Banalność zbrodni. „Dom bestii” Bondy jako portret psychologiczny mordercy
Są książki, które od progu próbują zdefiniować samą siebie. I są takie, które tę definicję komplikują, bo materiał, z którym mierzył się autor, nie dawał się spokojnie zmieścić w żadnej dostępnej formie. „Dom bestii” Katarzyny Bondy należy do tej drugiej grupy — i właśnie to jest jego największa siła, a zarazem najtrudniejszy sprawdzian dla czytelnika.
Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Nie jest kryminałem — choć wyrasta z kryminalnego rdzenia. Nie jest klasycznym true crime — choć opiera się na dokumentacji procesowej, aktach sądowych i faktach, które przez lata trafiały na pierwsze strony gazet. Jest czymś pomiędzy: dokumentem literackim, portretem psychologicznym i opowieścią o determinacji człowieka, który sprawiedliwość uczynił sensem swojego życia. To wyzwanie gatunkowe, z którego Bonda wychodzi obronną ręką.
Pierwowzorem fikcyjnego Norberta Marciniaka jest Mariusz B., znany opinii publicznej jako Dusiciel z Woli — były ministrant i chórzysta, który w ciągu kilku lat zamordował cztery osoby ze swojego bliskiego otoczenia i do dziś nie ujawnił, gdzie ukrył ich ciała. Warszawski sąd skazał go na karę dożywocia — bezprecedensowy wyrok, nigdy wcześniej w Polsce nie orzeczony wobec jednej osoby w jednym procesie. Sprawa była prawdziwym wyzwaniem dla wymiaru sprawiedliwości: brak ciał nie stanowił przeszkody w skazaniu, a alibi wystawione przez kochankę — matkę i żonę dwóch pierwszych ofiar — ostatecznie upadło. Sama Bonda powiedziała wprost: nie musiała tym razem wymyślać potwora. On istniał naprawdę — cichy, niepozorny i przez długi czas niewidoczny dla wszystkich.
I właśnie z tego „niewidocznego” wyrasta najsilniejsza część tej książki. Bonda przyjmuje strategię narracyjną, która wydaje się prosta, a jest w istocie odważna: opowieść o dzieciństwie i młodości Norberta — środowisku biedy, w którym dorastał, o pierwszych deformacjach moralnych, o chwili, gdy przekroczył granicę, za którą wszystko zaczyna wyglądać inaczej — nie pełni tu roli wstępu ani psychologicznego dopełnienia. To pełnoprawny, równorzędny nurt narracji, toczący się równolegle do śledztwa i wzajemnie z nim rezonujący. Zabieg nieoczywisty, bo ryzykowny: im głębiej wchodzimy w historię Norberta, tym trudniej utrzymać wobec niego prostą, oczyszczającą niechęć. Bonda tego nie ułatwia. I dobrze. Bo łatwa niechęć to komfort, nie zrozumienie.
Jest w tej narracji pewien szczególny ton — spokojny, momentami wręcz chłodny, a jednak niosący w tle coś, co mogłoby uchodzić za próbę dotknięcia źródeł zła. Nie jego usprawiedliwienia — Bonda jest zbyt uczciwa wobec ofiar, by na to pozwolić — ale rozpoznania. Norbert w jej ujęciu to człowiek, który marzył o domu, o miłości, o rodzinie — o wartościach tak zwyczajnych, że aż banalnych. I to właśnie ta banalność jest tu najstraszniejsza. Zbrodnia nie rodzi się tu z patologicznej żądzy krwi, lecz z obsesji, zaślepienia, z wiary, że cel — ten piękny, osobisty, niemal czuły cel — uświęca każdy środek. Że wystarczy chcieć wystarczająco mocno. Że miłość w rozumieniu Norberta nie wymaga etycznego zastanowienia, bo jest przecież dobra. Ta droga od marzenia do bezduszności, od intencji do zbrodni, opisana jest przez Bondę bez taniości i bez epatowania — a właśnie dlatego zostaje w głowie długo po zamknięciu książki.
Równorzędnym bohaterem tej opowieści — i to bohaterem, którego wątek domaga się osobnego akapitu — jest policjant prowadzący sprawę. Bonda portretuje go nie jako sprawnego funkcjonariusza rozwiązującego zagadkę, lecz jako człowieka, dla którego ta sprawa stała się czymś znacznie więcej niż obowiązkiem służbowym. To powinność moralna, zawodowa i głęboko osobista zarazem — powinność totalna, której cena okazuje się nieproporcjonalnie wysoka. Błędy popełnione po drodze, kary dyscyplinarne, a w końcu sprawa karna za przekroczenie uprawnień — wszystko to nie zatrzymuje go, lecz zdaje się tylko potwierdzać, że wybrał rację ważniejszą od kariery. Jest w tej postaci coś, co każdemu byłemu lub czynnemu policjantowi będzie szczególnie bliskie: świadomość, że są sprawy, od których nie można po prostu odejść o siedemnastej i zamknąć za sobą drzwi. Że istnieje pewien rodzaj śledztwa, które wchodzi pod skórę i tam zostaje. Że zdarza się w tej służbie moment, gdy między procedurą a sumieniem trzeba wybrać — i że wybór sumienia nie zawsze bywa nagradzany, a prawie nigdy nie jest tani. Bonda rozumie to doskonale i odwzajemnia to rozumienie w sposobie, w jaki buduje tę postać: bez heroizowania, bez martyrologii, z szacunkiem dla ceny, jaką człowiek płaci za wierność czemuś, co sam sobie przyrzekł.
Narracyjnie to zadanie karkołomne z jeszcze jednego powodu: finał sprawy Mariusza B. jest od lat publiczną wiedzą. Pisać z suspensem o sprawie, której rozwiązanie jest znane, to sztuka, którą niewielu pisarzom udaje się opanować. Bondzie ta sztuka się udaje — napięcie buduje nie z nieznajomości wyniku, lecz z pełni rozumienia tego, jak do niego doszło. Gęstość materiału, szczegółowość rekonstrukcji procesowej i ogrom pracy opartej na aktach sądowych robią wrażenie i są dowodem na to, że autorka traktuje swoich czytelników poważnie.
Przy całym uznaniu dla tej pracy pozwolę sobie na drobną uwagę, płynącą nie z chęci krytyki, lecz z zawodowego odruchu człowieka, który przez lata sam chodził po policyjnych korytarzach. W kilku miejscach tekstu pojawiają się sformułowania i pojęcia, które mogły urodzić się z nadmiernego zaufania do własnego, naprawdę przecież bogatego doświadczenia „Mistrzyni researchu” (jaką przecież jest autorka „Florystyki”) — bez zewnętrznej konsultacji, która niejednego autora uchroniła przed potknięciem. „Nieosobowe źródła informacji” użyte w kontekście poszlak brzmią obco dla każdego, kto zna tę terminologię od środka. Samodzielnie potraktowane jako przeciwstawienie pojęciu OZI – osobowych źródeł informacji – rażą słabością zrozumienia języka i tematyki. Podobnie jak „drzewko kryminalistyczne” – tautologiczny dziwoląg. A na dokładkę policjanci mówiący o kimś jako o „podejrzanym” i grożący mu „postawieniem zarzutów” — podczas gdy w polskim prawie karnym podejrzanym staje się ktoś właśnie z chwilą postawienia mu zarzutów, nie przed — to błąd proceduralny, który w ustach doświadczonych funkcjonariuszy zgrzyta. Wzmiankę tę traktuję jako głos czytelnika z wewnątrz środowiska, nie jako zarzut wobec książki, bo jej wartość leży gdzie indziej — i jest niepodważalna.
„Dom bestii” to pozycja wymagająca, nieprzystępna dla tych, którzy szukają w kryminale przede wszystkim rozrywki. Ale dla czytelników gotowych na to, by literatura zamieniła się w doświadczenie — niekomfortowe, zmuszające do myślenia i uczciwe spotkanie z tym, co w człowieku najtrudniejsze do zrozumienia — będzie lekturą długo pamiętaną. Bonda nie pyta, czy Norbert zasługuje na nasze współczucie. Pyta o coś trudniejszego: skąd się biorą ludzie, którzy wierzą, że miłość zwalnia z odpowiedzialności. I to pytanie zostaje z nami, gdy ostatnia strona jest już dawno za nami.
