„Motyw to jeszcze nie dowód”. Kryminalne dzieje Piastów

Są książki historyczne, które sadzają czytelnika w ławce — podają daty, każą zapamiętać kolejność panowań, wychodzą z klasy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i zostawiają po sobie tę osobliwą pustkę, jaką zna każdy, kto po maturze nie potrafił już powiedzieć, czym różnił się Odnowiciel od Wygnańca. I są takie, które sadzają go po drugiej stronie stołu — tam, gdzie się słucha, notuje, sprawdza wersje i nie wierzy na słowo nikomu, nawet kronikarzowi. „Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii” Mariusza Sampa należą do tej drugiej rodziny, a to w polskiej literaturze popularnonaukowej rzadkość znacznie większa, niż mogłoby się wydawać.

Rzadkość polega nie na temacie, o Piastach napisano przecież może książek, lecz na optyce. Samp nie pisze kroniki, lecz opowiada historię przefiltrowaną przez jedno konsekwentnie utrzymane spojrzenie, przez kryminalne oblicze władzy pierwszych możnowładców polskich. To zabieg, który w Polsce uprawia się nieśmiało, jakby w obawie, że narzucenie jednej perspektywy zubaża materiał. Jest odwrotnie. Perspektywa działa tu jak światło padające pod kątem, rzeźba, którą znaliśmy z frontu, nagle pokazuje fakturę, pęknięcia i ślady dłuta. Dziewiętnaście rozdziałów, trzy bloki chronologiczne: wczesne średniowiecze, rozbicie dzielnicowe, późne średniowiecze z nowożytnym ogonem i przez wszystkie przewleczona jedna nić – co się stało, w jakich okolicznościach i co z tego wynikło.

Najważniejsze jednak jest to, czego ta książka nie robi. Nie jest katalogiem okrucieństw. Tortury, oślepienia, wyrwane języki i zatrute kielichy są tu obecne, czasem opisane z dosłownością, po której trudno od razu sięgnąć po kolejny rozdział, ale to nie one stanowią treść. Treścią jest mechanika: jak władzę zdobywano, jak ją utrzymywano, jak poszerzano i jakim kosztem, kiedy koszt ten liczono w cudzym życiu. Zbrodnia jest u Sampa narzędziem politycznym równie regularnym jak sojusz matrymonialny czy zjazd książąt, i właśnie ta beznamiętna konstatacja, a nie krew, robi największe wrażenie.

Niejeden czytelnik odruchowo skojarzy te historie z Grą o tron. I dobrze, bo skojarzenie jest trafne, tyle że w odwrotnym kierunku, niż się zwykle sądzi. To nie Piastowie przypominają serialowych intrygantów, lecz serial przypomina o tym, jak wyglądało wykuwanie władzy, zanim ktokolwiek wymyślił jej ograniczenia. Historia rodzącej się polskiej państwowości wynika tu wprost z formatu ludzi, którzy stali na czele rodu. To właśnie dlatego ukazuje ich człowieczeństwo w stanie czystym, nieprzefiltrowanym przez brąz pomnika, z emocjami, żądzami, kalkulacjami. Władza, polityka i chęć dominacji zawsze były sprzężone z przekraczaniem granic, które dziś nazwalibyśmy granicami etyki i prawa. Rzecz w tym, że to przekraczanie zmieniło bieg dziejów państwa, a więc i los ludzi, którzy w nim żyli i żyją.

Tu leży najmocniejszy — i, jak sądzę, całkowicie niezamierzony — walor tej książki. Ułożona chronologicznie, opowiada mimochodem historię ewolucji metody. Zaczyna się w roku 992, gdy Bolesław Chrobry wypędza macochę z przyrodnimi braćmi, a dwóm zaufanym możnym każe wyłupić oczy. Rzecz nie w samym okrucieństwie, lecz w tym, dla kogo je popełniono — oślepienie jest karą, którą ofiara nosi na twarzy do końca życia, chodzącym po grodzie ostrzeżeniem dla każdego, kto jeszcze się wahał. W środku książki, pod Gąsawą w listopadzie 1227 roku, napastnicy wpadają o poranku do łaźni i sieką włóczniami nagich ludzi, już nie na oczach dworu, ale wciąż przy świadkach, wciąż zostawiając ciała i ślady krwi na śniegu. Kończy się w marcu 1588 roku dwiema szklankami mleka, po których człowiek będący okazem zdrowia osuwa się na podłogę krakowskiej kamienicy. Między tymi punktami rozciąga się cała trajektoria: od zbrodni, która miała być zobaczona i zapamiętana, do zbrodni, po której nie miało zostać nic — żadnego ciała ze śladami, żadnego świadka, żadnego zdania dającego się komukolwiek przypisać. Samp nigdzie tego nie wykłada, a jednak jego materiał mówi to sam. I mówi rzecz o państwie, które powoli uczy się monopolu na przemoc i tym samym spycha przemoc prywatną w cień.

Jako były policjant czytam tę książkę jeszcze inaczej. We wstępie autor deklaruje, że będzie odpowiadał na pytania stawiane w sytuacji popełnienia zbrodni, i wylicza je: kiedy, gdzie i jak do niej doszło, co się stało i jakie niosło to konsekwencje. Wyliczenie jest dosłownie takie i właśnie dlatego zatrzymuje wzrok, bo każdy, kto przechodził policyjne szkolenie, ma wbite do głowy siedem złotych pytań kryminalistyki: co? gdzie? kiedy? jak? czym? dlaczego? kto? Nie jest to mnemotechniczna ozdoba dla kursantów, lecz siatka, na której rozpina się każdą sprawę, i dopóki którekolwiek z pytań zostaje bez odpowiedzi, akta się nie domykają. U Sampa brakuje w niej pytania „czym”, a przede wszystkim tych dwóch, na których kończy się rejestrowanie faktów, a zaczyna praca: „dlaczego” i „kto”. Paradoks polega na tym, że to na nie właśnie książka odpowiada najpełniej, a rozdziały, w których robi to najlepiej, są zarazem jej rozdziałami najlepszymi w ogóle.

Wyróżniam dwa, bo pokazują dwie różne szkoły dochodzenia do prawdy. Rozdział o zamachu na Chrobrego w Merseburgu w 1002 roku jest w istocie klasycznym wykluczaniem kręgu podejrzanych. Kandydaci ustawieni w szereg i eliminowani po kolei, każdy z podaniem powodu, mieszczanie, bo nie mieli ani broni, ani zaprawy, sojusznik, bo nie miał w tym żadnego interesu, wygnana macocha, bo siedziała za klasztornym murem, aż zostaje jeden, a przy nim pada zdanie warte całego podręcznika, że motyw to jeszcze nie dowód. Rozdział o Gąsawie idzie inną drogą, bo tam podejrzanych wyeliminować się nie da. Zamiast tego waży się wiarygodność świadków. Przekazy polskie wskazują raz na jednego księcia, raz na drugiego, zależnie od tego, w czyim otoczeniu powstały, autor sięga więc po latopis halicko-wołyński, ruską kronikę roczną, spisywaną daleko od polskich obozów i niemal równolegle do wydarzeń, a jego wagę uzasadnia nie tym, co kronikarz napisał, lecz tym, że nie miał żadnego powodu, by kogokolwiek obciążać ani wybielać. To dokładnie ta sama operacja, którą wykonuje się przy ocenie zeznania, pyta się nie o to, co świadek mówi, tylko o to, co z tego ma.

Tym bardziej zapada w pamięć moment, w którym ta poprzeczka nieco się obniża. W finałowym rozdziale, przy nagłej śmierci Henryka XI legnickiego, pada stwierdzenie, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na habsburskie otrucie, a zaraz po nim uczciwe zastrzeżenie, że twardych dowodów brak. Formalnie wszystko jest na miejscu. A jednak czytelnik zostaje z obrazem, w którym korzyść po stronie cesarskiego dworu waży odrobinę więcej, niż powinna, choć trzysta stron wcześniej ten sam autor przypominał, że sam motyw niczego jeszcze nie przesądza. Nie nazwałbym tego błędem. To raczej pokusa domknięcia, zrozumiała, gdy zamyka się sześćset lat opowieści, i zauważalna wyłącznie dlatego, że wcześniej poprzeczka wisiała naprawdę wysoko.

Osobna zagadka wiąże się z podtytułami rozdziałów. Samp przywołuje we wstępie przestrogę przed anachronicznym osądzaniem ludzi średniowiecza i w tekście głównym rzeczywiście jej przestrzega. Hipotezę nazywa hipotezą, plotkę plotką, a tam, gdzie źródła milczą, mówi wprost, że milczą. Nad rozdziałami wiszą tymczasem frazy zupełnie innego kalibru — „Najgorszy władca Polski”, „Bezwzględny karzeł”, „Łotr i awanturnik bez czci, wiary i sumienia” — i przy pierwszym kontakcie brzmi to jak rejestr nagłówka wpuszczony do książki doktora historii.

Podejrzewam jednak, że działa tu klucz, którego nikt czytelnikowi nie podaje. Rozdział zatytułowany „Najgorszy władca Polski” nie orzeka, lecz cytuje, powtarza wyrok, jaki na Bezprymie wydali kronikarze z obozu jego wrogów, po czym cierpliwie sprawdza, czy ten wyrok się broni i dochodzi do wniosku, że broni się połowicznie. Tak samo „czarna legenda” Kazimierza Wielkiego i „czarna legenda” Mikołaja II opolskiego zostają w tekście nazwane legendami i jako legendy rozebrane na części. Podtytuły byłyby więc głosem oskarżenia, a rozdziały, rozprawą. Zabieg elegancki i konsekwentny, brakuje mu tylko jednego zdania, które by go zdradziło. Nie pada nigdzie, odkrycie klucza zostaje zatem czytelnikowi, a ten, kto zatrzyma się na spisie treści, wyniesie z tej książki wrażenie dokładnie odwrotne do zamierzonego.

Zostaje sprawa przypisów, a właściwie ich braku. I przyznaję, że mam z nią kłopot, bo widzę obie strony. Dwadzieścia kilka stron wyboru literatury, rozpisanego na poszczególne rozdziały, to gest porządny i w zupełności wystarczający komuś, kto chce po prostu czytać dalej. Ale przy takiej obfitości cytatów z Galla, Kadłubka, Długosza i kronikarzy niemieckich czytelnik, który zatrzyma się nad jednym zdaniem i zechce sprawdzić, w jakim przekładzie i w jakim kontekście ono padło, nie ma się czego chwycić poza zaufaniem do autora. Rozumiem powód, gęsty aparat naukowy potrafi odstraszyć skuteczniej niż najbardziej drastyczny opis tortur, a ta książka została napisana po to, żeby ją czytano, nie żeby ją cytowano. Sam wolałbym jednak wersję pośrednią, kilkanaście przypisów na rozdział, zepchniętych na koniec tomu, niewidocznych dla tego, kto ich nie szuka, i bezcennych dla tego, kto szuka. Nikt by się nie przestraszył, a niejeden zostałby dłużej.

Rozdziały mają różny oddech. Konrad Mazowiecki dostaje sylwetkę pełną, z tłem i motywacją, inni bohaterowie muszą zmieścić się w kilkunastu stronach, ale to raczej kwestia tego, ile zostawiły po sobie źródła, niż niedopatrzenie autora. Znacznie ważniejsze wydaje mi się co innego. Jak dużo miejsca dostają tu linie mazowiecka i śląska, spychane zwykle na margines popularnych opracowań. Późni Piastowie z Opola, Legnicy i Płocka są w tej książce równoprawnymi bohaterami, a nie przypisem do dziejów głównego pnia, i już samo to warte jest lektury.

To wszystko są jednak zarzuty, jakie stawia się książce dobrej, nie słabej. Bo ostatecznie liczy się to, co dla książki historycznej najważniejsze: opowiedzieć tak, by zostało. Samp wciąga w historię tą jedyną drogą, która naprawdę działa, przez ciekawość, przestrach, zdumienie i bunt, przez wszystko to, co kryminalne, i zostawia po sobie wiedzę, która nie wyparuje po tygodniu, bo została przyswojona razem z emocją. Jeżeli szkoła kiedykolwiek zapyta, dlaczego uczniowie nie pamiętają rozbicia dzielnicowego, odpowiedź leży w tej książce, nikt im nie powiedział, że to była sprawa karna z kilkunastoma pokrzywdzonymi. Fragmenty „Kryminalnych dziejów Piastów” włączyłbym do lektur na lekcjach historii Polski bez wahania i bez taryfy ulgowej dla drastyczności, właśnie dlatego, że drastyczność jest tu funkcjonalna, a nie ozdobna.

Zostaje na koniec pytanie, którego Samp nie zadaje, a które jego książka zadaje za niego: co właściwie powstrzymuje dziś człowieka przy władzy przed sięgnięciem po to, po co sięgali Piastowie? Nie odpowiedź o lepszej naturze współczesnych, bo tej nikt nigdy nie udowodnił. Te same instynkty, emocje i żądze nigdzie się nie podziały, zmieniły się jedynie warunki, w których wolno im się realizować. Powstrzymuje więc tylko to, co zbudowano po drodze — prawo, kontrola, jawność, procedura — a to nie są zdobycze raz na zawsze przyznane, lecz urządzenia wymagające stałego zasilania. Wszędzie tam, gdzie udaje się je wyłączyć, władza wraca do swojej najstarszej gramatyki. Tej samej, którą Piastowie odmieniali przez przypadki, nożem, kielichem, żelazną klatką. Samp napisał książkę o sześciu stuleciach, które dawno minęły. Czyta się ją jak raport o ryzyku.

Metryczka

Tytuł: Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii
Autor: Mariusz Samp
Gatunek: Historyczny true crime
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8427-583-2

Nasza ocena