„Stracone w ogniu”. Ślady, które kłamią najciszej 

Są kryminały, które zaczynają się od zbrodni głośnej. Takiej, o której mówią nagłówki portali i sąsiedzi na klatkach schodowych. I są takie, które zaczynają się od zdarzenia, jakich w policyjnych rejestrach są setki. Łazienka w zwykłym warszawskim bloku. Kobieta leżąca na podłodze. Wszędzie krew. I pytanie, które zadaje sobie każdy, kto przekracza próg takiego pomieszczenia. Czy ktoś tu zawinił, czy wydarzył się jeden z tych cichych dramatów, które nie trafiają do żadnej gazety? „Stracone w ogniu” Izabeli Janiszewskiej należy do tej drugiej grupy. Właśnie dlatego jest powieścią tak przewrotnie mocną.

Zacznę od wyznania. Gdy jako konsultant tej książki poznałem jej wyjściowy pomysł, byłem sceptyczny. Nie znałem całości. Nie wiedziałem, dokąd autorka poprowadzi tę historię ani jak zbuduje intrygę. Bałem się, że to za mało. Że śmierć, która wygląda raczej na nieszczęśliwy wypadek niż na zbrodnię, nie uniesie całej powieści. Zwłaszcza dziś, gdy polski rynek zalewa fala kryminałów i każdy z nich walczy o uwagę czytelnika coraz mocniejszymi bodźcami. A jednocześnie czułem coś zupełnie innego. Ekscytację i podziw dla pisarki, która weszła w temat dokładnie tak, jak przychodzi on w prawdziwym życiu.

Bo mnie to się kiedyś zdarzyło. Jako technik kryminalistyki wykonywałem oględziny miejsca niemal identycznego z tym, które opisuje Janiszewska. Krwawych śladów było pełno. Pierwsi na miejscu policjanci prewencji odczytali je jednoznacznie. Pamiętam tamten zapach i tamtą ciszę. Pamiętam też, jak łatwo obraz miejsca zdarzenia podsuwa gotową opowieść. I jak trudno zachować dystans, gdy ślady zdają się krzyczeć.

To, co Janiszewska zrobiła z takim punktem wyjścia, zasługuje na najwyższą ocenę. Ze zdarzenia pozornie „niekryminałowego” wycisnęła wszystko. Intrygę, emocje i każdy obszar śledztwa, od oględzin przez sekcję po przesłuchania. Pozorna zwyczajność okazuje się tu największym atutem. Nie ma efektownego seryjnego mordercy w pierwszej scenie ani zwłok upozowanych na użytek mediów. Jest za to coś trudniejszego do napisania. Napięcie rodzące się z wątpliwości. Z drobiazgów, które nie pasują do siebie. Z pytań, na które nikt nie chce udzielić prostej odpowiedzi.

Wielowątkowość jest w tej powieści cechą w pełni pozytywną. Janiszewska splata kilka linii fabularnych, ale żadna z nich nie jest ozdobnikiem. Wszystkie idealnie wpisują się w konstrukcję intrygi, zawiązanej i powiązanej w sposób niebanalny. Dzięki temu bohaterowie policyjni nie idą po sznurku od tropu do tropu. Dostają szansę szukania, ale też błądzenia. Stawiają hipotezy, odrzucają je, wracają do punktu wyjścia. Tak wygląda prawdziwe śledztwo i każdy, kto pracował w policji, rozpozna ten rytm. Najwięcej zyskuje na tym czytelnik. On też szuka i się myli. Daje się wciągnąć w grę z autorką i bohaterami, a ta gra trwa do ostatnich stron.

Ta seria ma swój znak rozpoznawczy, dbałość o szczegół. Janiszewska perfekcyjnie pokazuje pracę policjantów, zwłaszcza na miejscu zdarzenia. Terminologia jest precyzyjna, a realia służby sprawdzone wnikliwie. W „Straconych w ogniu” najciekawszym elementem są ślady krwi i ich analiza. Kształt kropli zdradza kierunek ruchu i wysokość, z której spadały. Niezabrudzone krwią pola na posadzce wyznaczają miejsce, w którym przez pewien czas spoczywało ciało. Gdy trzeba sprawdzić, czy ktoś nie zmył śladów, Anita sięga po Bluestar Forensic, a nie po klasyczny luminol. Wie dlaczego. Bluestar jest czulszy, nie wymaga całkowitego zaciemnienia i nie niszczy materiału do badań DNA. Zna też jego słabość, bo reaguje także na niektóre środki czyszczące i rdzę. To nie jest efektowny rekwizyt z serialu. To wiedza praktyczna, jaką technik nosi w walizce razem ze sprzętem.

Autorka niczego przy tym nie upraszcza. Nie tworzy wszechwiedzącego technika, który jednym spojrzeniem odczytuje całą prawdę z miejsca zdarzenia. Anita stawia hipotezy, ale zna granice swoich kompetencji. Do oceny mechanizmu powstania plam potrzebny jest analityk śladów krwawych z uprawnieniami, a do wyjaśnienia urazów medyk sądowy i sekcja zwłok. Janiszewska realistycznie pokazuje, jakie możliwości ma śledztwo i kto za co odpowiada. Prawda nie wyłania się tu z jednego genialnego olśnienia. Składa się z pracy wielu ludzi.

Medycyna sądowa zna zjawisko nazywane przerwą jasną. Człowiek po urazie głowy traci przytomność, a potem ją odzyskuje. Przez chwilę wydaje się, że nic poważnego się nie stało. Tymczasem w czaszce narasta krwiak. Ranny próbuje wstać, przewraca się, znów próbuje. Jest zdezorientowany i nie potrafi zrobić kilku kroków do drzwi. Janiszewska pokazuje to bez taniej grozy, z wielką czułością. Ślady na posadzce stają się zapisem rozpaczliwej walki o życie. I właśnie taki przebieg zdarzeń najczęściej myli tych, którzy odczytują miejsce zdarzenia. Rozmazana krew, siniaki i chaos wyglądają jak ślady walki z napastnikiem. A bywają zapisem samotnej walki z własnym urazem.

Widać, jak gruntownie autorka skonsultowała te obszary. Zrozumiała je nieraz lepiej niż sami policjanci, którzy pojawiają się na miejscach prawdziwych zdarzeń. Jako wykładowca kryminalistyki i biegły przyznam otwarcie. Janiszewska zawsze „odrabia lekcję” tak kompletnie, że nie popełnia błędów. Co więcej, jej czytelnicy mogą się z tych stron dowiedzieć rzeczy nowych. Nawet ci, którzy noszą lub nosili mundur.

A przecież nie jest to powieść skupiona wyłącznie na śladach. Autorka wciąż trzyma wysoki poziom warstwy emocjonalno-psychologicznej. Anita Bauer wciąż uczy się, że wiedza o śladach nie chroni przed współczuciem. Nocami przegląda zdjęcia z miejsca zdarzenia i nie potrafi przestać myśleć o tym, jak niewiele dzieliło ofiarę od ratunku. Bywa bezradna i bywa zła na siebie za łzy. To bardzo ludzkie. Policjant nie jest maszyną do zabezpieczania dowodów. Widzi cudzą śmierć z bliska i musi ją w sobie jakoś pomieścić. Profesjonalizm nie polega na tym, by nic nie czuć. Polega na tym, by mimo emocji wykonać swoją pracę rzetelnie. Janiszewska pokazuje tę równowagę bez patosu i bez wstydu. Maciej Wajda wraca do nocy sprzed dwudziestu lat, wymazanej z jego pamięci. Wraca też do pytania, które jest jednym z najbardziej przejmujących w całej serii. Co jeśli człowiek, którym byłem w niepamięci, okaże się kimś, kogo nie potrafię zaakceptować? Ogień w tej książce niszczy dowody i pamięć jednakowo. Ta metafora nie jest nachalna, ale wraca w wielu odsłonach. Równie starannie napisane są postaci jednorazowe, stworzone na użytek tej konkretnej historii. Każda niesie własny ciężar i żadna nie jest tylko figurą na szachownicy śledztwa.

Jest wśród nich emerytowany komisarz, którego nazwisko z uśmiechem puszcza oko do jednego z autorów polskiego kryminału. Zabawa jest jednak tylko pretekstem. Ważniejsze jest to, co ta postać w sobie nosi. To stary gliniarz, który odszedł ze służby, ale sprawa nigdy nie odeszła od niego. Przez lata prowadzi notatki, porównuje nazwiska, śledzi doniesienia o kolejnych zaginięciach. Robi to z własnej woli, długo po zdjęciu munduru, bez nadziei na pochwałę. Znam ten rodzaj powinności. Nierozwiązana sprawa jest jak dług zaciągnięty wobec ofiary i jej bliskich. Śledztwo można umorzyć postanowieniem. Moralnego zobowiązania wobec ofiary nie umorzy żaden dokument. Janiszewska rozumie to doskonale i pisze o tym z szacunkiem, bez sentymentalizmu. Dla takiego człowieka rozwiązanie sprawy nie jest triumfem. Jest spłatą zobowiązania.

Najciekawszy motyw tej powieści ma jednak korzenie poza kryminałem. Autorka sięga po zjawisko „dzieci zastępczych”. To dzieci, które przychodzą na świat po śmierci rodzeństwa i od pierwszego dnia dźwigają cudzą nieobecność. Vincent van Gogh otrzymał imię po bracie, który urodził się martwy dokładnie rok wcześniej. Podobny los dzielili Salvador Dalí, Rainer Maria Rilke, James Matthew Barrie i Ludwig van Beethoven. Wielkie nazwiska, a za każdym z nich mały chłopiec, który musiał udowodnić, że ma prawo do własnego życia. Jak żyć, gdy ktoś patrzy na ciebie, a widzi kogoś innego? Ile kosztuje miłość, która nie jest skierowana do ciebie? Niektórzy z tego bólu stworzyli sztukę. Inni nie stworzyli niczego, bo ich tożsamość pękła, zanim zdążyła się uformować. Janiszewska nie robi z tego wykładu. Pozwala, by ten motyw sączył się powoli przez fabułę, aż stanie się jednym z kluczy do całej historii. Tożsamość pożyczona, tożsamość wymazana przez niepamięć, tożsamość, którą trzeba odzyskać. W tej książce to jedna i ta sama rana, oglądana z różnych stron.

Najmocniej poruszyła mnie jednak warstwa etyczna. Mąż zmarłej staje się podejrzanym niemal z automatu, bo tak podpowiadają statystyki. To skłonność głęboko zakorzeniona w policyjnej praktyce. Statystyka podsuwa najbliższych jako pierwszy krąg podejrzanych, a pierwszy krąg łatwo zamienia się w jedyny. Janiszewska pokazuje, ile kosztuje taka podejrzliwość człowieka pogrążonego w żałobie. Pokazuje też, jak łatwo nagiąć fakty do wygodnej hipotezy, przed czym sama Anita ostrzega już na pierwszych stronach. Statystyka jest narzędziem, a nie wyrokiem. Prawda o jednym konkretnym człowieku nie musi się w niej mieścić.

W finale Anita stanie przed wyborem, którego nie rozstrzygnie żaden kodeks. Nie zdradzę, czego dotyczy. Napiszę tylko, że to jedna z tych sytuacji, w których prawo i sumienie mówią różnymi językami. Bohaterka, znana dotąd z zasadniczości, musi zdecydować, czy pozostać wierną literze prawa, czy ludzkiemu odruchowi. Każdy policjant zna takie chwile, choć rzadko się o nich mówi. Ślubowanie nie przewiduje wyjątków. Życie podsuwa je co chwilę. Autorka nie udaje, że istnieje łatwe rozstrzygnięcie. Nie ocenia też swojej bohaterki. Zostawia czytelnika z ciężarem, który Anita od tej chwili niesie sama. Bo decyzja podjęta z dobrego serca nie przestaje być decyzją. Ma swoje konsekwencje, nawet jeśli nikt się o niej nie dowie. Jest ktoś, kto zostaje bez pełnej prawdy. Jest pamięć, która nie pozwoli o tym zapomnieć. Zastanawiam się, na ile ten wybór wróci w kolejnych tomach. Czy stanie się cichym fundamentem dojrzałości Anity, czy raczej zadrą, która kiedyś zacznie ropieć? Czy ktoś odkryje, co wtedy przemilczała? Jestem pewien, że Janiszewska nie zostawi tego wątku bez echa. Ja w każdym razie będę na nie czekał.

Drugi tom cyklu o Anicie Bauer i Macieju Wajdzie jest dojrzalszy od pierwszego. Duet zyskał ciepło i lekkość, a dialogi iskrzą humorem, który rozładowuje ciężar historii. Ich relacja rośnie w ciszy, bez pośpiechu i bez taniego romansu. Wątki są domknięte, a jednocześnie zostawiają apetyt na więcej.

W podziękowaniach autorka napisała, że udowodniłem jej, iż życie potrafi zaskakiwać bardziej niż fikcja. Po lekturze „Straconych w ogniu” muszę odwrócić te słowa. Izabela Janiszewska udowodniła mi, że fikcja potrafi być wierniejsza życiu niż niejeden protokół oględzin.

Miałem przyjemność konsultować kryminalistyczne aspekty tej powieści, przeczytanej dzięki Wydawnictwu Czwarta Strona.

Metryczka

Tytuł: Stracone w ogniu
Autor: Izabela Janiszewska
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-68952-45-2

Nasza ocena