„Gołoborze” Siembiedy – tam, gdzie Polska leży kamieniem
Jest w polskiej prozie pewien paradoks, który powraca jak echo między świętokrzyskimi skałami: im bardziej pisarz sięga do korzeni — do gliny, krwi i pamięci pokoleń — tym trudniej przypiąć jego dziełu gatunkową etykietkę. Maciej Siembieda to wiedział od dawna. I właśnie dlatego „Gołoborze” jest książką, która wymyka się każdej przegródce, a zarazem trafia prosto w serce każdego, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż dobrze skrojony suspens.
Zacznijmy od pozoru. Na okładce mamy klasyczną zapowiedź kryminału. A książka właściwie: jest nim i nie jest nim zarazem. Tajemnica zabójstwa — ta tkanka narracyjna, która spaja opowieść i trzyma czytelnika w napięciu — pełni tu rolę podobną do kostura pielgrzyma. I właśnie to słowo — pielgrzym — chcę przez chwilę zatrzymać w dłoni, bo otwiera ono w tej powieści przestrzeń, którą w czasie studiów polonistycznych odkrywałem przez pryzmat innego wielkiego pisarza z ziemi kieleckiej, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Dla Herlinga pielgrzym był figurą człowieka nieustannie w drodze — ku prawdzie moralnej, ku odkupieniu, ku niemożliwej i koniecznej zarazem nadziei. Siembieda nie cytuje Herlinga, nie powołuje się nań wprost, ale — czy tego chciał, czy nie — jego bohaterowie są pielgrzymami w tym samym sensie: idą przez historię Polski dźwigając ciężar, którego nie wybrali, i nie osiągają wytchnienia. Kamień, który w legendzie przygniótł diabła na Czarciej Polance, jest tu symbolem brzemienia, które z pokolenia na pokolenie nikt nie może — ani nie chce — odłożyć. I to jest moment, w którym „Gołoborze” przestaje być kryminałem, a staje się powieścią moralną w najgłębszym, herlingowskim znaczeniu tego słowa.
Siembieda otwiera powieść definicją tytułowego miejsca: kamienne rumowisko, gołe, bez boru, bez iłu, bez korzeni — miejsce, gdzie w letnie noce wygrzewają się żmije, a nocami spotykają czarownice i demony. Miejsce czystego Zła — mówi legenda świętokrzyska. Autor natychmiast komplikuje jednak tę prostą aksjologię: gołoborze to symbol wielowarstwowy, otwarty jak dobra metafora literacka — i każdy czytelnik znajdzie w nim własną treść. Dla jednego będzie to obraz Polski: kamiennej, twardej, nieprzyjaznej obcemu, wyrastającej z bólu i pamiętliwości. Dla innego — obraz rodziny, w której lojalność jest tak bezwzględna, że staje się więzieniem bez krat i zamków. Dla jeszcze innego — krajobrazu wewnętrznego: serc spękanych od nienawiści, na których nic już nie wyrośnie, bo gleby nie ma.
I w tę otwartość symbolu wpisana jest jedna z największych sił tej powieści. Siembieda nie podnosi palca. Nie tłumaczy. Nie rozstrzyga. Podaje kamień i mówi: waż.
„Gołoborze” to historia dwóch rodów — Kończaków i Cebrzynów — z fikcyjnej wsi Grabin u podnóża Łysej Góry, rozpiętych między powstaniem styczniowym a latami dziewięćdziesiątymi dwudziestego wieku. To rozpiętość ponad stulecia, a więc i rozpiętość historii, która przez te strony przetoczyła się wyjątkowo okrutnie: zabory, legiony, dwie wojny, Holokaust widziany z chłopskiej drogi w Kieleckiem, Ziemie Odzyskane, PRL z jego absurdem i przemocą, wreszcie wolność, która nie przyniosła odkupienia, bo kamień nienawiści leżał już zbyt głęboko pod ziemią, żeby go wykorzenić demokracją.
Historiozofia Siembiedy jest w tej powieści dyskretna, ale nieustępliwa. Historia nie jest tu siłą wyzwalającą — jest kolejnym ciężarem. Niepodległość 1918 roku otwiera nowe możliwości, ale nie leczy starych ran. Ziemie Odzyskane to nie tylko nowe życie po wojnie, ale i nowe pole dla starych nienawiści, które podróżują razem z ludźmi jak bagaż bez numerka. PRL, pokazany przez Siembiedę z przenikliwością człowieka, który trzydzieści lat spędził na reporterskich śledztwach historycznych, to system, który nie niszczy wyłącznie przez ideologię, lecz przede wszystkim przez korupcję władzy i bezkarność silniejszych. Kiedy milicyjny major w rozmowie ze swoim podkomendnym liczy do pięciu zamiast słuchać, a sędzia z immunitetem pozostaje nietykalny mimo powtarzających się zarzutów — to nie jest karykatura PRL, to jest jego anatomia.
W tym kontekście wątek kryminalny — tajemnica zabójstwa, która spaja narrację i napędza zainteresowanie czytelnika, pełni rolę węzła gordyjskiego. Zagadka jest, ale jej rozwiązanie nie przyniesie katharsis. Bo sprawiedliwości tu nigdy nie było. Bo prawo zawsze było narzędziem w rękach tych, którzy mieli pieniądze, znajomości albo nóż. I to jest obserwacja nie tylko historyczna, lecz głęboko etyczna i aktualna.
Tym, co najcenniejsze w prozie Siembiedy, jest właśnie odmowa prostego podziału. Kończakowie mają rację. Cebrzynowie mają rację. I żadna z tych racji nie znosi bólu, który po sobie zostawiają. Nienawiść między rodami wyrosła z konkretnego, banalnego w gruncie rzeczy zdarzenia — z kradzieży kiełbasy na weselu i wynikłej z tego bójki, ale przez pokolenia ulepiła się w coś, czego nie sposób już rozłożyć na czynniki pierwsze: w honor, który jest ważniejszy niż życie, w prawa rodowe, które stoją ponad prawem stanowionym, w tożsamość, która jest tak głęboko zbudowana na opozycji do wroga, że bez tego wroga nie ma już kto być.
To jest wymiar etyczny powieści najgłębszy i najwart namysłu. Siembieda pokazuje, jak przemoc dziedziczona traci z czasem związek z pierwotną przyczyną i zaczyna funkcjonować jako struktura tożsamościowa. Kończakiem się jest. Cebrzyną się jest. I to wystarczy. Nie trzeba powodu do nienawiści, wystarczy nazwisko. W tej obserwacji jest coś, co daleko wykracza poza wieś świętokrzyską i konkretną epokę: to jest mechanizm każdego konfliktu plemiennego, każdej pokoleniowej traumy, każdej polityki tożsamości, która żywi się nie rozumem, lecz pamięcią krzywd. Autor nie powiada tego wprost, nie jest powieścią z tezą, ale czytelnik wrażliwy sam tę ścieżkę odnajdzie.
Co ważne, nie ma tu postaci, którą można by przyjąć bez ambiwalencji. Nawet postacie, które budzą sympatię, są naznaczone brutalnym pragmatyzmem środowiska. Nawet te, które budzą odrazę, mają swój wewnętrzny ład, swoją logikę, swoje powody. Siembieda nie wydaje wyroków i to jest gest pisarski wymagający dużej odwagi moralnej. Bo czytelnik, który chciałby orzec: ci są dobrzy, tamci źli, zostaje z powieścią sam na sam ze swoją własną potrzebą porządku i musi ją skonfrontować z rzeczywistością, która porządku nie zna.
Powieść żyje też w wymiarze czysto obyczajowym — i to jest jej może najmniej doceniany, a absolutnie niezbędny wymiar. Siembieda pisał tę książkę z materiału osobistego: wspomnień z dzieciństwa, rodzinnych legend, autentycznych zdarzeń, których był naocznym świadkiem. Posłowie jest wstrząsającym dowodem, jak wiele fikcji jest tu prawdą i vice versa. Ta intymna skala nadaje prozie gęstość sensualna, której nie zastąpi żadna archiwalna solidność.
Bistorowy garnitur na uroczyste odznaczenie, bułgarski koniak „Słoneczny Brzeg” jako partyjny przysmak, szynka konserwowa „Krakus” idąca tylko na eksport, ale serwowana z okazji Święta Odrodzenia, to nie są dekoracje. To jest dokładna, reporterska pamięć o tym, jak wyglądało życie, jak smakowało, jak pachniało. I ta zmysłowość narracji jest tym, co sprawia, że powieść trafia równie silnie do czytelnika dwudziestoletniego, dla którego PRL jest historią z podręcznika, jak do siedemdziesięcioletniego, dla którego jest historią własną. Siembieda nie tłumaczy epoki, on ją oddycha.
Równie ważna jest obyczajowa warstwa religijna i magiczna. Siembieda nie rozstrzyga, czy zło krążące nad Grabinem jest metafizyczne, czy tylko ludzkie. Wiedźmy, demony, przekleństwa, cudowne uzdrowienia i proroctwa, wszystko to istnieje obok sekwencji historycznych i kryminalnych na równych prawach, bez ironicznego cudzysłowu. I właśnie to, ta linia między realizmem a ponadrealnością zachowana z pietyzmem, czyni tę powieść godnym spadkobiercą tradycji, która wychodzi od Dąbrowskiej, przechodzi przez Tokarczuk i Twardocha, i ciągnie dalej, w stronę powieści, która nie tłumaczy wszystkiego, bo
