„Symultana” — Czubaj gra jednocześnie na wszystkich szachownicach
Są powieści, które grają w jedną grę. I są takie, które rozgrywają kilka partii naraz, na każdej planszy inny poziom, inna stawka, inna głębia, a kiedy autor odkłada pionki, okazuje się, że wszystkie partie były od początku jedną. „Symultana” Mariusza Czubaja należy do tej drugiej kategorii i jest tego tytułem z premedytacją, bo jest i zabiegiem fabularnym, i metaforą całej powieści, i programowym wyznaniem wiary autora.
Czubaj, od kiedy sięga po Warszawę historyczną, a więc od „Około północy” po właśnie „Symultanę”, coraz bardziej świadomie konstruuje swój odrębny kosmos literacki. Kosmos, w którym miasto jest bohaterem równorzędnym z człowiekiem, epoka jest bohaterem równorzędnym z fabułą, a zbrodnia jest tylko pretekstem, koniecznym, bo taki jest kontrakt z czytelnikiem, by powiedzieć coś znacznie głębszego o tym, czym była Polska w konkretnym momencie dziejowego przesilenia. A przecież tym głosem o Polsce był także na swój sposób „Półmistrz”.
Tym razem jest listopad 1956 roku. Październikowa odwilż właśnie zdążyła zmienić temperaturę powietrza, ale jeszcze nie osuszyła murów. Warszawa oddycha inaczej niż przed chwilą i to „inaczej” Czubaj chwyta z mistrzowską precyzją. Nie przez wykład historyczny, lecz przez zapach, rytm zdania, spojrzenie bohatera na witrynę sklepu, na twarze przechodniów, na sposób, w jaki kelner stawia szklankę na stole. Detektyw Edward Abramowski wraca do stolicy, tej samej, w której nie ma już nikogo, kto pamięta go tak, jak chciałby być zapamiętany i wpada w sam środek morderstwa, które wydarza się podczas szachowej symultany prowadzonej przez jednego z największych mistrzów w historii tej gry, Mieczysława / Miguela Najdorfa.
Wybór Najdorfa jako postaci towarzyszącej śledztwu to jeden z tych momentów, w których widać, że Czubaj nie sięga po historyczne nazwisko dla ozdoby ani dla efektu erudycji. Najdorf — Polak, który uciekł przed wojną do Argentyny, grał w słynne partie, by przez szachowe tabele wysyłać znak życia zaginionej rodzinie — jest postacią wyrzeźbioną przez historię tak dramatycznie, że każde jego pojawienie się w powieści niesie ze sobą nieproporcjonalnie duży ładunek emocjonalny. Czubaj wie o tym. I właśnie dlatego nie nadużywa tej obecności, dozuje ją z taktem, który jest dowodem nie tylko rzemiosła, ale i wrażliwości pisarskiej.
Jest jednak w „Symultanie” coś, co wykracza poza portret jednostki, choćby tak wyjątkowej jak Najdorf. Rok 1956 w Warszawie to czas szczególny także dlatego, że na powierzchnię odwilży wypływają pytania, które stalinizm zakopał, ale nie unicestwił. Pytania (choć może bardziej to tylko obrazy) o żydowskie społeczeństwo, o jego Zagładę, o jego nieobecność w mieście, które przez stulecia było jednym z najważniejszych centrów żydowskiego życia w Europie, ale też o odradzający się też antysemityzm. Miejscami te fragmenty są przejmujące, kiedy przez szczeliny fabuły przebija dramat nieodwracalnej utraty, także tej czysto warszawskiej, popowstaniowej. Pisarz nie robi nic szczególnego. Pokazuje. I zostawia czytelnika sam na sam z tym, co zobaczył.
„Symultana” jest dla powieściowego Abramowskiego tym, czym „Półmistrz” był dla Abramowskiego, którego poznaliśmy na pokładzie transatlantyku płynącego w przedwojenną przepaść. Znów ten sam człowiek, cichy, naznaczony, poruszający się po krawędzi lojalności i podejrzenia i znów miasto jako drugi biegun jego jestestwa. Gdyby Czubaj nie napisał w posłowiu ani słowa o swoich intencjach, i tak byłoby jasne, że „Symultana” domyka i dopełnia „Półmistrza” na wielu poziomach jednocześnie – postaci, klimatu, etycznego ciężaru opowieści i poetyki miejsca. Abramowski to jeden z tych bohaterów polskiej prozy, którzy wymykają się szablonowi . Nie jest detektywem-genialnym-outsiderem, nie jest cynicznym samotnikiem z literackiego katalogu, jest człowiekiem, któremu historia zabrała za dużo i który mimo to — albo właśnie dlatego — wciąż stara się być po właściwej stronie. Nie zawsze wie, gdzie ona jest. To czyni go prawdziwym.
Ale to Warszawa jest tu prawdziwą protagonistką. Czubaj od lat udowadnia, że jego Warszawa nie jest dekoracją, jest organizmem żywym, wielowarstwowym, przemawiającym do wszystkich zmysłów naraz. W recenzowanej powieści miasto pulsuje rytmem ulicy lat pięćdziesiątych, pachnie odbudowaną cegłą i wojennym pyłem, który nigdy do końca nie opadł, dźwięczy rozmowami prowadzonymi półgłosem, bo głośno wciąż nie zawsze było bezpiecznie. Czytelnik nie tylko widzi tę Warszawę, słyszy ją, czuje pod stopami jej bruk, rozumie geometrię jej milczenia, a niekiedy znajduje się między odurzeniem młodzieńczych szaleństw a pięścią chuligańskiej siły. To rzadki dar i autor „Kołysanki dla mordercy” posługuje się nim z niezwykłą swobodą.
Pozwolę sobie w tym miejscu na chwilę osobistą, bo Warszawa Czubaja nie jest dla mnie abstrakcją. Przez lata miałem przywilej wędrowania po tym mieście razem z Mariuszem. Nie po trasach turystycznych, nie po literackich skwerach z tabliczkami, po tej drugiej Warszawie, tej, która żyje własnym rytmem niezależnie od tego, czy ktoś ją opisuje. Siedzieliśmy w miejscach, gdzie przy sąsiednich stolikach rozmawiało się głośno i bez ogródek, gdzie język był soczysty, nieocenzurowany, gdzie przy piwie albo czymś mocniejszym spotykali się ludzie z rozmaitych szczebli tej wielkiej, skomplikowanej społecznej drabiny — kibice, handlarze, rzemieślnicy, ludzie ze świata półcienia i z normalnego życia, które jest przecież pełne nieprzewidywalnych barw. Słuchałem. Czubaj słuchał. I rozumiałem wtedy, skąd bierze się ta autentyczność jego Warszawy, nie z archiwów, nie z bibliografii, lecz z ucha przyłożonego do żywego miasta. Czytając „Symultanę”, słyszałem tamte głosy. Rozpoznawałem tamten oddech. To jest pisarstwo zakorzenione w doświadczeniu, a nie tylko w wiedzy. I tę różnicę czuć w każdym zdaniu.
A tu wypada się na chwilę zatrzymać z uczciwnością, której dobra recenzja wymaga. Część czytelników tęskni za innym Czubajem. Za tym z cyklu o Heinzie, pisarzem gwałtowniejszym, bardziej osadzonym we współczesności, soczyście realistycznym w opisie polskiej codzienności po transformacji. Autorowi zarzuca się niekiedy, że historyczna Warszawa w jego wykonaniu jest zbyt starannie skonstruowana, że czuć w niej precyzję architekta bardziej niż spontaniczność człowieka, który po prostu idzie ulicą. To opinia, z którą można polemizować, i którą warto odnotować, bo literatura jest przestrzenią różnych oczekiwań. Osobiście jednak skłaniam się ku przekonaniu, że ta precyzja jest tu zaletą, nie wadą, że właśnie ona pozwala Czubajowi tworzyć światy, które nie rozpadają się po zamknięciu okładki.
„Symultana” jest też powrotem do atmosfery „Około północy” — jazzowej, wolnościowej, nasączonej tą szczególną kulturową energią, która towarzyszyła odwilży. Jeśli w tamtej powieści jazz był językiem wyzwolenia, ukrytą wolnością, którą można było wyrażać, bo słów nie przepuszczano przez cenzurę, to w „Symultanie” tę rolę pełnią szachy, gra, w której pozornie nie ma nic wywrotowego, a która okazuje się pełna drugich den, tajemnic, wieloznaczności. Autor rozumie, że w systemach opresyjnych kultura zawsze mówi więcej, niż deklaruje. I umie to pokazać bez protekcjonalności wykładu.
Błyskotliwość kulturowych odwołań w tej powieści jest osobnym rozdziałem. Czubaj — antropolog kultury, polonista, znawca popkultury i tradycji literackiej w jednej osobie, rozsiewa po tekście tropy ze świata literatury, muzyki, historii, miejskich legend i warszawskiej mitologii z taką swadą, że czytelnik nieobznajomiony z nimi nie czuje się wykluczony, a czytelnik wyłapujący kolejne mrugnięcia okiem przeżywa rodzaj intelektualnej uciechy, która jest jednym z najprzedniejszych przyjemności lektury. Gdyby autor zechciał kiedyś dać „Symultanę” swoim studentom polonistyki, a jest przecież akademikiem z krwi i kości, badaczem kultury popularnej, mógłby przeprowadzić jeden z najważniejszych testów w ich edukacji: na rozumienie kultury, antropologii, historii, na umiejętność czytania tekstu na wielu poziomach jednocześnie. I nie byłby to test akademicko-hermetyczny, byłby testem z życia.
W posłowiu autor wyznaje, że powieść jest dla niego miksowaniem rzeczywistości z wytworem wyobraźni, że literatura jest grą i systemem napięć między prawdą a zmyśleniem. To wyznanie — precyzyjne i uczciwe — opisuje dokładnie to, co „Symultana” robi z czytelnikiem przez całe 286 stron. Historyczne fakty i fikcja splatają się tu tak ściśle, że granica między nimi staje się nie tyle niewidoczna, co (celowo) niepotrzebna. Czubaj jest mistrzem tej gry. Nie dlatego, że umie ukryć szwy, lecz dlatego, że potrafi sprawić, iż sam pomysł ich szukania przestaje czytelnika interesować.
Ta partia jest warta każdego ruchu.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Świat Książki.
