„Trucizna” Muniak — biały kitel, czarne sumienie
Są zawody, które literatura polska traktuje jak strefy chronione. Lekarz w białym kitlu, pielęgniarka przy łóżku umierającego, farmaceuta odliczający tabletki, to postacie naszej zbiorowej wyobraźni otoczone czymś na kształt nietykalności, aurą zaufania tak głęboko wbudowaną w kulturowy kod, że samo wyobrażenie sobie mordercy w kitlu wywołuje rodzaj moralnego spazmu. Pisarze to czują. I w większości milczą. Wolą seryjnych zabójców bez dyplomu, anonimowych psychopatów bez specjalizacji, zbrodniarzy, którzy nie naruszają hierarchii wartości służby i powołania.
Klaudia Muniak od początku swojej kariery pisała wbrew tej ostrożności. I właśnie dlatego „Trucizna”, pierwsza część nowego cyklu z Julią Przybysz, jest książką, której pojawienie się na rynku jest równie ważne, co sama historia, którą opowiada.
W polskim kryminale rok po roku przybywa tytułów. Pięćset, sześćset nowych powieści rocznie. To liczby, które imponują i jednocześnie niepokojąco przypominają inflację gatunku. Na tym tle kryminał medyczny pozostaje zadziwiającą rzadkością. Nie dlatego, że brak mu dramaturgicznego potencjału, każdy, kto widział na szpitalnym korytarzu granicę między ratowaniem a zaniechaniem, wie, ile napięcia drzemie w tym świecie. Powodem jest coś innego – merytoryczny strach. Pisać o dawkowaniu toksyn, o działaniu neuroleptyków, o biochemii śmierci, to wymagać od siebie konsultacji na poziomie, który większość autorów po prostu omija szerokim łukiem. Łatwiej napisać kolejną zbrodnię w opuszczonym pałacu niż wiernie opisać, jak ketamina unieruchamia mięśnie przepony przy zachowanej pełnej świadomości ofiary.
Muniak może sobie pozwolić na coś, co innym kosztuje zbyt wiele: na precyzję. Absolwentka biotechnologii, przez lata pracująca naukowo w Londynie przy zagadnieniach nanotechnologii, pisze o laboratorium jak ktoś, kto spędził w nim tysiące godzin, nie jak ktoś, kto przeczytał kilka haseł w encyklopedii. I ta różnica czuć na każdej stronie „Trucizny”.
Katowice, maj, środa. Podkomisarz Rafał Szymczak i sierżant Kamil Kosowski stają przed ciałem Malwiny Orłowskiej, biotechnolożki zatrudnionej w firmie powiązanej ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym. Śmierć budzi podejrzenia, bo nie pasuje do żadnego gotowego schematu: rana głowy nie wyjaśnia zgonu, toksykologia powie resztę. I właśnie wtedy w śledztwie pojawia się Julia Przybysz, laborantka kryminalistyczna z doktoratem niemal w kieszeni, z przeszłością, która ciąży jej w sposób dyskretny, lecz nieustępliwy.
Julia to bohaterka, którą Muniak nosi w sobie od debiutu. Pierwszy raz pojawiła się w powieści „Gdybym jej uwierzył” (2017), rok później w „Substancji”. Minęła prawie dekada, zmieniło się wydawnictwo (po raz pierwszy autorka w Wydawnictwie Dolnośląskim), zmieniły się okoliczności, zmieniła się sama Julia. Ale nie zmienił się rdzeń jej obecności: jest to kobieta, która myśli przez pryzmat reakcji chemicznych wtedy, gdy inni myślą przez pryzmat emocji. I to jest zarówno jej siła, jak i jej ograniczenie.
Muniak buduje powieść na strukturze dziesięciu dni śledztwa, poprzedzonych prologiem, który od pierwszych zdań jest jednocześnie przepiękny i obezwładniający w swojej chłodnej brutalności. Piszący monolog mordercy, perspektywa, którą autorka stosuje ryzykownie i świadomie, nie jest epatowaniem okrucieństwem. To próba wejścia w psychologię człowieka, który gdzieś po drodze stracił zdolność do empatii i zastąpił ją poczuciem władzy absolutnej. Skalpel zamiast serca, strzykawka zamiast słowa. Ta figura powraca i w fabule, i w tym, co Muniak mówi o samym zawodzie medycznym.
Bo „Trucizna” stawia pytanie niewygodne, choć zadane z chirurgiczną subtelnością: co się dzieje, gdy ktoś, kto zna mechanizmy życia lepiej niż ktokolwiek inny, postanawia te mechanizmy odwrócić? Co z zawodami, którym bezgranicznie ufamy — lekarze, farmaceuci, technicy laboratoryjni, gdy wiedza, którą dysponują, staje się narzędziem? Że możemy zadać sobie to pytanie bez moralnej paniki, to zasługa autorki. Muniak nie pisze manifestu nieufności wobec medycyny. Pisze o tym, że nawet w sterylnym białym kitlu mieszka człowiek. I że człowiek bywa nieprzewidywalny.
Julia Przybysz to bohaterka, którą część czytelników pokocha od razu, część z pewnością będzie musiała do niej dorosnąć. Jest uparta, analityczna, chwilami irytująco pewna swoich racji, za to bezkompromisowa wobec własnych błędów. Relacja z Kosowskim, jednym z policjantów prowadzących śledztwo, obarczona jest historią, której szczegóły autorka dawkuje z rozmysłem, budując emocjonalne napięcie równoległe wobec kryminalnego. To sprawdzony zabieg, który w tym cyklu ma szansę ewoluować znacznie dalej.
Duet Szymczak–Kosowski jest dobrze skrojony: doświadczony podkomisarz i ambitny sierżant, który dopiero odkrywa, że praca w wydziale kryminalnym smakuje inaczej, niż go uczono. Ich wzajemna dynamika ma potencjał, na razie raczej zarysowany niż rozwinięty, co jest zresztą naturalne dla pierwszego tomu cyklu. Muniak wyraźnie planuje długo.
Wątek toksykologiczny, oparty na substancji, którą nie bez powodu można znaleźć w każdym szpitalu, klinice i gabinecie weterynaryjnym, jest prowadzony z rzadką w polskim kryminale starannością. Autorka nie traktuje czytelnika protekcjonalnie, ale też nie gubi go w laboratoryjnym żargonie. Trudność polega na czymś innym: tempo wyjaśnień bywa nierównomierne. Momentami narracja medyczna wyprzedza narrację kryminalną, zostawiając pewną nierównowagę, którą fani gatunku raczej wybaczą, lecz czytelnicy szukający klasycznej intrygi detektywistycznej mogą poczuć jako lekkie zagubienie. Zagadka kryminalna jest jednak naprawdę solidna, finał nie jest przewidywalny, co w dobie schematycznych twistów jest samo w sobie wartością.
Szersza perspektywa ma tutaj znaczenie. Klaudia Muniak to jedyna polska autorka, która konsekwentnie i z merytorycznym zapleczem kolonizuje przestrzeń kryminału medycznego, gatunku, który na Zachodzie przeżywa rozkwit, a w Polsce pozostaje białą plamą. Nie dlatego, że nam brakuje wyobraźni. Dlatego, że brakuje nam odwagi. Odwagi, żeby napisać mordercę w białym kitlu. Odwagi, żeby zadać pytanie o granicę między wiedzą a nadużyciem władzy. Odwagi, żeby nie ukrywać za medycznym tabu tego, co jest po prostu literacką prawdą o ludzkim charakterze.
„Trucizna” nie jest powieścią bez skaz. Rytm narracji bywa nierówny, a wątek romansowy miejscami zahacza o konwencję bardziej niż o konieczność. Ale jest to powieść, która wie, po co istnieje. I która wypełnia lukę, o której polskie wydawnictwa od lat udają, że jej nie ma.
Jeśli cykl z Julią Przybysz dotrzyma obietnicy pierwszego tomu, a autorka w posłowiu wyraźnie sygnalizuje, że kolejna historia jest już gotowa, może to być moment, w którym polska literatura kryminalna naprawdę wkroczy w terytorium, gdzie nauka i zbrodnia mówią do siebie tym samym językiem.
I gdzie biały kitel przestanie być gwarancją niewinności.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
