Krew, zdrada i Poznań. Ćwirlej idzie na wojnę

Są pisarze, którzy raz zbudowany świat konserwują do końca kariery, boją się go ruszyć, jakby każda zmiana groziła utratą wiernych czytelników. I są tacy, którzy w pewnym momencie biorą swojego najlepszego bohatera i świadomie wprowadzają go w ogień, wiedząc, że dawny porządek, w którym się dotąd sprawdzał, właśnie się kończy. Ryszard Ćwirlej, po ośmiu tomach spokojnego, dwudziestolecia niepodległościowego z komisarzem Antonim Fischerem, wybrał tę drugą, znacznie ryzykowniejszą drogę. „Na trwogę bije dzwon” i „Krwi nie odmówi nikt” to nie kolejne przygody starego znajomego, to jego świat postawiony na głowie, a razem z nim cała estetyka, jaką autor przez dekadę tak starannie budował.

Pierwszy z tomów jest jeszcze zapowiedzią, przedsionkiem katastrofy. Zima 1938 roku, wiejska szkoła pod Szamotułami, poczwórne morderstwo, które z pozoru wygląda na zwykłą, choć brutalną zbrodnię rabunkową, a okazuje się nicią prowadzącą do przeszłości sięgającej Wielkiej Wojny. Ćwirlej po latach wraca do formuły, którą sam kiedyś nazwałem jego najlepszą podróżą w przeszłość, gdy pisałem o „Tam ci będzie lepiej” — dwie sprawy, z pozoru odległe, splatające się w jedną intrygę, wielogłosowa galeria drugoplanowych postaci, z których żadna nie jest tu jedynie tłem. Powraca też Tolek Grubiński, poznański juchciarz o własnym kodeksie honorowym, i to on, a nie hrabiowie czy nadkomisarze, wciąż najskuteczniej dowodzi, że w tej prozie nie istnieje prosty podział na czarne i białe.

Tam, gdzie „Na trwogę bije dzwon” jest jeszcze klasycznym retrokryminałem z wątkiem szpiegowskim wplecionym w tło, „Krwi nie odmówi nikt” zmienia reguły gry w sposób, na jaki mało który polski autor kryminału retro się odważył. Fischer mówi teraz do nas z pierwszej osoby, z Poznania, który już nazywa się Posen, w mundurze, którego rodacy mu nie wybaczą. To przesunięcie narracyjne jest najciekawszą decyzją całej dylogii, bo zamienia dotychczasowego, dystyngowanego obserwatora zbrodni w człowieka, który sam musi się bronić przed wyrokiem i to nie tylko formalnym, wojskowym, ale tym cichszym, wydawanym przez sąsiadów, dawnych kolegów, całe miasto. Ćwirlej nie boi się tu tematów, po które wielu retrokryminalistów sięga z daleka i z asekuracją, kolaboracji, która bywa jedyną formą oporu, i oporu, który z zewnątrz wygląda identycznie jak zdrada.

Najmocniejszym atutem drugiego tomu jest sposób, w jaki historia autentyczna wchodzi w fikcję bez szwu. Śmierć chłopca, syna wysoko postawionego funkcjonariusza okupacyjnej administracji, potraktowana jest z chirurgiczną precyzją. Ćwirlej nie musi wymyślać monstrualności, wystarczy mu pokazać, jak głowa tego aparatu myśli o świątecznym wystroju willi, podczas gdy za oknem toczy się eksterminacja. To najlepsze partie książki, pisane z perspektywy oprawców, bez cienia karykatury, a właśnie dlatego przerażające. Banalność zła podana gawędziarskim, poznańskim sznytem, którego autor jest niezmiennie mistrzem. Bohater Ćwirleja, rozdarty między polskością i niemieckością dziedziczoną po ojcu, ma w sobie coś z dylematów, jakie Szczepan Twardoch dawał swoim śląskim postaciom — tożsamość jako pole minowe, nie deklaracja.

Uczciwość tej recenzji wymaga jednak przyznać, że entuzjazm musi być tu podszyty pewną rezerwą. Zagadka kryminalna, ta, którą przed dekadą uważałem za najsłabszy punkt otwarcia serii, ponownie ustępuje miejsca fabule szpiegowsko-wojennej, a im dalej w obu tomach, tym mocniej śledztwo zamienia się w pretekst do serii zwrotów akcji, obław i strzelanin. To rezygnacja świadoma i w retrokryminale jak najbardziej usankcjonowana konwencją, albowiem powieść przygodowa osadzona w latach 1938–39 nie musi i nie powinna być rozliczana według reguł współczesnych procedur. Chodzi raczej o to, że w tej samej konwencji Ćwirlej bywał już bardziej rygorystyczny. Fabuła potrafi się tu opierać na zbiegach okoliczności zbyt regularnych, by nie zauważyć ręki autora przemieszczającej pionki, jak np. informator akurat we właściwym miejscu, list akurat trafiający do właściwych rąk. To nie błąd rzemiosła śledczego, bo żadnego tu nie obiecano, lecz osłabienie tej intrygi, która w „Tam ci będzie lepiej” miała choć trochę więcej oporu materii. Finałowy gest w zakończeniu pierwszego tomu, spektakularny i symbolicznie nośny, jest też chwilą, w której powieść najbardziej zbliża się do efektowności kina, a najdalej odchodzi od stonowanego realizmu, który wcześniej był jej największą siłą. To nie dyskwalifikuje książek, ale każe czytać drugi tom inaczej niż pierwszy. Bardziej jako thriller wojenny z kryminalnym rodowodem niż kryminał w pełnym sensie tego słowa.

Językowo obie książki pozostają tym, czym poznańska proza Ćwirleja była zawsze, żywym słownikiem gwary, który nie męczy, bo autor umie dawkować lokalny koloryt tak, żeby budował świat, a nie go dekorował. Słowniczek zamykający drugi tom to gest wobec czytelnika spoza Wielkopolski, ale i wobec samej gwary, traktowanej z powagą należną dziedzictwu językowemu, nie kolorytowi na pokaz. Tytuł drugiego tomu, zapożyczony od Broniewskiego, nie jest przypadkowy, to samo napięcie między krwią jako ofiarą i krwią jako rachunkiem do spłacenia przenika całą narrację o Poznaniu, który stał się Posen, ale nie przestał być sobą.

Cała dylogia, mimo wskazanych rys, jest odważnym i potrzebnym krokiem w twórczości autora, który mógł spokojnie dogrywać znane schematy do końca kariery, a wybrał zamiast tego wystawienie swojego najlepszego bohatera na próbę, z której nie ma już powrotu do starego, bezpiecznego Poznania. Czy Fischer pozostanie tym samym człowiekiem po tej próbie? Tego, rzecz jasna, nie zdradzę.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Agora