„Rubikon” – krew bez ciał, sprawiedliwość bez wyroku
Są thrillery, które biorą czytelnika szturmem. I są takie, które zaciskają się wokół niego powoli, niczym pętla, której długo nie czuć na szyi. „Rubikon” Tomasza Kieresa należy do tych drugich. Nie krzyczy od pierwszej strony. Szepcze. A kiedy wreszcie podnosi głos, jest już za późno, żeby odłożyć książkę.
To powieść podwójnie debiutancka. Tomasz Kieres, dotąd autor ciepłych powieści obyczajowych i historii o miłości, stracie i drugiej szansie, po raz pierwszy wchodzi na teren kryminału. Ten sam krok stawia Wydawnictwo Flow, które właśnie otwiera się na kryminał i thriller. Dwa debiuty pod jedną okładką to podwójne ryzyko. Tym razem opłaciło się podwójnie.
Punkt wyjścia wygląda jak zaproszenie do pisarskiej katastrofy. Ludzie znikają. Są miejsca zbrodni, ale nie ma ciał. Zostaje krew. Dużo krwi. Tyle, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Na papierze pomysł wydaje się mało realistyczny, a fabularnie wręcz ryzykowny. Jak zbudować intrygę bez ofiary, którą można zobaczyć, opisać, oddać w ręce medyków sądowych, świadków z ich wspomnieniami? A jednak Kieres bardzo szybko pokazuje, że brak ciała nie jest dziurą w opowieści. Jest jej silnikiem.
Kto pracował w policji, wie, że krew bez ciała to jeden z najbardziej niepokojących obrazów na miejscu zdarzenia. Ślad mówi dużo, ale nie mówi wszystkiego. Każe myśleć o najgorszym, a jednocześnie zostawia cień nadziei. Rodzina zawisa między żałobą a oczekiwaniem. Śledczy między hipotezą zabójstwa a zawodową ostrożnością. Kieres oddaje ten niepokój trafnie i bez efekciarstwa. Z tej szczeliny między pewnością a niewiedzą wyrasta intryga zaskakująca i naprawdę niepowtarzalna.
Szybko okazuje się też, że zaginieni nie są przypadkowi. Każdy z tych mężczyzn ma na sumieniu czyjeś życie. I żaden nie poniósł za to prawdziwej kary. Ktoś postanowił więc wyrównać rachunki. Bez sądu, bez wyroku, bez apelacji. Kieres już na wstępie dotyka przy tym spraw, o których w Polsce wciąż mówi się półgłosem, jak przemoc seksualna w małżeństwie. Robi to bez publicystycznego zadęcia, ale też bez łagodzenia.
Sprawę prowadzi komisarz Bianka Kołodziejczyk. I tu odzywa się we mnie emerytowany policjant. Bianka jest oficerem Komendy Głównej Policji. Do KGP trafiają sprawy szczególnie ważne i złożone. Pierwsze miejsce zdarzenia z krwią, ale bez ciała, takiej rangi jeszcze nie ma. Zajęłaby się nim właściwa komenda rejonowa, a w razie potrzeby Komenda Stołeczna. Tymczasem oficer KGP od początku prowadzi czynności praktycznie sama, tylko ze Staszewskim u boku. To najsłabszy punkt zawodowego realizmu tej powieści. Rzecz w tym, że ta słabość szybko schodzi na dalszy plan. Przykrywa ją sama Bianka.
To postać niebanalna i skomplikowana. Nosi w sobie śmierć siostry i lata szukania winnych. Ta strata wycofała ją emocjonalnie, zamknęła na uczucia, nauczyła dystansu do ludzi. Napięcie rozładowuje na strzelnicy, nie w rozmowie. Jednocześnie Bianka stoi mocno na gruncie zawodowym i etycznym. Wierzy w prawdę. Wierzy w to, że przestępca powinien zostać ujęty. Ta podwójność, chłód na zewnątrz i żar pod spodem, czyni z niej bohaterkę, której się nie zapomina. I której nie zawsze przyznaje się rację.
Na tej właśnie strzelnicy pojawia się Łukasz Zaniewski. Agent nieruchomości, który stworzył miejsce dla skrzywdzonych psów, a z Martą łączy go więź mocniejsza niż więzy krwi. On także nosi w sobie stratę i tajemnicę. Psi wątek nie jest ozdobnikiem. Czułość wobec bezbronnych stoi tu naprzeciw okrucieństwa ludzi, którzy uniknęli kary. Relacja Bianki i Łukasza rośnie powoli, w cieniu śledztwa. To spotkanie dwojga poranionych ludzi, którzy rozpoznają w sobie ten sam ból.
Tu najwyraźniej słychać dawnego Kieresa, autora prozy obyczajowej. Kto szuka thrillera pędzącego bez oddechu, może uznać, że ta warstwa, z romansowym wątkiem włącznie, momentami zbyt mocno hamuje akcję. Dla mnie jest fundamentem. Bez niej finał nie uderzyłby z taką siłą.
Zagadka okazuje się złożona, ale jej centrum nie leży w technice zbrodni. Leży w relacjach. W tym, co ludzie sobie zrobili, czego sobie nie wybaczyli, co przemilczeli. Przeszłość wraca tu jak echo. Tym głośniej, im dłużej próbowano ją zagłuszyć.
Największą siłą „Rubikonu” jest jednak sposób budowania napięcia. Kieres robi to spokojnie, warstwa po warstwie, prawie z niczego. Nie potrzebuje pościgów ani tanich zwrotów akcji. Temperatura rośnie stopniowo, aż finał rozżarza się do białości. Autor oddaje głos także temu, kto wymierza karę. Dzięki tym rozdziałom czytelnik w pewnym momencie wie więcej niż Bianka. Domyśla się, kto stoi za zbrodniami, i coraz lepiej rozumie dlaczego. To jednak niczego nie psuje. Wręcz przeciwnie. Zamiast pytania „kto?” pojawia się pytanie znacznie trudniejsze. Jak daleko to zajdzie?
Sceny finałowe zaskakują, uderzają i nie dają się przewidzieć. Momentami szokują. Dotyczy to motywów i postaw nie tylko sprawców, ale także policyjnej bohaterki. Więcej powiedzieć nie mogę. Powiem tylko, że niejeden czytelnik stanie w kontrze do wyborów bohaterów. Zwłaszcza do wyborów Bianki.
Kieres prowokuje. A może po prostu pokazuje prawdziwą twarz ludzkich emocji? Miłość i zemsta okazują się tu zaskakująco bliskie. Autor zadaje pytania mocne i niewygodne. Czym jest sprawiedliwość, kiedy system zawodzi? Czy zło można pokonać złem? Kto ma prawo karać? I gdzie leży granica, po której przekroczeniu nie ma już powrotu? Tytuł nie jest przypadkowy. Rubikon przekracza się tylko raz.
Jest w tym debiucie kryminalnym coś przewrotnego. Kieres nie porzucił swojego tematu. Zmienił tylko jego temperaturę. Miłość wciąż jest u niego siłą napędową. Tyle że tym razem prowadzi nad krawędź. „Rubikon” to kryminał, który wchodzi pod skórę cicho, a wychodzi z hukiem. Debiut gatunkowy, który nie prosi o taryfę ulgową. Rzecz bardzo warta uwagi.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Flow.
Metryczka
Tytuł: Rubikon
Autor: Tomasz Kieres
Gatunek: kryminał, thriller psychologiczny
Wydawnictwo: Flow
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8364-210-9
