„W imię dziecka” Iana McEwana – sędzia, życie i dylemat, który wstrząsa!

 

mcewan

Tym razem nie będzie kryminalnie. To zaskoczenie? Nic bardziej mylnego, choć oczywiście moje blogowe wędrówki po literackim świecie tropią wszelakich śladów papierowej zbrodni i wyszukują fikcyjnych śledczych. Jako policjant-kryminalistyk nie zdradzam swoich zawodowych pasji, lecz jako polonista z wykształcenia nie zapominam o pisarskich dziełach wymykających się gatunkowym ograniczeniom kryminału. Tym bardziej wtedy, gdy lektura książki jest tak wyjątkową chwilą. Chwilą, bo recenzowaną powieść przeczytałem (właściwie pochłonąłem) w niespełna trzy krótkie godziny. Wyjątkową, bo tak naładowanego emocjonalnie i artystycznie tytułu nie miałem w ręku już dawno Sprawcą mojego zachwytu jest Ian McEwan i jego najnowsza rzecz „W imię dziecka”.

Ta niewielka objętościowo powieść potwierdza tezę, że moc literackiego słowa kryje się nie w ilości znaków literowych, lecz w sile znaczeń i wartości kryjących się za składniowymi układankami. Kreują one oczywiście postacie, zdarzenia i dialogi, która mocą swoich historii, zachwycają, porażają, inspirują lub rodzą w nas bunt. McEwan postarał się o wszystko razem w jednej książce. Najpierw, od pierwszych stron, nawet nie wiemy kiedy, wciąga nas w otchłań pożądliwej lektury postacią głównej bohaterki. Rysuje ją stopniowo, powoli dodając jej barw charakterologicznych i emocjonalnych. Fiona Maye, sędzia brytyjskiego Sądu Najwyższego, specjalizująca się na swojej wokandzie w prawie rodzinnym. Mistrzyni palestry, ciesząca się niepospolitą opinią zawodową. Merytorycznie doskonała, etycznie niezachwiana, emocjonalnie opanowana do perfekcji. Jej życiorys prawniczy świadczy tym przymiotom od samego początku kariery. Choć trudno nazwać to tylko karierą. W przypadku jej osoby to swoiste powołanie, a jeśli nawet nie, to świadomy wybór drogi życiowej pod znakiem dążenia do szczytu zawodowej ścieżki rozwoju. A osiągnęła naprawdę wiele. Formalnie prawie wszystko, co mogła zdobyć na drodze sędziowskiej kariery. Merytorycznie, jako autorytet prawniczy, wydaje się, że jeszcze więcej. Czy taka doskonałość może wciągnąć czytelniczo? Gdybyśmy na tym pozostawali, pewnie nie byłoby to na tyle interesujące. Nic tak jednak nie zatrzymuje ludzkiej ciekawości jak możliwość dostrzeżenia na idealnej powierzchni egzystencjalnej ścieżki rys, które burzą spokój i doskonałość życia. W takim też momencie poznajemy Fione Maye. Jej związek z mężem wydaje się być wypalony, a małżeństwo zamienia się z emocjonalnego duetu w wyczerpaną możliwościami umowę.Z każdą kartą narracyjnej opowieści do pani sędzi dociera bolesna prawda, że to już nie jest wygaszanie wieloletniej umowy, ale jej dramatyczne i przewidywalne zerwanie. Z inicjacji męża – to fakt, ale kto wie czy nie  z winy właśnie żony. Tak naszkicowana sytuacja nie byłaby we współczesnej powieści niczym nowym. Wszak blisko jej do banałów lekkich powieści obyczajowych. „W imię dziecka” to jednak niezaprzeczalnie coś większego i poważniejszego.

Tak jak zawód, który wykonuje sędzia Maye. Poważny i decydujący niejednokrotnie o ludzkich losach i barwach ich przyszłości. I nie inaczej jest w tej właśnie chwili uchwyconej powieściowym spojrzeniem. Moment na zakręt w rodzinnej podróży nie jest dobry. Fanaberie męża nie mogą przeszkodzić w podjęciu decyzji i sformułowaniu idealnego uzasadnienia do kolejnego wyroku sądowego. Bardzo ciekawa to rozgrywka odbywająca się pomiędzy zawodową sumiennością sędziego a – jak sądzi żona – emocjonalnym rozedrganiem spowodowanym fanaberiami seksualnych potrzeb męża. To spojrzenie narratora, uwzględniającego podejście do tej sytuacji samej głównej bohaterki. W tym momencie jednak właściwa historia powieściowa dopiero się rozpoczynam wywracając cały świat, tak przecież uporządkowany i tylko lekko zaburzony. Metaforycznie rozumiana eksplozja zainicjowana zostanie niespodziewaną, pozornie zwykłą w sędziowskiej służbie, sprawą. Kryje się w niej kolejna, wiodąca historia literackiej propozycji Iana McEwana. Sędzia Fiona Maye trafia na nią jako wybór losu. Pełniąca domowy dyżur nie ma prawa wyboru. Sprawa jest w sumie nagląca, musi zamknąć się jednoznaczną decyzją w kilku najbliższych dniach. Oto siedemnastoletni chłopak (świadek Jehowy) z powodów religijnych odmawia poddania się koniecznemu i właściwemu leczeniu (transfuzji krwi), skazując się – w obliczu rozwijającej się białaczki – tym samym na śmierć. Jedyną szansą na uratowanie jego życia jest sądowa decyzja zgadzająca się ze sprzeciwem szpitala, który nie chce uznać prawa do takiego osobistego wyboru dokonanego przez chłopaka. Dla lekarzy i prawników ze szpitala jest to o tyle trudna sprawa, że decyzję chłopaka akceptują i równoczesne popierają z tych samych powodów jego rodzice. Prawo jednostki do wolnego wyboru, nawet jeśli dotyczy ono decyzji do życia lub śmierci, kontra prawo ustanowione, mające chronić życie ludzkie nawet wbrew wolnej woli człowieka. Tak należy określić dylemat, przed którym staje główna bohaterka. To w jej rękach, a raczej jej głowie, ukrywa się decydująca odpowiedz mająca postać wyroku sądowego. Fiona Maye, jako zawodowa profesjonalistka, podchodzi do sprawy profesjonalnie. Przez kilkanaście godzin, do czasu rozstrzygnięcia, rozważa wszystkie elementy za i przeciw, wysłuchuje racji każdej se stron, a ostatecznie decyduje się na niestandardowe postępowanie. Odwiedza Adama przy szpitalnym łóżku i prowadzi z nim nietypową rozmowę. Nie zdradzę przyszłym czytelnikom jak ona wyglądała i czego dotyczyła, ale stanowi punkt zwrotny w powieściowej historii. Wpływa ostatecznie na decyzję sędziowską, a wraz z nią bezpośrednio i pośrednio wpływa na życie chłopka i samej Fiony Maye.

Adam staje się więc w życiu Fiony katalizatorem. Sprawa sądowa, która na szali stawia jego życie, sprawdza też siłę uczuć i wartość racjonalnego myślenia. Obyczajowa historia, jak początkowo wygląda snuta narracja, zamienia się w niepowtarzalną sprawę o charakterze egzystencjalnym, ostatecznym. W jednym miejscu spotykają się wiara, wolność wyboru związana z wyznaniem, granice prawa państwowego ustawionego przez człowieka, uczucie i rozum, emocje i rozsądek. Jak ostatecznie nasze wybory wbrew jednej ze stron wpływają na losy ludzkie, czytelnik musi odkryć samodzielnie. Gwarantuję, że recenzowany tytuł „W imię dziecka” nie każe czekać dugo na rozstrzygnięcia. Szybko dotrzemy do końca powieści, bo ta wciąga niemiłosiernie mocno. Tak jak mocna i wyjątkowa jest opowieść spod pióra McEwana. Dodatkowym atutem jest udane tłumaczenie mistrzowsko poprowadzonej narracji, ostrej i absolutnie nieprzegadanej. Rzecz absolutnie godna lektury!

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz