„Miasto burz” — kiedy przeszłość wraca z piorunem
Są kryminały, w których miasto jest tylko adresem. Są i takie, w których jest świadkiem — niemym, ale uważnym, noszącym w sobie warstwy czasu jak gleba nosi warstwy geologiczne: każda przykryta następną, żadna nie znika. „Miasto burz” Michała Śmielaka należy do tej drugiej kategorii. I właśnie dlatego jest czymś więcej niż dobrze skrojonym kryminałem. Jest powieścią, po której Sandomierz przestaje być tłem, a staje się — słowo to nie jest tu nadużyciem — współwinnym.
Zacznę od rzeczy, która uderza już po kilkudziesięciu stronach. Śmielak nie boi się jednoczesności. Nad Sandomierzem gromadzą się chmury burzowe i niemal w tym samym momencie — jakby żywioł przywoływał to, co skryte — miasto zostaje naznaczone trzema zdarzeniami, które z pozoru nic ze sobą nie łączą. Znany fotograf ginie rażony piorunem. Anonimowe zgłoszenie prowadzi na peryferie, gdzie ktoś zabił kogoś bliskiego — sprawa wygląda na brudną, pospolitą, prawie banalną. I w końcu: ludzkie szczątki w pustostanie, niemłode, czekające na odkrycie zbyt długo, żeby kogokolwiek już boleć — a jednak bolejące. Trzy zdarzenia, trzy pozornie rozłączne tropy. Autor wie, dokąd prowadzą, i pozwala czytelnikowi odkrywać to we własnym tempie — nie śpieszy się, nie szantażuje tanią suspensją, nie serwuje skrótów. To literacka uczciwość, którą coraz trudniej spotkać.
Jury Nagrody dla Najlepszej Polskiej Miejskiej Powieści Kryminalnej roku 2025, przyznając Śmielakowi to wyróżnienie jednogłośnie, powiedziało o jego intrydze, że przypomina dobrze złożone puzzle — żaden element nie zostaje zagubiony, każdy pasuje. To trafna metafora. Ale ja chciałbym dodać do niej jedno zastrzeżenie: dobre puzzle nie są proste dlatego, że elementy są duże. Są trudne właśnie dlatego, że drobnych elementów jest mnóstwo — i każdy z nich musi trafić na swoje miejsce z precyzją, która nie toleruje pomyłki. Śmielak tę precyzję po prostu ma. Wielowątkowa intryga prowadzona przez niemal czterysta stron nie siada, nie gubi rytmu, nie traci kontroli. To rzadkie.
Komisarz Bruno Kowalski, protagonista sandomierskiej serii, jest postacią, o której nie można powiedzieć zbyt wiele bez zdradzania zbyt wiele. Powiem więc tylko tyle: nie jest ani ikoną, ani ofiarą własnej przeszłości. Jest człowiekiem pracującym — i w tym słowie mieści się paradoksalnie więcej niż w większości rozbudowanych psychologizacji, którymi raczą nas polskie kryminały. Śmielak rysuje go z umiarem i wyraźnym wyczuciem emocjonalnym: Kowalski nosi swoją historię jak dobre buty — niekoniecznie eleganckie, ale dopasowane, oswojone. Perspektywa, którą otwiera przed czytelnikiem, jest perspektywą kogoś, kto widzi, co widzi — bez ozdobników, bez melodramatu. I właśnie poprzez nią napięcie tej historii uderza z siłą, której się nie spodziewasz, kiedy już myślisz, że zdążyłeś oswoić stawkę.
Wokół Kowalskiego Śmielak buduje galerię postaci drugoplanowych, które nie pełnią funkcji pionków. Prokuratorka, z którą komisarz współpracuje; historyk Krzysztof Szorca — postać o rzadkiej w gatunku zdolności do bycia jednocześnie niezbędnym i nienachalnym; dawni funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i kościelni notable, którzy wnoszą do powieści nie tylko informacje fabularne, ale i pytania moralne. Bo Śmielak nie ucieka od pytań moralnych. Wręcz przeciwnie — wbudowuje je w konstrukcję powieści tak, żeby nie dało się ich zignorować, a jednocześnie tak, żeby nie krzyczały. To umiejętność, którą doceniam bardzo wysoko.
Kluczem do rozumienia tej historii jest jednak Sandomierz. I tu Śmielak robi coś, co wymaga osobnego zdania. Powieść rozgrywa się na dwóch planach czasowych — współcześnie i w roku 1986 — i zestawienie tych dwóch miast jest czymś więcej niż literackim chwytem. To pytanie o to, co z miejsca przetrwało i co w nim umarło; co zostało przez czterdzieści lat przykryte tynkiem i co ten tynk, mimo wszystko, prześwituje. Sandomierz PRL-owski, z wszechobecną Służbą Bezpieczeństwa, z milicją pracującą w cieniu politycznego strachu, ze specyficznym rytmem życia prowincji — to nie jest w tej powieści kostium historyczny. To środowisko, z którego wyrasta zbrodnia. I właśnie dlatego, że zbrodnię można zrozumieć tylko w jej środowisku, ten pomysł kompozycyjny jest nie tylko formalnie ciekawy, ale etycznie konieczny.
Śmielak, jak podkreślają ci, którzy śledzą jego twórczość od lat, zna Sandomierz od środka. Czuć to w każdej scenie, w której miasto przemawia nie przez opis, ale przez detale: ulice, które pamiętają; budynki, które skrywają; przestrzeń, która ma własną grawitację. Nie ma tu nic pocztówkowego — i to jest najlepsza rzecz, jaką można o tej powieści powiedzieć. Zbyt wiele polskich kryminałów traktuje małe miasto jak scenografię do teatralnej sztuki. Tutaj Sandomierz jest aktorem. Ma swoją rolę, swoje kwestie i — być może — swój grzech.
To ostatnie słowo nie jest tu przypadkowe. „Miasto burz” jest powieścią, w której historia — ta wielka i ta lokalna, ta instytucjonalna i ta rodzinna — ma cenę. Pisarz nie moralizuje, co jest jego wielką zasługą. Ale pozwala, żeby przeszłość trwała jako presja — na fabułę, na postacie, na czytelnika. Zbrodnia lat osiemdziesiątych nie jest tu tylko zagadką do rozwiązania. Jest zadłużeniem, które ktoś w końcu musi spłacić.
Do ostatnich stron powieść nie pozwala na pewność. To trudne do osiągnięcia — i autor „Osady” osiąga to bez trików, bez fałszywych tropów nasypanych na odczepnego. Zaskoczenie, które przynosi finał, jest zaskoczeniem uczciwym: takim, po którym cofasz się myślami i widzisz, że wszystko było przed tobą, a jednak nie zobaczyłeś. To jedyne zaskoczenie, które w kryminale naprawdę ma sens.
„Miasto burz” to powieść napisana z dojrzałością warsztatową, która nie eksponuje samej siebie. Śmielak nie potrzebuje pokazywać, jak bardzo panuje nad materią — ta kontrola jest po prostu widoczna w każdym rozdziale, w rytmie narracji, w proporcjach między wątkami, w sposobie, w jaki historia z przeszłości i historia z teraźniejszości zbliżają się do siebie, zanim w końcu — nieuchronnie — zderzą się w jednym punkcie.
Nagroda jury była jednogłośna. Po lekturze rozumiem dlaczego.
I jedno na zakończenie, zupełnie osobiste: po „Mieście burz” chce się pojechać do Sandomierza. Nie żeby sprawdzić, czy Śmielak miał rację — żeby zobaczyć, czy to, co napisał, jest widoczne gołym okiem. Mam przeczucie, że tak.
Powieść nagrodzona przez jury Nagrody dla Najlepszej Polskiej Miejskiej Powieści Kryminalnej roku 2025 — wyróżnienie przyznane jednogłośnie.
