Temida depcze mu po piętach. „Serce pełne grobów” — recenzja

Są bohaterowie kryminału, którzy przez całą karierę zadają pytania, i są tacy, którym w końcu ktoś każe na nie odpowiedzieć. John Rebus, po dwudziestu trzech tomach stawiania innych pod ścianą, w „Sercu pełnym grobów” siedzi w ławie oskarżonych, nie za stołem przesłuchań, i to jedno przesunięcie – z pytającego na pytanego – wystarcza, by cała ta powieść zabrzmiała inaczej niż wszystko, co Ian Rankin napisał wcześniej.

Fabuła rusza pozornie niewinnie, oto sparaliżowany, umierający Cafferty, odwieczny przeciwnik i mroczne odbicie Rebusa, prosi go o przysługę, odnalezienie człowieka, który przed laty go okradł, a teraz podobno wrócił do miasta. Motywacja, jaką podaje gangster – chęć przeprosin, spóźniony rachunek sumienia – jest na tyle niewiarygodna, że sam Rebus jej nie kupuje, i słusznie. To jeden z tych momentów, w których Rankin każe czytelnikowi patrzeć na postać nie przez pryzmat deklaracji, lecz przez to, co ta postać ukrywa pod deklaracją. Równolegle Siobhan Clarke, wciąż w mundurze, wciąż lojalna wobec dawnego partnera bardziej, niż powinna, prowadzi sprawę przemocy domowej wymierzonej w jednego z policjantów z komisariatu Tynecastle. Sprawę, która z każdym rozdziałem coraz mniej przypomina pojedynczy incydent, a coraz bardziej systemową zgniliznę sięgającą lat wstecz. Rankin prowadzi te dwie linie z chirurgiczną precyzją. Żadna z nich nie domaga się od czytelnika taryfy ulgowej, a mimo gęstości poszczególnych wątków książka nigdy nie gubi się we własnej architekturze, nawet ktoś, kto sięga po Rebusa po raz pierwszy, nie zostanie w tyle.

Jest jednak w tej lekturze coś, co wykracza poza sprawność konstrukcyjną, i tego właśnie nie sposób pominąć milczeniem. Od pierwszych stron czuć, że Temida w tej książce nie stoi bezstronnie z zawiązanymi oczami, tylko idzie, krok za krokiem, w stronę Rebusa. Iwie, dokąd zmierza. To rzadkie odczucie w kryminale, nie napięcie związane z pytaniem „kto to zrobił”, lecz z pytaniem „kiedy to dosięgnie jego”. Prywatne zlecenie od znanego gangstera splata się z oficjalnym śledztwem prowadzonym przez koleżankę, która wciąż nosi odznakę, a w tle tej instytucjonalnej obławy materializuje się Malcolm Fox, niegdyś człowiek biura spraw wewnętrznych, dziś specjalista z centrali w Gartcosh, którego Rebus od lat złośliwie nazywa „kowbojem lizusem”. Fox oficjalnie przyjeżdża zbadać korupcję w komisariacie Tynecastle, ale jego pierwszym ruchem jest próba wstrzymania śledztwa Clarke. Gest, który równie dobrze może być ostrożnością, co przygotowaniem gruntu pod zamiecenie sprawy pod dywan, i Rankin świadomie nie ułatwia czytelnikowi rozstrzygnięcia, które z tych dwóch odczytań jest właściwe. Co ważniejsze, Fox prowadzi też swoją prywatną krucjatę przeciwko staremu sojusznikowi Rebusa, a każda rozmowa między nimi dwoma – uprzejma na powierzchni, lodowata w środku – brzmi jak licytacja, kto pierwszy się złamie. To nie jest już tylko urzędnik wykonujący procedurę. To trzecia siła obok Cafferty’ego i Clarke, ucieleśnienie tej samej Temidy, która w tej książce nie czeka, aż ktoś ją wezwie, tylko sama rusza na łowy.

Poplątanie etycznych kwestii, zawodowych zagadnień i przyjacielskich więzów, które wcześniej stanowiło siłę tej serii dzięki względnej klarowności bohatera, tutaj osiąga stan całkowitego rozedrgania. Sprawy zawodowe zlewają się z prywatnymi rozgrywkami, lojalność przyjacielska z obowiązkiem służbowym, a granica między tym, co Rebus zrobił kiedyś, a tym, za co odpowiada teraz, robi się tak cienka, że u czytelnika przywiązanego do tej postaci – piszę to jako ktoś, kto do tego grona bez wątpienia należy – rodzi się autentyczny niepokój. Nie chodzi już o to, czy Rebus jest twardym gliniarzem z zasadami. Chodzi o to, czy zasady, którymi się kiedykolwiek kierował, w ogóle jeszcze istnieją poza jego własną, coraz bardziej wybielającą się narracją o samym sobie.

I właśnie tu Rankin robi coś, na co niewielu autorów serii kryminalnej ma dziś odwagę. Każe nam odczuwać coraz większe zakłopotanie wobec bohatera, którego przecież znamy i, w jakimś sensie, lubimy. Rebus nigdy nie był święty, a to przecież wiedzieliśmy od tomu pierwszego. Ale w „Sercu pełnym grobów” odkrywanie kart z jego przeszłości odbywa się w tempie i w sposób, który sugeruje coś więcej niż kolejne potknięcie starego gliniarza. Sugeruje umoczenie głębsze, bardziej systemowe, bardziej nieodwracalne, a jednocześnie autor nie daje nam pewności, czy desperackie próby bohatera, by wyjść z tego z twarzą, są wyrazem prawdziwego wstydu, czy tylko kolejnej, wyćwiczonej przez dekady, techniki przetrwania. To niepokój, który zostaje z czytelnikiem długo po odłożeniu książki, bo Rankin nie daje na niego jednoznacznej odpowiedzi, każe czekać na kolejny tom, tak jak każe czekać samemu Rebusowi na werdykt, który poznajemy dopiero w ostatnich zdaniach, i który – uprzedzam lojalnie – wcale nie kończy sprawy tak, jak można by się spodziewać.

Warsztatowo to Rankin w znakomitej formie. To proza gęsta, atmosferyczna, osadzona w bardzo konkretnym, popandemicznym Edynburgu, który autor oddaje z uwagą niemal reporterską – maseczki, dystans, powracająca powoli normalność, która już nigdy nie będzie tą sprzed lockdownu. Jeśli czegoś brakuje, to może odrobiny większej przejrzystości w motywacji Cafferty’ego na starcie fabuły – jego nagła skrucha jest zamierzenie niewiarygodna, ale zanim czytelnik zdąży się upewnić, że to celowy zabieg, a nie niedopracowanie, akcja już go porywa dalej.

Sięgną po „Serce pełne grobów” przede wszystkim wierni czytelnicy Rebusa, dla których każdy kolejny tom to już nie tylko kryminał, ale rozliczenie z bohaterem, którego obserwują od lat. Ale sięgną też ci, którzy o edynburskim śledczym słyszeli tylko z nazwiska, bo Rankin, jak mało kto w gatunku, potrafi otworzyć drzwi do dwudziestoczteroletniej sagi bez konieczności czytania jej od początku. Pytanie, czy dobry człowiek może przekroczyć granicę i wciąż pozostać dobrym człowiekiem, zostaje tu zadane bez taryfy ulgowej. Odpowiedzi, jak można się domyślić, trzeba będzie szukać w kolejnym tomie.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Albatros