„Sztorm”, „Sztil” i kaseta magnetofonowa – opowieść o pokoleniu
Kaseta magnetofonowa. To więcej niż symbol. W dylogii Magdaleny Witkiewicz „Wiatr od morza” to ewidentny katalizator wspomnień i emocji, uczuć i nastrojów. I muszę przyznać od razu, że osobiście przywołaniem kasety magnetofonowej i nagrań, które znalazły się na niej, zostałem momentalnie w trakcie lektury pierwszego tomu „Sztorm” przeniesiony w rejony własnej pamięci życiowej. Rejony dalekie czasowo, ale okazuje się, że mocno aktywne, a właściwie trwałe czystością pierwszych doświadczeń, uczuć i refleksji nad sobą i wartościami.
To zaskakujące jak czytana książka, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej z recenzowanej serii, potrafiła także wyzwolić poczucie jedności z bohaterami opowieści. Od razu dodam, że nie o analogiczność pokoleniowego doświadczeniu tu chodzi. Gdy postacie świata przedstawionego „Sztormu” wyczekują egzaminów maturalnych i decyzji o dalszej drodze życiowej, piszący te słowa recenzji realizował jeszcze obowiązek edukacyjny w szkole podstawowej.
To jednak raptem tylko kilka lat różnicy, a wspólnota lat osiemdziesiątych XX wieku jest oczywista. Zamknięta została w wietrze historii (pierwszej solidarności, stanu wojennego i okrągłego stołu zakończonego prawie wolnymi wyborami parlamentarnymi), społecznym ładzie i nieładzie codzienności oraz w przestrzeni doświadczanej kultury, przede wszystkim muzyki i literatury. Wolnej na różny sposób – wolnego i niezależnego słowa, ale i głośnej, niczym nieskrępowanej, zaangażowanej w różnym stopniu muzyki.
W takiej przestrzeni dojrzewają we wszystkich wymiarach swojej egzystencji bohaterowie „Sztormu”. Autorka „Jeszcze się kiedyś spotkamy” w sposób niezwykle sugestywny i przekonujący przedstawia ten swoisty proces wrastania w ból i radość miłości, szczęście i zło ludzkich wyborów, piękno i odrazę słów, nadzieję i rozpacz wiary, siłę i słabość wartości.
To przestrzeń fizycznie nieuchwytna. Nie dla literatury, co doskonale udowadnia Witkiewicz. Jeszcze mocniej rezonuje ona w czytelniczym odbiorze poprzez wybraną lokację akcji powieściowej. Tytułowy wiatr od morza jest niewątpliwie przenośnią. Jakże ważną dla kultury polskiej. W tej jednak opowieści czuć go dosłownie na gdańskich podwórkach, nawet jeśli zasłonę może tworzyć 860 metrów długości i 32 metry wysokości najsłynniejszego gdańskiego falowca na ul. Obrońców Wybrzeża.
Muszę powiedzieć, że pisarka genialnie dobrała to miejsce jako scenerię swojej narracyjnej opowieści. To nie tylko symbol PRL-owskiej architektury. To coś stanowczo więcej, a w połączeniu zwłaszcza (muszę przywołać po raz kolejny tę kwestię) z tytułowym wiatrem zaczyna odgrywać wyjątkową rolę. Niekażdy przecież wie, że rozmiary budynku powodują zmiany w ruchach powietrza. Efekt: specyficzny mikroklimat, który wytworzył się wokół niego. Na północy panuje chłód, dłużej utrzymuje się śnieg i szron. Od strony południowej średnia temperatura jest minimalnie wyższa, zaś podczas upałów trawa i drzewa szybciej schną (zob. Ł. Zalesiński „Gdański falowiec – kultowy „mrówkowiec” ).
Powyższy opis oddaje świetnie wachlarz emocji jakich doświadczają bohaterowie recenzowanej dylogii. I jak w życiu, tak w opowieści, mamy tu niejeden sztorm i nie jeden sztil. Obie książki są pod tym względem podobnie skonstruowane. Poszczególne stany emocjonalne i uczuciowe, przemyślenia i działania poznajemy z perspektywy Anny, Andrzeja i Władka. Oczywiście akcenty opowieści przesuwają się wraz z wydarzeniami i obecnością tych osób na scenie akcji książkowej. A wiemy przecież, że Los bywa różny, i okrutny i bezlitosny, a niekiedy łaskawy i przyjazny najjaśniejszym barwom życia. To wszystko jest właśnie w recenzowanej dylogii. Głosy tych trzech bohaterów wybrzmiewają na wielu poziomach i relacjach. Niekiedy głośno i dramatycznie, nieraz przytłaczająco lub subtelnie, częściej lub rzadziej, by nawet zaniknąć z upływem czasu i zacierania się pamięci.
To jednak głos pokolenia, więc na arenie powieściowej spotkamy wielu innych, każdorazowo ważnych postaci i uwikłanych w życiową sieć „ludzi znad morza”. I choć mamy tutaj wszystko, co ważne dla tamtych czasów, choćby wspomnieć ZOMO, Służbę Bezpieczeństwa, Solidarność, bibułę, muzykę rockową, marynarzy, handlarzy produktami zachodnimi itp., to jednak w perspektywie wyborów i doświadczeń grupy przyjaciół z liceum jest to historia w kontrze do „Naszej klasy” Jacka Kaczmarskiego.
Dwa tomy „Wiatru od morza” to potężna dawka dobrej opowieści obyczajowej i społecznej. Pozwala na doświadczenie podróży w przeszłość, wielu bliską życiorysem, innym bliską smakiem doświadczeń i wyborów, a jeszcze kolejnym wspólną przeżywanym dramatom. „Sztorm” i „Sztil” przede wszystkim jednak, niezależnie z jakiego pokolenia pochodzimy wysyłają czytelnika w podróż w głąb w siebie – swoje emocje i uczucia, stawiając na krawędzi pamięci, wrażliwości i poszukiwań dobrego życia.
Wracając do kasety magnetofonowej. Jak w „Wietrze od morza” każdy z nas bardziej wrażliwy nosi ją w sobie – muzyka stanów świadomości i nastrojów.
Warto z Magdaleną Witkiewicz wybrać się w podróż, nie tylko muzyczną i literacką…
Przeczytane dzięki Pracowni Dobrych Myśli
