„Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego – recenzja finału trylogii z prokuratorem Szackim

 
Czy zrodził się we mnie gniew? Właściwie trudno powiedzieć, choć to fakt niezaprzeczalny, że przez ten tytuł zmuszony byłem odłożyć recenzje innych wcześniej już przeczytanych książek. Zresztą nie mniej, niż przeczytana rzecz, zasługujących na moją uwagę i podzielenie się wrażeniami z odwiedzającymi mój blog. Z drugiej strony nie mogło być inaczej, skoro mówię o powieści dwukrotnego zdobywcy najważniejszej w Polsce nagrody dla kryminału, „Wielkiego Kalibru”. A, że znam takich, którzy w ciemno zakładali, iż trzecia powieść autora ma zagwarantowaną kolejną wspomnianą nagrodę, bo autor nie ma w naszym kraju konkurencji.
 
Chodzi oczywiście o Zygmunta Miłoszewskiego i jego ostatnią część przygód prokuratora Szackiego, zatytułowaną „Gniew”. Dodatkowego dramatyzmu lekturze wyczekiwanej powieści dodawała i dodaje ciągle powtarzana zapowiedź pisarza, że kończy (przynajmniej chwilowo) swoją literacką przygodę z kryminałem jako takim, a już na pewno ze swoim kultowym bohaterem. I po przeczytaniu „Gniewu” w takich okolicznościach medialnego rozedrgania pozwolę sobie na wygłoszenie śmiałego, trochę jednak prowokacyjnego, ale – dodam – w pełni świadomego stwierdzenia: to dobrze, że Miłoszewski kończy z kryminałem.
 
Z powieścią „Gniew” mam bowiem dość duży i istotny problem. Miłoszewski jako pisarz zdaje się w swoim nowym tytule sprawdzać znakomicie. Jako demiurg władający wrażeniami czytelników i jednocześnie medialny kreator towaru zwanego książką i jego autorem Miłoszewski sprawdza się doskonale. Równolegle wraz z każdą przeczytaną stroną autor „Domofonu” oddala się jednak od realizmu opowiadanej historii i od autentyczności samej literatury. 
 
Pisarz zaczyna mocno. Oto na kilku początkowych stronach w rozdziale zatytułowanym „Teraz” doświadczamy mocno sugestywnego opisu morderstwa. Zabójca dusi swoją ofiarę zdecydowanie i w bezgranicznym zaangażowaniu. Z pozoru nic wyjątkowego. Zastosowany chwyt nie stanowi nowości w powieści kryminalnej. Tak jest jednak wyłącznie do momentu lektury ostatniego zdania pierwszego rozdziału: Ale z dru­giej stro­ny, myśli pro­ku­ra­tor Teo­dor Szac­ki, czyż nie tego pragnę teraz najbardziej? Czas i osoba. Te dwa elementy decydują o kreowanym właśnie w tej chwili napięciu czytelniczym. Czas teraźniejszy, pierwsza osoba. Nagle dociera do nas szalona myśl, absurdalna informacja – zabójcą jest prokurator Szacki. Dla wielu będzie to szok, choć tak naprawdę cały efekt zepsuł sam autor (dzięki czemu nie jest to spoiler), już wcześniej wielokrotnie zapowiadający ten niewyobrażalny prolog powieściowy. Miłoszewski nie raz, nie dwa, lecz nieustannie antycypował to zdarzenie. Można rzecz, że ten fakt literacki wykreował poza samą książką, jeszcze przed jej wydawniczym bytem. Świetna gra z czytelnikiem? A może bardziej doskonała rozgrywka z klientem, który pobiegnie i kupi książkę, bo… przecież poza odpowiedzią na pytanie kto, ciągle jeszcze zostaje sześć innych „złotych pytań” kryminalistyki.
 
Na czele z tym najważniejszym: dlaczego? To zabójstwo nie będzie jednak przedmiotem powieściowego śledztwa (przynajmniej w jego zasadniczej części). Nie będzie też trzonem kryminalnej intrygi, a rzekłbym nawet w swojej istocie tą intrygę – moim zdaniem – po części psuje, albo co najmniej odziera z możliwej aury wyjątkowej i niepowtarzalnej historii olsztyńskiego etapu życia prokuratora Szackiego. Nie oznacza to, że „Gniew” nie zawiera zagadki zamkniętej w dość zgrabnie skonstruowanej intrydze. Rozpoczyna się ona niejako w uśpieniu, zarówno czytelniczej uwagi, jak i przede wszystkim w zmniejszonej czujności prokuratora prowadzącego postępowanie. Bo, co kryminalnego. co mrożącego krew w żyłach i co wyjątkowo zagadkowego kryje się w starych kościach znalezionych gdzieś w starych murach olsztyńskiej budowli poniemieckiej? Miłoszewski nie byłby jednak sobą, zwłaszcza jeśli pamiętamy poprzednie powieści z Szackim, gdyby nie zaproponował czegoś mocnego i niepowtarzalnego. I w kolejnej odsłonie prowadzonego śledztwa jest tak istotnie. Najpierw dowiadujemy się, że tych kości jest 206. Dla wszystkich miłośników książek Kathy Reichs (i jej bohaterskich antropologów) nie będzie to jakieś wyjątkowe zaskoczenie. Wszak skoro natrafiliśmy na domniemane miejsce pochowania w dawnych czasach NN osoby to nic dziwnego, że znajdujemy cały, kompletny szkielet. Zabawa dla czytelników, a problem dla śledczych, rozpoczyna się w chwili, w której medycy sądowi zaczynają wskazywać na nie oczywistość i złożoność czasowego pochodzenia znalezionych kości, jak i niejednorodność osobniczą.
 
Nie chcę zdradzać przyszłym czytelnikom więcej szczegółów tej sprawy, ale jedno jest pewne dawno żadnemu polskiemu autorowi kryminałów, tak jak w omawianym tytule Miłoszewskiemu, nie udało się na przestrzeni dosłownie kilku kart powieści tak bardzo skomplikować oraz zagmatwać sprawę ofiary i dowodów jej zabójstwa. Z nudnej, pozornie prostej historii przechodzimy gwałtownie i znienacka w niewyobrażalnie złożoną fabułę kryminalną z szeregiem białym plam, za którymi może ukrywać się wiele motywów, wątków, ofiar czy wreszcie sprawców. 
 
Wielbicielom kryminałów może się to podobać i z pewnością będzie się podobało, lecz licznym czytelnikom – ja sam do nich się zaliczam – zapali się też przysłowiowe „czerwone światełko”. Rozświetlać się ono będzie stroboskopowym impulsem niczym alarmowy sygnał wraz z hasłem „coś jest nie tak!”. Mam na myśli to wszystko, co w dalszej części książki autor robi zarówno z samą intrygą kryminalną, jak i fabularnymi wydarzeniami wprost z niej wynikającymi. Konstrukcyjnie wszystko do ostatniej karty powieściowej stanowi zgrabną i efektowną całość. Dopracowaną w szczegółach, potraktowaną dynamicznie i bardzo indywidualnie, bez jakichkolwiek możliwych nawiązań do tak licznie wydawanych innych fabuł kryminalnych. No może poza jednym autorem, którego duch krąży nad „Gniewem” od jego końcowych części, gdy kryminalna układanka zamienia się w sensacyjną rozgrywkę na śmierć i życie. Nie jest moim żadnym osobistym sukcesem odkrycie (znam jeszcze co najmniej dwie inne osoby) faktu, iż Zygmunt Miłoszewski zapatrzył się na twórczość znakomitego francuskiego pisarza – Pierre’a Lemaitre’a.
 
Jest jednak mała, lecz dość istotna, różnica pomiędzy autorem „Ofiary” a twórcą recenzowanej książki. Lemaitre kryminalną, dość mocno złożoną, układankę z licznymi zwrotami akcji, dramatycznym napięciem i mocnymi wrażeniami oraz wyraźnie narysowanymi postaciami potrafi łączyć w sposób wyważony. Autor „Gniewu” ma z balansem tych elementów wyraźny kłopot. Skomplikowanie kryminalnej intrygi oraz udramatyzowanie sensacyjnej fabuły ocierają się o lekką absurdalność. Sposób popełnienia nie jednej zbrodni, których śladami są duże i te najmniejsze kości, został po prostu wydumany. Nie w mniejszym stopniu taki sam wydumany charakter ma dochodzenie biegłych do kryminalistycznej prawdy zbrodniczych czynów. Trudno stawiać takie zarzuty, nie zdradzając treści książki, ale na pewnym etapie lektury zaczyna się odczuwać rozziew pomiędzy teoretycznie przepracowanym przez autora pomysłem na zbrodnię, a jej realizacyjnym autentyzmem. Oczywiście nie można zapominać, że mamy do czynienia z fikcją literacką, choć w przypadku rasowego, współczesnego kryminału, wyraźnie (co zresztą w posłowiu udowadnia sam autor) dbającego o realizm, takie – nie boję się nazwać – fiksacje fabularne psują efekt lektury. Bo nie tylko zbrodnia ma posmak pewnej irracjonalności działania i irrealnej logiki. To samo dotyczy, a może nawet jeszcze bardziej, fabularnego przebiegu końcowych scen powieści. Samotne śledztwo i sensacyjna rozgrywka „szeryfa” Szackiego, w której ceną jest życie jego córki i jego własne, a po tym wszystkim nie mniej tajemnicza podwójna gra z asesorem prokuratorskim i stojącą za nim sektą (choć właściwie źle dobrane to słowo dla grupy „etycznych” szaleńców), w moim odbiorze zostały zbudowane tak nieautentycznie i nieprzekonująco, iż ich niewątpliwa dynamika akcji, utrzymanie napięcia czytelniczego i pewien rodzaj dramatyzmu nie są w stanie naprawić wrażeń czytelniczych. 
 
Pośród całej mozaiki elementów składających się na powieściowy świat najlepszym światłem błyszczą bohaterowie Miłoszewskiego. Prokurator Szacki swoją kreacją nie zawodzi, wręcz zachwyca, jak we wcześniejszych tytułach. Jego postać jest jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej wyrazista i chyba po raz pierwszy tak kompletnie ubrana w cały wachlarz emocjonalnych i psychicznych stanów. Szacki brutalnie uderza swoją autentycznością chropowatego charakteru mieniącego się wszystkimi barwami ludzkich postaw i uczuć. Nie mniej interesująco wyglądają bliscy prokuratora, w tym tak ważna dla tej powieści córka i partnerka życiowa. Nie dość, że same w sobie stanowią udane kreacje, to jeszcze znakomicie poprzez różnorodne odniesienia w fabularnej akcji dopełniają obraz głównego bohatera.
 
Ciekawie sformowane są pozostałe postacie wypełniające przestrzeń książkową. Tchną autentyzmem (nawet zaskakująco złożony  charakterologicznie zawodowy wychowanek Szackiego, asesor Edmund Falk) i zgrabnie układają się w dość szeroko i zajmująco ujętą przestrzeń osób, na których trafia główny bohater. Spoglądając na wszystkie konstrukcje postaci literackich wywołanych do życia przez autora „Ziarna prawdy”, zastanawia mnie jedna kwestia. Czy to tylko fałszywe wrażenie, czy też pewna stała cecha pisarstwa Miłoszewskiego – o ile potrafi on skutecznie i udanie budować humor na poziomie scen, języka czy kreacji osobowych, to sprawiają mu kłopoty sceny i dialogi diametralnie odmienne z grozą sytuacji i dramatycznym napięciem wewnętrznych emocji. Jeśli nawet tak nie jest, to jednak humor i ironia są bliższe pisarskim umiejętności autora niż pozostałe stany uczuciowo-psychiczne. Podobnie pisarz koncypuje realną scenerię fabularnej opowieści. A że robi to po mistrzowsku, nie szczędząc gorzkiej ironii i dotkliwej drwiny, miasto Olsztyn ma pecha. Nie zdradzając szczegółów, obraz tego miasta w powieści „Gniew” to nie przypadkowy efekt pisarskiej wyobraźni, ale – chyba można uznać to za pewnik – celowa wizja wywodząca się z osobistych doświadczeń i odczuwalnych przez autora wrażeń każdorazowego pobytu w Olsztynie. Książkowy obraz wymienianej aglomeracji jest na tyle przekonujący i tak aż nachalnie dominujący emocjonalnością o barwach czarnych (nie licząc czerwonej poniemieckiej cegły) i smakach wyłącznie niestrawnych dla ludzkiego języka, że zastanawiam się jaką cenę Zygmunt Miłoszewski płaci, gdy z powodów rodzinnych odwiedza Olsztyn, najpewniej nie jeden raz w roku. No chyba, że jest to literacka prowokacja dla dobra rozwoju tego miejsca. Jeśli tak, to idealnie skomponowana i zastosowana. Czy tylko zrozumieją to włodarze i inni olsztyńscy czytelnicy?
 
Zygmunta Miłoszewskiego uznaję za niezwykle uzdolnionego i niepowtarzalnie wyjątkowego pisarza o bezgranicznych możliwościach twórczych. Dowiódł to poprzednimi tytułami powieściowymi, ale też innymi formami literackimi. Tym bardziej więc zaskoczyła mnie, niestety nie do końca z pozytywnymi wrażeniami, realizacja tematycznego leitmotivu recenzowanej powieści „Gniew”. Chodzi o poruszane w niej zagadnienia powszechności problemu przemocy wobec kobiet i seksizmu w ogóle (jak własnymi słowami określa to autor w posłowiu). Nie pierwszy to raz, gdy jakiś pisarz postanawia problem ważki społecznie, kulturalnie i obyczajowo wpleć w tkaną przez siebie sieć fabularnej opowieści. Charakterystyczne jest to zwłaszcza dla kryminalnej powieści skandynawskiej, której niedościgniętym mistrzem w tym zakresie jest Henning Mankell.
 
Miłoszewski wybrał jednak swoją drogę. Chwała mu za sam pomysł i etyczną wrażliwość oraz społeczną troskę. Gorzej już jest z literacką realizacją tej wrażliwości i troski. Wydaje się, że najefektywniejszym artystycznie i emocjonalnie sposobem „budzenia” czytelników jest takie poprowadzenie fabuły, by wyzwalała odpowiednio ukierunkowaną refleksję czytelniczą. Autorowi „Uwikłania” udaje się to połowicznie, wyłącznie do momentu, gdy na scenie zbyt mocno własnym językiem zaczyna przemawiać jeden z bohaterów, asesor Falk. W tych passusach książki zostajemy trochę przytłoczeni przerysowaniem zaangażowania tych, którym bliski jest ten temat, oraz swojego rodzaju sztucznością poprowadzonych wywodów tego bohatera. 
 
„Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego z pewnością jest książką, która nie przemknie przez półki wydawnicze szybko i niezauważalnie. Autor znajdzie wielu nowych wielbicieli, u których dominować będzie zauroczenie jego mistrzowską umiejętnością konstruowania ciekawych i niebanalnych historii. Miłośnicy prokuratora Szackiego, skoro to pożegnanie z bohaterem, nie odwrócą się i sięgną po trzeci tytuł. Nie jestem jednak pewny czy wielu z nich nie zaboli zbyt odrealnione uwikłanie bohatera w kryminalną i osobistą przygodę literacką. Poczują niewątpliwe jego gniew, co świadczyć będzie o ciągłej umiejętności  Miłoszewskiego porywania i wywoływania u czytelnika całej gamy wrażeń i emocji. Ale czy nie poczują też własnego gniewu, że trylogia z prokuratorem Szackim w swojej finalnej odsłonie zbyt mocno przesiąkła duchem „Bezcennego”?