Krzyk złożony z cudzych imion

z serii nie kryminalnie

Są książki, które informują. I są takie, które ranią i to precyzyjnie, nieodwołalnie, z chirurgiczną zimną krwią, po której zostaje blizna w miejscu, gdzie dotąd nie wiedzieliśmy, że coś nas boli. „Niektórych trzeba zabić” Patricii Evangelisty należy do tej drugiej kategorii i jest w tej kategorii osobnym przypadkiem, bo jej autorka nie piszę o cudzym bólu z bezpiecznej odległości. Ona pisze o śmierci swojego kraju.

Filipiny, 2016 rok. Rodrigo Duterte obejmuje urząd prezydenta i wypowiada wojnę, nie obcemu wrogowi, ale własnym obywatelom. Oficjalnie, narkomanom i dilerom. W praktyce, każdemu, kogo sąsiad zechce wpisać na listę, każdemu, kto mieszka tam, gdzie ktoś ma interes, każdemu, czyje ciało będzie po zmroku łatwiejsze do zidentyfikowania niż do ochrony. W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy rządów policja i samozwańcze bojówki zabiją tysiące ludzi. Rząd będzie mówić o przestępcach. Evangelista będzie rozmawiać z ich córkami, z synami nie ma już możliwości.

To jest właśnie ta książka. Nie analiza politologiczna. Nie raport praw człowieka. Zapis, który jednak krzyczy. Evangelista jest dziennikarką Rapplera, jednego z niewielu niezależnych serwisów informacyjnych w kraju rządzonym przez człowieka, który obiecał policjantom medale za każdego zabitego. Przez sześć lat dokumentuje morderstwa, dociera na miejsca zbrodni w nocy, rozmawia ze świadkami, studiuje oficjalne raporty, których autorzy i ofiary żyją na sąsiednich ulicach. Ale „Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach” nie jest reportażem w tradycyjnym sensie. To coś trudniejszego do sklasyfikowania i przez to bardziej porażającego. To świadectwo napisane od środka, przez kogoś, kto nie może wyjść z terenu zdarzenia, bo teren zdarzenia to jej dom.

Struktura książki jest pozornie prosta, trójelementowa. Pamięć, Rzeź, Requiem. Jednak Evangelista nie prowadzi czytelnika chronologicznie przez katalog zbrodni. Prowadzi go przez język. Przez gramatykę przemocy, jak sama to nazywa. Rozważa, kiedy czasownik „zniknąć” z nieprzechodniego stał się przechodnim, gdy junta zaczęła „znikać” dysydentów, gdy na Filipinach słowo przestało opisywać stan, a zaczęło oznaczać czynność wykonywaną na człowieku przez innego człowieka z bronią i politycznym przyzwoleniem. Ta wrażliwość na słowa jest u Evangelisty czymś więcej niż warsztatem, jest moralnym instrumentem, którym mierzy odległość między językiem władzy a prawdą o ciele leżącym w kanale.

Ale to nie są tylko rozważania o semantyce. To są konkretne osoby. 

Jest Love-Love, jedenastolatka, która patrzy, jak jej ojciec umiera od kuli wystrzelonej nad kołyską śpiącego rodzeństwa. Która chwilę później staje między lufą pistoletu a matką i mówi: zabij mnie, nie ją. Zamaskowani mężczyźni wychodzą, wracają, strzelają do matki, a Love-Love zaciska dłonie na ranie, z której krew wypływa między jej palcami. Evangelista opisuje to bez ozdobników, bez emocjonalnego komentarza, niemal protokolarnie i właśnie dlatego jest to nieznośne. Protokół tu nie chroni. Protokół oskarża.

Jest Christine, czternastolatka, której ojciec gotuje spaghetti i śpiewa dzieciom, zanim o świcie wpadnie do domu pięciu policjantów. Jej brat następnego dnia wyjmuje palcem kulę z kanapy. Christine przez długi czas nie mówi. Gdy w końcu się odzywa, jej pierwszym słowem jest „przepraszam”, bo nie trzymała ojca dość mocno.

Jest Maximo, który głosował na Dutertego, bo chciał porządku, i teraz siedzi sam w pokoju, nie mogąc przyjść na pogrzeb pięcioletniej wnuczki zastrzelonej zamiast niego. Na nadgarstku nosi czerwono-niebieską opaskę z nazwiskiem prezydenta.

Evangelista nie moralizuje. Nie tłumaczy. Nie upraszcza odpowiedzi na pytanie, dlaczego naród może wybrać własną rzeź. Zamiast tego buduje tło historyczne — kolonialną przeszłość Filipin, rewolucję EDSA, mit demokracji zbudowany z żółtego konfetti i żółtej sukienki Corazon Aquino, a pokazuje przy tym, jak kruchy był ten mit, jak łatwo dał się zastąpić innym. Mitem silnego człowieka z Mindanao, który mówi językiem ulicy i obiecuje, że tym razem naprawdę posprząta.

Wchodzi w to też historia jej własnej rodziny. Dziadek, dziennikarz i człowiek uroku osobistego, który podpisał manifest poparcia dla Marcosa. Babcia podziwiająca Imeldę jak postać z „Przeminęło z wiatrem”. Evangelista nie rozlicza ich, nie rozgrzesza, lecz opisuje z tą samą precyzją, co morderstwa. Bo jedna z jej tez, przemycona bez explicite sformułowanego oskarżenia, brzmi, demokratyczna tkanka społeczeństwa nie ginie od dyktatora. Ginie od wygody, od strachu, od decyzji, żeby tym razem nie wyjść na ulicę, bo mam zawroty głowy i lumbago.

Ta książka mówi bowiem w istocie o czymś, na co literatura faktu rzadko ma odwagę, że przemoc polityczna nie jest aberracją. Jest odpowiedzią na pytanie, które społeczeństwo sobie zadaje i na które odpowiada źle. Że „wojnę z narkotykami” można zrozumieć tylko jako odpowiedź na realną biedę, realny lęk i realne poczucie opuszczenia przez instytucje państwa. Że kiedy państwo jako idea staje się dla ludzi abstrakcją, z prawem, sądami, procedurami, które ich nigdy nie chroniły, to w miejsce tej abstrakcji przychodzi człowiek, który mówi: ja to zrobię prościej. I część z tych ludzi, bo Evangelista tego nie ukrywa, przez pewien czas odczuwa ulgę. Aż do chwili, gdy stuka się do niewłaściwych drzwi.

Jednym z najbardziej przejmujących wątków jest nie sama rzeź, lecz Epilog. Jej tytuł — „Jesteśmy Duterte” — pochodzi od słów zamaskowanego zabójcy stojącego nad ciałem Ma, matki Love-Love. „Jesteśmy Duterte”, to wyjaśnienie tożsamości, które jest jednocześnie alibi, ideologią i wyrokiem. Evangelista urodziła się w roku, gdy demokracja wróciła na Filipiny. Napisała tę książkę, by relacjonować jej śmierć. Ale też, jak się czyta między wierszami, żeby ta śmierć nie przeszła bez świadka. Żeby ktoś zdążył zapisać imiona.

Książka zdobyła w 2023 roku tytuł najlepszej pozycji non-fiction według magazynu Time, znalazła się na liście dziesięciu najlepszych książek roku New York Times i w zbiorze polecanych lektur Baracka Obamy. Redaktor The New Yorker nazwał ją arcydziełem dziennikarstwa. Wszystkie te określenia są trafne i wszystkie są niewystarczające. Bo „Niektórych trzeba zabić” to coś, czego nagrody literackie nie dają w pełni opisać. To jest krzyk złożony z cudzych imion, zapisany z precyzją chirurga i czułością kogoś, kto trzymał dłoń na ranie i czuł, jak krew wypływa między palcami.

Czyta się to jak reportaż. Zostaje jak wyrok.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Czarne.