Kryminał u źródeł nowoczesnego śledztwa. Recenzja „Scotland Yard” Alexa Greciana

 

Nigdy nie napiszę kryminału. To w pełni prawdziwe wyznanie, wbrew sądom wielu osób, które znają moje zamiłowanie do wspomnianego gatunku literackiego. Nie oznacza to jednak, że w strefie rozmyślań typu: „gdybym był pisarzem, to napisałbym o …”, nie pojawiają się jakiekolwiek pomysły. Jeden z nich, zdaje się, że trochę jakby obowiązkowy z uwagi na moje zawodowe pasje i zainteresowania, dotyczy początków kryminalistyki w ogóle. Mam na myśli zwłaszcza te wszystkie śledztwa, w których pierwsze osiągnięcia techniki kryminalistycznej pozwalały w sposób wyjątkowo spektakularny rozwiązywać z pozoru beznadziejne sprawy kryminalne. Oczywiście niedoścignionym przewodnikiem po tego typu chwilach chwały kryminalistycznej jest Jürgen Thorwald. Jego „Stulecie detektywów” i „Godzina detektywów” to dziś, po pięćdziesięciu latach od niemieckojęzycznej premiery, lektura obowiązkowa – kanoniczna. A jednocześnie ciągle fascynująca, choć nie zapisała wszystkich kart historii kryminalistyki, zwłaszcza, że głównie skupiała się na dokonaniach i krokach milowych medycyny sądowej. Ani jednak w literaturze faktu i historycznej, ani też w licznych tytułach beletrystycznych, początki kryminalistyki nie znalazły – moim zdaniem – ciągle jeszcze godnej oprawy artystycznej i właściwego ujęcia merytorycznego. Te zaległości nadrabia jednak powieść Alexa Greciana pod wielce znamienitym tytułem „Scotland Yard”. 

 
Tytuł książki nie jest przypadkowy. Za główny temat autor obrał właśnie początki Scotland Yardu. To literackie ujęcie o szerokim spojrzeniu na narodziny londyńskiej policji metropolitarnej, głównie dzięki ciekawie dobranej galerii bohaterów. Chodzi w pierwszej mierze o cztery główne postacie: komisarza Waltera Daya, dopiero co mianowanego oficera bez londyńskich jeszcze doświadczeń zawodowych, inspektora Blackera, reprezentanta starej już gwardii londyńskich śledczych, posterunkowego Hammersmitha, zaskakująco jak na młodzieńca oddanego służbie i stojącym przed nim zadaniom, doktora Kingsleya, wyjątkową osobę z horyzontami myślowymi bez granic i otwartym umyśle analitycznym.
 
Po głębszym zastanowieniu trzeba przyznać, że Grecian dobrał swoich bohaterów doborowo i bardzo reprezentacyjnie. Każdy z nich manifestuje trochę odmienne emocje, cechy osobowościowe czy też wartości i poglądy na życie. Różnią się wiekiem, doświadczeniami i wykształceniem, co w roku 1889 ma niebanalne znaczenie. W końcu XIX wieku, w czasach nie znających jeszcze osiągnięć kolejnego stulecia, które doświadczy ludzkość dwoma światowymi wojnami, ale i wybitnie szybkim oraz wszechstronnym rozwojem technologicznym, znaczenie miał każdy najmniejszy element życia danej osoby. Oznacza to, że miejsce urodzenia, społeczne i rodzinne pochodzenie, sama możliwość i poziom wykształcenia, rejon zamieszkania itp. to czynniki w sposób zdecydowany warunkujące także to wszystko, co dotyczyło rozwoju policyjnej służby. Autor „Scotland Yardu” poprzez tak różne i odmienne portrety swoich śledczych tak naprawdę uchwycił pewien niezbywalny fakt, iż w przypadku takich struktur jak policja postęp i transformacja dokonują się nie dzięki pojedynczym osobom i jednostkowym decyzjom, lecz jest udziałem zbiorowych czynów i wspólnych dążeń do celu. Nie oznacza to jednak, że uczestniczący w tym procesie ludzie stanowią wyłącznie bezimienną masę. Amerykański pisarz wie o tym doskonale i role poszczególnych osób rozpisuje w fabularnej układance umiejętnie, podkreślając właśnie misję każdego bohatera z osobna.
 
W przypadku komisarza Daya znaczenie ma jego nieustępliwość, dociekliwość oraz poczucie funkcji, co zresztą stawia go początkowo w opozycji do wszystkich pozostałych, doświadczonych już śledczych. Nawet jednak w gronie tych anachronicznych i zaskorupiałych oficerów młody komisarz znajduje sprzymierzeńca, inspektora Blackera, który wymyka się własnym ograniczeniom. Swojego świeżego kolegę obdarza opieką i doświadczonym nosem detektywistycznym. Jeszcze więcej pomocy potrzebuje posterunkowy Hammersmith. Jego umiejętności są wprost proporcjonalne do zaangażowania i pracowitości. Posiada jeszcze jedną wyjątkową cechę – wrażliwość społeczną i zdolność reagowania na krzywdę ludzką. W tym całym gronie najbardziej zaangażowanych śledczych ostoją mądrości i tej (że tak się wyrażę) zawodowej, i tej osobistej jest doktor Kingsley. W powieści stanowi on bezkonkurencyjną i epokową figurę pioniera medycyny sądowej i daktyloskopii. Czytając o jego innowacyjnych pomysłach, bezgranicznym horyzoncie myślowym i niepospolitej trosce etycznej, uśmiechałem się z satysfakcją. Podobnie jak Grecian nie wyobrażam sobie, że największe osiągnięcia i przełomowe sukcesy rodzą się bezosobowo lub też ojcami sukcesu są ludzie przeciętni. Do takich momentów, które w perspektywie czasowej nazywamy krokami milowymi, ludzkość dociera w głównej mierze dzięki osobom wybitnym, ponadprzeciętnym, którzy własną wizję w połączeniu z pasją potrafią wkomponować w zbiorowe dążenia do – choćby jak w tym przypadku – rozwiązania pierwszej z brzegu zbrodni, których w tamtych czasach nie mało było na ulicach Londynu. 
 
Londyn jako swoista czasoprzestrzeń powieściowej historii jest równorzędnym bohaterem wraz z postaciami funkcjonariuszy Scotland Yardu. W książce Greciana wyczuwa się nawet swoistą symbiozę miejsca i czasu z opowiadaną fabułą, a przede wszystkim tym artystycznym zapisem rozwoju i pierwszych, nowatorskich jak na tamten okres, metod i osiągnięć pracy śledczej i techniki kryminalistycznej. Mówiąc jeszcze inaczej autor ukrywa na kartach powieści zgrabną i jednocześnie trafną tezę, że nie byłoby tak wybitnych i spektakularnych sukcesów ówczesnych policjantów, gdyby nie z jednej strony ich zapał i nietuzinkowe spojrzenie na realia, a z drugiej strony nie drążąca tkankę miasta zbrodnia i zło ludzkiej natury.
 
Późno wiktoriańska Anglia, a tak naprawdę Londyn, zostały w recenzowanej książce nakreślone mocną kreską prozaika, który maluje przed nami obraz metropolii ujęty na każdym poziomie życia społecznego. Stolica ówczesnego państwa jest tutaj żywym organizmem, o wielu barwach i zakresach spojrzenia, w pełni uzupełniających się i dopełniających. Nawet wcześniej wspominane sylwetki głównych policyjnych bohaterów ubrane są w odmienne społeczne uwarunkowania. A przecież to nie jedyne postacie zapełniające arenę miejskiej enklawy powieściowej, a każda kolejna, choćby grała drobną drugoplanową rolę, niesie ze sobą balast pochodzenia i aktualnego umiejscowienia na drabinie społecznej. Czuć tu moment historii i dnia codziennego, gdzie nawet zbrodnia wraca jak echo, a przedstawiciele wybranych grup po swojemu zmagają się ze złem. Tak jest właśnie z postaciami dwóch prostytutek londyńskich, które wobec żywej pamięci sprawy Kuby Rozpruwacza i ciągle obecnym lęku o własne życie, biorą sprawy w swojej ręce. Dzięki temu atmosfera ulicznych wędrówek jest gęściejsza, a i intryga dodatkowo ulega skomplikowaniu. 
 
Sprawa kryminalna przedstawiona w powieści „Scotland Yard” nie zostaje ujęta w sposób klasyczny. Mam na myśli na myśli prostą linię przyczynowo-skutkową. Tutaj jako czytelnicy dość szybko stykamy się nie tylko z samą zbrodnią, która na marginesie jest dość spektakularna, bo zamordowany zostaje inspektor Scotland Yardu, a jego zwłoki porzucone w walizce. Dosłownie kilka stron dalej poznajemy sprawcę, a w dalszej części jego niecne zamiary i kolejne zbrodnie, których nie udaje mu się ukryć, a nad którymi próbuje zapanować poprzez kontrolę policyjnego śledztwa i jego celowe nakierowywanie w kierunku oddalającym od niego samego. I choć nawet dochodzi do wręcz bezpośredniej rozgrywki pomiędzy zbrodniarzem a policjantem rozwiązującym sprawę, to w rzeczywistości główne napięcie budowane jest od samego początku na zupełnie innej osi fabularnej. Jest nią brygada zabójstw – grupa policjantów o różnych umiejętnościach, doświadczeniach i zdolnościach, których łączy poczucie misji, ważność przyjętej roli społeczno-zawodowej i etyczna wrażliwość. Tak zresztą Grecian tytułuje cały cykl powieściowy, otwierany przez recenzowaną powieść. 
 
Powieść „Scotland Yard” jest książką bardzo przekonującą i kreującą bardzo realistyczny świat Londynu końca XIX wieku. W sposób zdecydowanie ciekawy i niebanalny autor uchwycił w niej ten moment rodzenia się nowoczesnego, śmiałego myślenia o sposobach ścigania sprawców zbrodni. Zdecydowanie autentycznie wygląda też literacka ilustracja drobnych, a jakże ważnych kroków w rozwoju kryminalistyki, dlatego obiecuję sobie wiele po kolejnych tytułach Alexa Greciana.