Tytuł książki nie jest przypadkowy. Za główny temat autor obrał właśnie początki Scotland Yardu. To literackie ujęcie o szerokim spojrzeniu na narodziny londyńskiej policji metropolitarnej, głównie dzięki ciekawie dobranej galerii bohaterów. Chodzi w pierwszej mierze o cztery główne postacie: komisarza Waltera Daya, dopiero co mianowanego oficera bez londyńskich jeszcze doświadczeń zawodowych, inspektora Blackera, reprezentanta starej już gwardii londyńskich śledczych, posterunkowego Hammersmitha, zaskakująco jak na młodzieńca oddanego służbie i stojącym przed nim zadaniom, doktora Kingsleya, wyjątkową osobę z horyzontami myślowymi bez granic i otwartym umyśle analitycznym.
Po głębszym zastanowieniu trzeba przyznać, że Grecian dobrał swoich bohaterów doborowo i bardzo reprezentacyjnie. Każdy z nich manifestuje trochę odmienne emocje, cechy osobowościowe czy też wartości i poglądy na życie. Różnią się wiekiem, doświadczeniami i wykształceniem, co w roku 1889 ma niebanalne znaczenie. W końcu XIX wieku, w czasach nie znających jeszcze osiągnięć kolejnego stulecia, które doświadczy ludzkość dwoma światowymi wojnami, ale i wybitnie szybkim oraz wszechstronnym rozwojem technologicznym, znaczenie miał każdy najmniejszy element życia danej osoby. Oznacza to, że miejsce urodzenia, społeczne i rodzinne pochodzenie, sama możliwość i poziom wykształcenia, rejon zamieszkania itp. to czynniki w sposób zdecydowany warunkujące także to wszystko, co dotyczyło rozwoju policyjnej służby. Autor „Scotland Yardu” poprzez tak różne i odmienne portrety swoich śledczych tak naprawdę uchwycił pewien niezbywalny fakt, iż w przypadku takich struktur jak policja postęp i transformacja dokonują się nie dzięki pojedynczym osobom i jednostkowym decyzjom, lecz jest udziałem zbiorowych czynów i wspólnych dążeń do celu. Nie oznacza to jednak, że uczestniczący w tym procesie ludzie stanowią wyłącznie bezimienną masę. Amerykański pisarz wie o tym doskonale i role poszczególnych osób rozpisuje w fabularnej układance umiejętnie, podkreślając właśnie misję każdego bohatera z osobna.
W przypadku komisarza Daya znaczenie ma jego nieustępliwość, dociekliwość oraz poczucie funkcji, co zresztą stawia go początkowo w opozycji do wszystkich pozostałych, doświadczonych już śledczych. Nawet jednak w gronie tych anachronicznych i zaskorupiałych oficerów młody komisarz znajduje sprzymierzeńca, inspektora Blackera, który wymyka się własnym ograniczeniom. Swojego świeżego kolegę obdarza opieką i doświadczonym nosem detektywistycznym. Jeszcze więcej pomocy potrzebuje posterunkowy Hammersmith. Jego umiejętności są wprost proporcjonalne do zaangażowania i pracowitości. Posiada jeszcze jedną wyjątkową cechę – wrażliwość społeczną i zdolność reagowania na krzywdę ludzką. W tym całym gronie najbardziej zaangażowanych śledczych ostoją mądrości i tej (że tak się wyrażę) zawodowej, i tej osobistej jest doktor Kingsley. W powieści stanowi on bezkonkurencyjną i epokową figurę pioniera medycyny sądowej i daktyloskopii. Czytając o jego innowacyjnych pomysłach, bezgranicznym horyzoncie myślowym i niepospolitej trosce etycznej, uśmiechałem się z satysfakcją. Podobnie jak Grecian nie wyobrażam sobie, że największe osiągnięcia i przełomowe sukcesy rodzą się bezosobowo lub też ojcami sukcesu są ludzie przeciętni. Do takich momentów, które w perspektywie czasowej nazywamy krokami milowymi, ludzkość dociera w głównej mierze dzięki osobom wybitnym, ponadprzeciętnym, którzy własną wizję w połączeniu z pasją potrafią wkomponować w zbiorowe dążenia do – choćby jak w tym przypadku – rozwiązania pierwszej z brzegu zbrodni, których w tamtych czasach nie mało było na ulicach Londynu.
Londyn jako swoista czasoprzestrzeń powieściowej historii jest równorzędnym bohaterem wraz z postaciami funkcjonariuszy Scotland Yardu. W książce Greciana wyczuwa się nawet swoistą symbiozę miejsca i czasu z opowiadaną fabułą, a przede wszystkim tym artystycznym zapisem rozwoju i pierwszych, nowatorskich jak na tamten okres, metod i osiągnięć pracy śledczej i techniki kryminalistycznej. Mówiąc jeszcze inaczej autor ukrywa na kartach powieści zgrabną i jednocześnie trafną tezę, że nie byłoby tak wybitnych i spektakularnych sukcesów ówczesnych policjantów, gdyby nie z jednej strony ich zapał i nietuzinkowe spojrzenie na realia, a z drugiej strony nie drążąca tkankę miasta zbrodnia i zło ludzkiej natury.
Późno wiktoriańska Anglia, a tak naprawdę Londyn, zostały w recenzowanej książce nakreślone mocną kreską prozaika, który maluje przed nami obraz metropolii ujęty na każdym poziomie życia społecznego. Stolica ówczesnego państwa jest tutaj żywym organizmem, o wielu barwach i zakresach spojrzenia, w pełni uzupełniających się i dopełniających. Nawet wcześniej wspominane sylwetki głównych policyjnych bohaterów ubrane są w odmienne społeczne uwarunkowania. A przecież to nie jedyne postacie zapełniające arenę miejskiej enklawy powieściowej, a każda kolejna, choćby grała drobną drugoplanową rolę, niesie ze sobą balast pochodzenia i aktualnego umiejscowienia na drabinie społecznej. Czuć tu moment historii i dnia codziennego, gdzie nawet zbrodnia wraca jak echo, a przedstawiciele wybranych grup po swojemu zmagają się ze złem. Tak jest właśnie z postaciami dwóch prostytutek londyńskich, które wobec żywej pamięci sprawy Kuby Rozpruwacza i ciągle obecnym lęku o własne życie, biorą sprawy w swojej ręce. Dzięki temu atmosfera ulicznych wędrówek jest gęściejsza, a i intryga dodatkowo ulega skomplikowaniu.
Sprawa kryminalna przedstawiona w powieści „Scotland Yard” nie zostaje ujęta w sposób klasyczny. Mam na myśli na myśli prostą linię przyczynowo-skutkową. Tutaj jako czytelnicy dość szybko stykamy się nie tylko z samą zbrodnią, która na marginesie jest dość spektakularna, bo zamordowany zostaje inspektor Scotland Yardu, a jego zwłoki porzucone w walizce. Dosłownie kilka stron dalej poznajemy sprawcę, a w dalszej części jego niecne zamiary i kolejne zbrodnie, których nie udaje mu się ukryć, a nad którymi próbuje zapanować poprzez kontrolę policyjnego śledztwa i jego celowe nakierowywanie w kierunku oddalającym od niego samego. I choć nawet dochodzi do wręcz bezpośredniej rozgrywki pomiędzy zbrodniarzem a policjantem rozwiązującym sprawę, to w rzeczywistości główne napięcie budowane jest od samego początku na zupełnie innej osi fabularnej. Jest nią brygada zabójstw – grupa policjantów o różnych umiejętnościach, doświadczeniach i zdolnościach, których łączy poczucie misji, ważność przyjętej roli społeczno-zawodowej i etyczna wrażliwość. Tak zresztą Grecian tytułuje cały cykl powieściowy, otwierany przez recenzowaną powieść.
Powieść „Scotland Yard” jest książką bardzo przekonującą i kreującą bardzo realistyczny świat Londynu końca XIX wieku. W sposób zdecydowanie ciekawy i niebanalny autor uchwycił w niej ten moment rodzenia się nowoczesnego, śmiałego myślenia o sposobach ścigania sprawców zbrodni. Zdecydowanie autentycznie wygląda też literacka ilustracja drobnych, a jakże ważnych kroków w rozwoju kryminalistyki, dlatego obiecuję sobie wiele po kolejnych tytułach Alexa Greciana.