterów i je rozsadza. I są takie, w których najgroźniejszy żywioł mieszka od dawna w środku, czekając tylko na pretekst, żeby się wydostać. „Zamęt” Kamili Bryksy należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii, a jej bohaterowie wcale nie muszą daleko szukać źródła własnej katastrofy.

Punkt wyjścia jest pozornie klasyczny — w gdańskim zoo, w tłumie, w jeden zwyczajny rodzinny dzień, znika dwunastoletni Maks. Bryksy mogła na tym fundamencie zbudować zwykły thriller poszukiwawczy, z zegarem tykającym nad głowami bohaterów i policyjną procedurą jako kręgosłupem fabuły. Zamiast tego robi coś znacznie ciekawszego i stanowczo ryzykowniejszego. Zaginięcie dziecka staje się tu nie tyle zagadką do rozwiązania, ile detonatorem, który uruchamia coś dużo głębszego. Powolny, coraz bardziej nieodwracalny rozpad dwojga dorosłych, którzy przez lata budowali na sobie fasadę, nie podejrzewając, jak cienka się stała.

Konstrukcja narracyjna jest tu kluczem do całego efektu. Bryksy prowadzi opowieść naprzemiennie z perspektywy Igi i Kuby, w pierwszej osobie, w czasie teraźniejszym. Wybór niebanalny, bo eliminujący dystans, jaki zwykle daje narracja retrospektywna. Czytelnik nie ogląda paniki bohaterów z bezpiecznego oddalenia, lecz wchodzi w nią razem z nimi, zdanie po zdaniu, oddech po oddechu. To rozwiązanie stylistyczne współgra z treścią w sposób rzadko spotykany w gatunkowej prozie, im bardziej drży narracja — urywane zdania, gorączkowe powroty do tych samych myśli, pęknięcia w logice wspomnień — tym wyraźniej widać, że to nie tylko technika, lecz emocjonalny stan obojga bohaterów przeniesiony bezpośrednio na poziom języka. Forma narracji nie ilustruje rozkładu Igi i Kuby, staje się jego bezpośrednim zapisem.

I tu dochodzimy do najciekawszego paradoksu tej książki. W pewnym momencie lektury przestaje się czytać ją jako historię o poszukiwaniu zaginionego dziecka. Sama intryga, gdzie jest Maks, kto go zabrał, czy żyje, schodzi na drugi plan, niemal rozpływa się w tle, bo to, co dzieje się między rodzicami, jest po prostu silniejsze. Bryksy każe czytelnikowi przeżywać podskórny rollercoaster, w którym napięcie nie bierze się z pytania o los dziecka, lecz z obserwowania, jak dwoje ludzi traci grunt pod nogami w czasie rzeczywistym, jak małżeństwo, które z zewnątrz wyglądało solidnie, okazuje się konstrukcją równie kruchą jak domek z kart i równie spektakularnie się rozsypuje, karta po karcie, sekret po sekrecie.

Osobne wyróżnienie należy się rozdziałom napisanym z perspektywy samego Maksa. Autorka nie ucieka się tu do taniej sentymentalizacji dziecięcego głosu, lecz buduje go z drobiazgową, niemal entomologiczną precyzją, przez pryzmat faktów o świecie zwierząt, którymi chłopiec się zasłania przed niezrozumieniem dorosłych i rówieśników. To kontrapunkt, który działa. Im bardziej uporządkowany, drobiazgowy jest świat Maksa, tym boleśniej kontrastuje z chaosem, w jakim żyją jego rodzice, nie zauważając, że dziecko od dawna funkcjonuje na marginesie ich własnych kłamstw.

Uczciwość tej recenzji wymaga jednak wspomnieć, że ta misternie naprzemienna, dwugłosowa konstrukcja w finałowych partiach książki nagle się rozszerza, pojawia się kilkoro nowych narratorów, a rozwiązania, które przez większość powieści sączyły się kropla po kropli, w ostatnich rozdziałach spadają niemal lawinowo. To zrozumiały zabieg kompozycyjny, mający domknąć wszystkie wątki przed epilogiem, ale po stu kilkudziesięciu stronach budowanych z chirurgiczną cierpliwością odczuwa się tu pewne przyspieszenie, które trochę odbiera finałowi tę duszność, jaką autorka tak skutecznie budowała wcześniej. To nie dyskwalifikuje książki, ale sprawia, że ostatnie strony czyta się inaczej niż resztę, bardziej jako rozliczenie niż jako kontynuację tej samej emocjonalnej podróży.

Tytułowy zamęt okazuje się więc w pełni uzasadniony na każdym poziomie tej powieści — fabularnym, psychologicznym i językowym. To nie jest kryminał o zaginięciu. To portret ludzi, którzy od dawna sami siali chaos we własnym życiu, a zniknięcie dziecka tylko zmusiło ich, by wreszcie na ten chaos spojrzeli wprost.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Mięta.