Zaginieni w parkach narodowych USA. Recenzja „Urwany ślad” Jona Billmana
Są książki, które zaczynają się od zniknięcia i nigdy tak naprawdę z niego nie wychodzą. Nie dlatego, że autor nie potrafi znaleźć wyjścia – lecz dlatego, że zaginięcie jest właśnie taką przestrzenią: szczelną, bez krawędzi, bez końca. Jon Billman wiedział o tym doskonale, zanim napisał choćby jedno zdanie „Urwanego śladu”. Bo ta książka nie opowiada o tym, co się stało. Opowiada o tym, czego nie wiadomo. I o tym, jak ta niewiedza niszczy ludzi żywych.
W kwietniu 2017 roku dwudziestodwuletni Jacob Gray zostawił swój czerwony rower przy wejściu do Olympic National Park w stanie Waszyngton i wszedł w las. Nie wyszedł. Jego ciało odnaleziono osiemnaście miesięcy później na górskim zboczu – a i tak do dziś nie wiadomo, czy śmierć była samobójstwem, czy wynikiem wychłodzenia. To zdanie – „nie wiadomo” – będzie towarzyszyć czytelnikowi przez całą lekturę jak echo w pustej górskiej dolinie.
Billman nie jest chłodnym obserwatorem tej historii. Dziennikarz, były strażak leśny, stały współpracownik magazynu Outside – wchodzi w tę opowieść całym sobą: zakłada plecak, sznuruje buty trekkingowe, idzie za Randy’m Grayem, ojcem Jacoba, przez leśne ścieżki, przez biurokratyczne labirynty instytucji, przez nocne obozy w kraju niedźwiedzi. To książka pełna współczucia, empatii i niepokoju niepozwalającego spokojnie zasnąć przed samotną wędrówką. Ale to opis zbyt skromny. Bo Billman stworzył coś rzadszego: portret ojcostwa zredukowanego do absolutu.
Randy Gray zlikwiduje swoje życie, żeby szukać syna. To zdanie – zawarte pomiędzy liniami tekstu, nigdy nie wypowiedziane wprost z całym dramatyzmem, na jaki zasługuje – jest rdzeniem tej książki. Miłość rodzicielska nie szuka tu chwały ani rozwiązania. Szuka tylko: jest tutaj? Był tutaj? Co widziały te drzewa? Billman dotyka jądra uczuć, które nie mają języka – uczuć rodzica, który nie wie, czy opłakiwać, czy nie tracić nadziei, czy ciągle szukać, bo szukanie jest jedyną formą trwania przy dziecku, które zniknęło.
I tu właśnie książka ujawnia swoje pierwsze oblicze: głęboko ludzkie, skupione, pozbawione ozdób. Reporterska precyzja służy tu emocji, nie zaś od niej ucieka.
Ale „Urwany ślad. Zaginięci w amerykańskich parkach narodowych” ma też drugie oblicze – i jest ono równie fascynujące, choć z zupełnie innych powodów.
Bo w przestrzeni, gdzie konwencjonalna logika milknie, głos zabierają ci, którzy wypełniają ciszę opowieściami. Jasnowidze, którzy wskazują konkretne współrzędne geograficzne i mylą się – lub dziwnie się nie mylą. Łowcy „Wielkiej Stopy”, którzy skrupulatnie dokumentują ślady stóp, jakie nie powinny istnieć. Teorie o seryjnych mordercach kryjących się w cieniu szlaków turystycznych. Sekty na Wyspie Vancouver. Billman jedzie z ojcem Jacoba do kobiety, która twierdzi, że widzi. Nie szydzi, nie kpi. Obserwuje – i pozwala tym historiom wybrzmieć w pełni, bo wie, że desperacja jest żyznym gruntem dla każdej narracji, która oferuje choćby cień odpowiedzi.
Nie ukrywam, że pewnie dla wielu sceptyków – ja tak przynajmniej miałem – te rozdziały mogą wydać się za wiele. Ale Billman nie jest wyznawcą. Jest świadkiem. I właśnie dlatego, że traktuje te szalone, niedorzeczne, a czasem wręcz komiksowe wątki z powagą należną ludzkiemu cierpieniu, a nie z ironicznym dystansem obserwatora z zewnątrz, czytelnik może im towarzyszyć bez poczucia wstydu. Kiedy nie ma odpowiedzi, każda historia staje się możliwością. A możliwość jest tym, czym żyje rodzina zaginionego.
Billman stworzył coś, co powinno stać obok najlepszych reportaży Krakauera i Matthiessena. Jednocześnie jego książka nosi w sobie wymiar artystycznych emocji bliskich mistrza horroru, Stephena Kinga. Ten tytuł ma bowiem w sobie coś z literatury grozy, lecz grozy bardzo specyficznej. Nie tej, która straszy potworami. Tej, która straszy ciszą. Brakiem. Absolutną obojętnością przyrody wobec ludzkiej obecności lub jej zaniku.
Dzicz Ameryki Północnej jawi się u Billmana nie jako tło ani sceneria, lecz jako podmiot. Parki narodowe – Olympic, Yellowstone, te mniejsze, mniej znane, bardziej zapomniane – mają własny oddech, własną logikę, własną pamięć. Pisarz odtwarza przestrzeń z dokumentalną dbałością, ale nie redukuje jej do mapy ani przewodnika. Pozwala jej być tym, czym jest: miejscem, które nie potrzebuje człowieka i bez żadnego wysiłku potrafi go pochłonąć, nie pozostawiając śladu. I takie też jest pisarstwo Billmana – narracyjna siła historii dominuje nad refleksją. Forma jego reportażu jest tu cicha i mistrzowska.
Jest w tej książce jeszcze jeden wymiar, który nie daje spokoju po zamknięciu ostatniej strony – wymiar etyczny. Billman uzyskał dostęp do historii, które są czyjeś: do cudzego bólu, cudzej rozpaczy, cudzego poszukiwania. Rodzina Jacoba Graya – przynajmniej część jej członków – czuła się przez tę publikację skrzywdzona. Głos jednej z krewnych, który przedostał się do przestrzeni publicznej, przypomina, że reportaż zawsze komuś coś zabiera, nawet jeśli oddaje coś innemu. Billman nie zmierzył się z tym wprost w tekście – i jest to pominięcie, które warto odnotować. Bo literatura faktu, która bierze za temat ludzkie cierpienie, niesie ze sobą odpowiedzialność, której nie można odkładać na boczny tor dziennikarskiego warsztatu.
To nie umniejsza wartości książki. Ale każe czytać ją z pełną świadomością tego, co kosztuje takie opowiadanie. „Urwany ślad” jest książką rzadką: taką, która mieści w sobie jednocześnie precyzyjny reportaż o systemowej niezdolności instytucji do szukania zaginionych w dziczy, intymny portret miłości rodzicielskiej zredukowanej do gestu szukania, i pełną kolekcję historii, które rozum odrzuca, a wyobraźnia skwapliwie przechowuje. To nie jest lektura, którą się czyta. To lektura, z którą się idzie – przez las, po omacku, bez gwarancji, że na końcu cokolwiek zostanie znalezione.
A gdy wychodzisz z tej dzikości, jeszcze długo oglądasz się za siebie.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Czarne.
