Morderstwo w rytmie wakacji. O nowym kryminale Marty Matyszczak
Są kryminały, które stawiają czytelnikowi ultimatum — bądź śledczym albo nie przekraczaj progu tej historii. Wymagają czujności, podejrzliwości wobec każdego gestu, gotowości do noszenia w głowie tablicy poszlak aż do ostatniej strony. I są takie, które proszą o coś znacznie skromniejszego, żeby usiąść na leżaku, zostawić czujność w hotelowej recepcji i pozwolić się prowadzić bez napięcia w karku. „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” Marty Matyszczak należy bez wahania do tej drugiej kategorii, a jej bohaterowie, swoista zbieranina ludzi, których życie skierowało w jedno miejsce wbrew ich własnym planom, do kategorii, którą chce się polubić, nawet wiedząc, że to uczucie nie jest do końca zasłużone w sensie literackim.
Sasino, nadbałtycka wieś, w której łatwiej spotkać latarnię morską niż prawdziwy sekret, staje się sceną dla zderzenia dwóch światów, które w innej książce nigdy by się nie przecięły. Z jednej strony grupa osób odbywających coś między karą a resocjalizacją — sfrustrowana pisarka, „zielarz” o niejednoznacznej reputacji, fryzjerka o temperamencie nieprzystającym do sielskości okolicy, informatyk z psem, którego uroda jest, jak ktoś słusznie zauważył, dyskretna, nie nachalna. Z drugiej strony grono seniorów na turnusie, którym życie najwyraźniej nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, mimo że formalnie powinno już zwalniać tempo. Pomiędzy nimi, jak „pies łańcuchowy” pilnujący spokoju, którego nikt jej nie obiecał, krąży komisarz Gertruda Florek, kobieta odliczająca dni do emerytury z uporem, który w innych okolicznościach nazwano by heroizmem, a tu raczej desperacją.
Trup u stóp latarni Stilo pojawia się szybko, bez zwlekania, jakby autorka chciała od razu uciąć wszelkie pytania o gatunek tej książki. To kryminał, owszem, ale taki, w którym śledztwo jest pretekstem do czegoś znacznie ważniejszego, do obserwowania, jak ludzie z różnych pokoleń, różnych biografii i różnych poziomów cierpliwości do świata uczą się nawzajem czytać. Wątek planowanej elektrowni atomowej, wpleciony w tło fabularne z wyczuciem kogoś, kto wie, że lokalne konflikty bywają bardziej zjadliwe niż większość zbrodni, dodaje tej lekkiej z natury historii odrobinę realnego ciężaru, którego cosy crime zwykle stara się unikać jak ognia.
Tu trzeba być uczciwym, bo bezkrytyczna pochwała byłaby zdradą wobec czytelnika i wobec samej książki. Marta Matyszczak buduje świat sympatyczny, ale logika śledztwa, prowadzonego przez amatorów z entuzjazmem przewyższającym ich kompetencje, jest tu funkcją humoru, nie procedury, co dla kogoś przywykłego do myślenia kategoriami realnej pracy dochodzeniowej bywa najsłabszym ogniwem całej konstrukcji, choć trzeba uczciwie dodać, że gatunek ten nigdy nie obiecywał inaczej. Tempo też nie jest równe, pierwsza połowa pędzi, druga zwalnia, jakby autorka, zakochana we własnych bohaterach, nie chciała się z nimi jeszcze rozstać i pozwoliła sobie na opisowość, której akcja czasem nie potrzebowała.
Ale może to wcale nie jest wada, tylko nieporozumienie co do tego, czego od tej książki oczekiwać. Bo jeśli podejdzie się do niej tak, jak podchodzi się do najmocniejszych kryminałów, thrillerów czy reportaży true crime — z napięciem w karku, gotowością na mrok i wymogiem precyzji śledczej — to nie tyle czeka nas zawód, co coś gorszego, całkowicie przegapimy to, co w tej historii jest najcenniejsze. A jest tego sporo, dystans do świata, luz, śmiech, który nie wstydzi się być śmiechem, i odrobina zadumy nad nami samymi, nad tym, jak różne pokolenia mówią dziś o tych samych rzeczach zupełnie innym językiem, czego od życia oczekują i czego się boją. To w lekko skrzywionym, ale wciąż mądrym zwierciadle, portret naszych obyczajów, naszej mowy, naszych pokoleniowych nieporozumień, podany bez moralizowania, z przymrużeniem oka, które nie jest cynizmem, tylko czułością.
„Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” nie aspiruje do bycia wielką literaturą kryminalną i dobrze wie, że nie musi. Jest pierwszym krokiem w serii, która — jeśli ten ton się utrzyma — może stać się przyjemnym letnim rytuałem, do którego wraca się nie za zagadkę, ale za towarzystwo. Kto zginął na latarni Stilo i dlaczego, dowiecie się sami. Ja zdradzę tylko, że warto tam dotrwać z otwartym umysłem, a nie z lupą śledczego.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu W.A.B.
