Kobieta, choroba, miasto. O „Freli” Magdaleny Majcher

Jest coś przewrotnego w tym, że słowo frela, śląska nazwa kobiety, niegdyś zabarwiona nutą swobody i niezależności, stało się w powieści Magdaleny Majcher synonimem ofiary. Kobiety zamkniętej w czterech ścianach przez chorobę, odciętej od sceny, od blasku, od życia, które znała. Autorka operuje tego rodzaju paradoksami z pewną wprawą: buduje przestrzeń, w której pozory odwracają się powoli, jak kartki starego albumu, i nie zawsze to, co widzimy najpierw, jest prawdą najważniejszą.

„Frela” to drugi tom cyklu Kryminalny Śląsk, i już sam ten fakt zobowiązuje do krótkiego spojrzenia wstecz. „Bajtel”,  debiut serii, był pomysłem ciekawym, nawet udanym. Szopienice lat dziewięćdziesiątych, znikające dzieci, bieda jako środowisko, w którym zbrodnia kiełkuje cicho i bez świadków. Majcher pokazała wówczas, że potrafi pisać o Śląsku z miłością pozbawioną sentymentalizmu, a zarazem bez łatwego lamentu nad ruiną. Tamta powieść miała w sobie coś z reportażu, coś z moralitetu. „Frela” podejmuje podobny trop, choć przenosi akcję o kilka kroków w górę, z podwórek i familoków na deski Teatru Śląskiego.

Katowice roku 2000. W kamienicy przy ulicy Kochanowskiego zostaje znaleziona martwa kobieta. Natalia Kuchcik, niegdyś gwiazda katowickiej sceny, dziś osoba zniedołężniała przez stwardnienie rozsiane, obchodziła poprzedniego dnia czterdzieste urodziny. Ktoś wśród gości wiedział, że to jej ostatnia impreza. Sprawą zajmuje się Borys Dyrda, dziennikarz Dziennika Zachodniego, znany już czytelnikom z pierwszej części cyklu. To człowiek z instynktem, ale i z walizką własnych problemów, które nosi cierpliwie, z rosnącym trudem.

Mocną stroną powieści jest bez wątpienia miasto. Majcher zna Katowice od środka — wyczuwa ich rytm, teksturę ulic, specyficzny ciężar miejsca, które przełom wieków zastało w połowie drogi między starym porządkiem a nowym chaosem. W tle pojawia się Paktofonika, Magik, cała ta katowicka mitologia z przełomu stuleci, która dla czytelników pamiętających tamten czas ma smak autentyczności, a dla młodszych powab odkrycia. Autorka nie epatuje lokalnością na pokaz, po prostu pisze miasto tak, jak się pisze coś, co się zna na pamięć. I to działa.

Działa też portret Natalii Kuchcik, nakreślony z perspektywy narracyjnej, która oddaje jej głos bezpośrednio, bez pośredników. Kuchcik opowiada o sobie bez filtrów, o tym, co scena dawała i czego zabrała, o chorobie jako formie powolnego odbierania tożsamości, o zachłanności na życie, która nie znikła, gdy ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. To fragment najwrażliwiej napisany, etycznie rzetelny. Pisarka nie czyni z choroby ani podniosłego melodramatu, ani kulisy do sensacji.

Ale — i tu nieuchronnie pojawia się ambiwlencja, której uczciwa lektura wymaga — „Frela” jest powieścią obyczajową ubraną w płaszcz kryminału. Sama zagadka kryminalna nie stanowi tutaj napędowej osi narracji, to raczej pretekst, rama, przez którą Majcher ogląda środowisko, relacje, psychologię postaci. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie fakt, że ta psychologia bywa wykładana z nadmierną starannością, autorka niekiedy tłumaczy to, co czytelnik zdążył już zrozumieć sam, i robi to po raz drugi, i trzeci, jakby nie do końca ufała własnym obrazom. Tam, gdzie subtelność mogłaby mówić sama za siebie, pojawia się komentarz. Tam, gdzie motyw dobrze już brzmi, rozlega się echo. Ta tendencja do redundancji, zarówno w warstwie psychologicznej, jak i w prowadzeniu dialogów, jest największą słabością tej powieści i jednocześnie tym, co odróżnia ją od kryminału dopracowanego warsztatowo od pierwszej do ostatniej strony.

Tożsamość sprawcy, co warto odnotować bez wchodzenia w szczegóły, nie jest szczególnie trudna do odgadnięcia. I choć sam mechanizm zagadki kryminalnej nie jest tym, na czym Majcher buduje emocjonalną siłę tej historii, czytelnik szukający przede wszystkim intelektualnej gry detektywistycznej może poczuć pewien niedosyt.

Co zostaje po lekturze „Freli”? Miasto. Zapach grudniowych Katowic, echo kultury lat przełomu, portret kobiety, której choroba odebrała prawo do własnej biografii. I poczucie, że Magdalena Majcher ma materiał na bardzo dobrą prozę, bo wrażliwość etyczna jest w niej naprawdę obecna, a Śląsk w jej wykonaniu przestaje być dekoracją, stając się niemal podmiotem. Wystarczy, że w kolejnym tomie zaufa czytelnikowi trochę bardziej.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu W.A.B.