„Artefakt” – finał, w którym przeszłość dogania sztuczną inteligencję
Z jednej strony gocka bransoletka wyniesiona z muzeum przez doktorantkę archeologii, która wkrótce potem zostaje znaleziona martwa nad Wisłą, z ciałem pokrytym nordyckimi runami. Z drugiej kod, który w ułamku sekundy potrafi sparaliżować system bankowy. Rdzanek od trzech tomów bawi się tym samym kontrastem – starym i nowym, analogowym i cyfrowym – i w „Artefakcie” robi to po raz ostatni, zamykając trylogię tam, gdzie ją otworzył, na styku technologii i tego, co ludzkie, niewytłumaczalne, sprzed tysięcy lat.
To najbardziej ryzykowny pomysł całej serii i mimo niecodziennych rozwiązań fabularnych z dwóch poprzednich tomów, zwłaszcza drugiego, tym razem autor podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej. Intryga rusza od wielbarskich bransoletek, których wzory okazują się czymś więcej niż tylko ornamentem. Układają się one bowiem w strukturę, która łączy archeologię z kodem groźniejszym niż jakikolwiek współczesny cyberatak. To pomysł na granicy przesady, ale trzeba przyznać: działa, i to dość długo trzyma w napięciu.
Bo choć „Artefakt” wciąga, to jest to już bardziej powieść o bohaterach niż o samej zagadce. W centrum wciąż stoi Karol Koppel – programista o potrójnym obywatelstwie (polskim, amerykańskim i estońskim), twórca sztucznej inteligencji ZEUS, który od pierwszego tomu z uporem wraca do własnego kodu jak do przekleństwa, którego nie potrafi się pozbyć. Tym razem to on staje się głównym celem – Koreańczyk, który w poprzednich częściach był tłem, tu wraca po to, by rozliczyć się z Koppelem raz na zawsze, i ta osobista, mściwa nuta daje finałowi ciężar, jakiego brakowało wcześniejszym starciom z anonimowymi służbami.
Obok niego duet śledczy, Ewa Dzik i Zygmunt Friszer, znani z „Akordu„, prowadzą wątek rytualnych zabójstw i znikającego artefaktu, choć to właśnie im najwyraźniej doskwiera dawny zarzut: solidni, wiarygodni zawodowo, ale wciąż trochę zbyt przewidywalni jako duet, bez tej iskry nieprzewidywalności, która budowałaby prawdziwe napięcie między nimi. Rdzanek nie próbuje tego na siłę naprawiać. Zamiast tego przesuwa środek ciężkości na relacje wokół Viper, hakerki budzącej skojarzenia z Lisbeth Salander z „Millennium”, i jej powiązanie z Joanną, które w tym tomie zyskuje więcej przestrzeni niż w poprzednich dwóch książkach razem wziętych. To właśnie te zmieniające się, czasem niedopowiedziane relacje, a nie sama zagadka bransoletki, trzymają „Artefakt” w ryzach spójnej całości.
Najciekawiej wypada jednak to, co dzieje się między Viper a Koppelem, gdy schodzą na temat samej sztucznej inteligencji, bo to w gruncie rzeczy spór o to, czym ZEUS właściwie jest i czym się stanie. Koppel wciąż nosi w sobie tę pierwotną wiarę twórcy, że narzędzie zbudowane jako tarcza, jako coś, co miało chronić, można jeszcze odzyskać, wrócić do intencji sprzed „Algorytmu„, zanim system zaczął żyć własnym życiem w rękach obcych wywiadów. Viper patrzy na to z pozycji kogoś, kto nigdy nie ufał systemom kontrolowanym przez instytucje i rządy. Dla niej pytanie nie brzmi „czy da się AI okiełznać”, tylko „kto pierwszy zdąży jej użyć, zanim zrobi to ktoś gorszy”. Ten kontrast, nadzieja twórcy kontra podejrzliwość hakerki, wiara w naprawę kontra przekonanie, że każde narzędzie tej mocy prędzej czy później wymyka się spod kontroli, jest w gruncie rzeczy tym samym pytaniem, które ciągnie się przez całą trylogię: gdzie kończy się postęp, a zaczyna zagrożenie. W „Artefakcie” to pytanie wybrzmiewa najmocniej, bo obie strony sporu mają już za sobą dowody na poparcie swoich racji i żadna z nich nie wygrywa go jednoznacznie.
Akcji i energii książce nie brakuje. Tempo trzyma się blisko granicy porządnego thrillera sensacyjno-szpiegowskiego, z rozdziałami, które chce się połykać jeden po drugim. Rdzanek konsekwentnie stawia na dynamikę kosztem rozbudowanych opisów, co w tym gatunku sprawdza się lepiej niż niejedna próba psychologicznego pogłębienia. Ale, i tu głos byłego funkcjonariusza upomina się o swoje, żeby tę historię przyjąć w całości, trzeba włączyć „przymrużone oko” pisarza. Łatwość, z jaką działają tu obce służby, a zwłaszcza swoboda ruchów postaci Lee, jest w pewnym momencie zbyt gładka, zbyt bezkolizyjna jak na realia pracy wywiadu. To jedyny moment, w którym rzemiosło ustępuje miejsca fabularnej wygodzie.
Zamknięcie trylogii wypada mimo to naprawdę dobrze. Konsekwentne, trzymające do ostatniej strony, bez wrażenia, że autor spieszył się do finału na siłę. Zostawia przy tym niewielkie okienko na przyszłość, choć niekoniecznie w stronę kontynuacji tej konkretnej serii, bardziej jako furtkę do nowej historii zbudowanej wokół przynajmniej części znanych już bohaterów.
Patrząc na całość – od debiutu, który zaskoczył rozmachem i sprawnie poprowadzoną wielowątkowością „Algorytmu”, przez precyzyjniejszy, inżyniersko poskładany „Akord”, aż po „Artefakt” – widać autora, który z tomu na tom lepiej panuje nad materiałem, nie tracąc przy tym tego, co w tej serii najciekawsze: umiejętności łączenia odległych na pierwszy rzut oka światów w jedną, spójną intrygę. Trylogia, która zaczynała się jako obiecujący debiut technologiczno-sensacyjny, kończy się jako spójna, choć nie pozbawiona uproszczeń, całość i chyba właśnie dlatego czeka się teraz na to, co Rdzanek zrobi dalej.
Książka przeczytań dzięki Wydawnictwu Rebis
Metryczka
Tytuł: Artefakt
Autor: W.P. Rdzanek
Gatunek: kryminał / sensacja / thriller
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8338-455-9
