Hałda, która płonie od środka
Są drugie tomy, które powtarzają pierwszy, tylko głośniej. I są takie, które robią rzecz znacznie trudniejszą, zostawiają formułę tam, gdzie była, a całą zdobytą przestrzeń oddają ludziom. „Uraz” Wojciecha Wolnickiego należy do tych drugich i to jest powód, dla którego uważam go za książkę lepszą od „Długu”.
Zaczyna się od prologu osadzonego w rybnickim familoku, w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Trzydzieści parę metrów, na których mieści się całe życie czteroosobowej rodziny: gotowanie, spanie, mycie, odrabianie lekcji. Ojciec wraca z pracy trzy godziny po fajrancie i pijany, żąda obiadu, którego nie ma, bo znów odcięli gaz. Awantura wybucha jak setki poprzednich, tyle że tym razem coś wypada z pieca na drewnianą podłogę i w ciągu paru minut pali się już boazeria, meblościanka, wszystko. Dzieci są w środku. Dalej nie napiszę ani słowa, bo to, co robi w tej chwili ojciec, jest sednem sceny i największą jej siłą.
Powiem tylko, na czym polega mistrzostwo tego fragmentu, Wolnicki nie dopowiada niczego. Nie ma zdania oceniającego, nie ma narratora, który potrząsałby czytelnikiem, nie pada żadne słowo o egoizmie ani o tchórzostwie. Jest wyłącznie opis czynności — spokojny, niemal beznamiętny — po którym o tym człowieku wiadomo już wszystko i nie ma czego dodawać. Prolog „Długu” operował krzywdą podaną otwarcie. Tutaj krzywda zostaje pokazana przez jeden gest, którego nikt nie komentuje. To awans warsztatowy, nie powtórka.
Ale najważniejsze dzieje się w partiach współczesnych i dotyczy tego, co w serii z powracającym bohaterem stanowi właściwą stawkę.
W tomie pierwszym Kozak i Wolf mieli biografie. Byli świetnie wymyśleni. Krakowski punk z odziedziczoną po ojcu nieufnością wobec systemu i warszawski elegant z kartą matki, dziadkiem-powstańcem i przekonaniem o własnej nieomylności. Ale byli obok siebie, dwie osobne teczki personalne, które zszyła jedna decyzja kadrowa. W „Urazie” Wolnicki przestaje ich opowiadać, a zaczyna ich zderzać. I okazuje się, że w zderzeniach ci ludzie są znacznie ciekawsi niż w rysopisach.
Relacje w tej książce są konsekwentnie niewygodne, a to rzadkość. Nikt tu z nikim nie ma prostej sprawy. Ktoś wchodzi w związek, który komplikuje mu służbę i wnosi do zespołu cichą urazę. Ktoś inny chodzi po wydziale z tajemnicą, o której wiedzą trzy osoby, i wszystkie trzy mówią przy niej po śląsku. Ktoś trzeci orientuje się, że jego przywiązanie do koleżanki ma naturę, której wolałby nie nazywać, i konsekwentnie jej nie nazywa. A ponad tym wszystkim wisi sprawa sprzed pół roku, o której w tej komendzie nie rozmawia się przy obcych.
Tu jest sedno, Wolnicki zbudował zespół, w którym lojalność i podejrzliwość biegną tymi samymi kanałami. Ludzie kryją się przed sobą nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że chronią kogoś innego. Kto pracował w takiej jednostce, ten wie, że to najtrafniejszy opis policyjnej komendy, jaki można podać, i że nie ma on nic wspólnego z serialowym „zgranym zespołem”. Bo w tej firmie znacznie szybciej niż zaufanie pojawia się notatka złożona u naczelnika. Podłożona świnia, cicha rozmowa na korytarzu, chlapnięcie we właściwym uchu, uprzejme pytanie zadane przełożonemu tak, żeby zabrzmiało jak troska, a zadziałało jak zarzut. To wszystko dzieje się szybciej, taniej i skuteczniej niż budowanie czyjegoś zaufania, a co gorsza — działa. Wolnicki pokazuje to bez publicystyki, po prostu wpuszczając te mechanizmy między swoich bohaterów i patrząc, co się stanie. Bardzo dobrze wie, co robi. Zaufanie w policji nie jest bowiem stanem. Jest walutą, którą wydaje się ostrożnie, bo zapasów nikt nie odnawia, a wystarczy jedno zdanie powtórzone nie tam, gdzie trzeba, żeby stracić wszystko, co się latami odkładało.
Warto też zauważyć, jak zmieniła się funkcja godki. W „Długu” była murem między przyjezdnymi a miejscowymi. W „Urazie” staje się subtelniejsza, bywa już nie tylko barierą, ale sygnałem przynależności do wewnętrznego kręgu. Kiedy trzy osoby przechodzą na śląski przy stole, przy którym siedzi pięć, to nie jest koloryt lokalny. To komunikat.
Teraz o tym, co w tomie pierwszym było dla mnie jako byłego policjanta najtrudniejsze do przełknięcia — i co Wolnicki najwyraźniej usłyszał. Pisałem przy „Długu”, że autor zostawia w bilansie pozycję nierozliczoną: śledczy robią zatrzymanemu rzecz, której żaden przepis nie przewiduje, przełożony przyjmuje wyjaśnienia, których wartość zna, i wszyscy idą dalej. Otóż w „Urazie” po ten rachunek ktoś przyjeżdża. Do Rybnika trafia oficer Biura Spraw Wewnętrznych, a w jego teczce figuruje między innymi sprawa z pierwszego tomu. Nie zdradzę, jak ten wątek się rozwija. Powiem tylko, że nie znam wielu polskich serii kryminalnych, w których autor po roku wraca do własnego moralnego długu i nazywa go po imieniu, zamiast liczyć, że czytelnik zapomniał. To dowód, że Wolnicki traktuje cykl jako całość.
Zastrzeżenie mam jedno i zgłaszam je ciszej niż przy poprzednim tomie. Mechanizm, w którym koneksje na górze okazują się mocniejsze od procedury, nadal w tej serii pracuje na korzyść bohaterów. Nie oczekuję od kryminału instrukcji służbowej. Oczekuję tylko, żeby cena, którą bohaterowie zaciągają, kiedyś została zapłacona przez nich.
Poza tym realizm zawodowy poszedł wyraźnie w górę. Śledztwo zaczyna się od kwestii, która w tomie pierwszym byłaby pominięta jako nudna, a tutaj napędza pierwsze rozdziały. Czyj to właściwie teren, kto komu odda sprawę, czy prokuratorzy się dogadają. To dokładnie ta warstwa policyjnej codzienności, która w powieściach znika, a w robocie potrafi zająć pół dnia albo i dłużej. Podobnie z niemożnością zamknięcia lasu, z hektarami przeliczanymi na ludzi, z trzydziestoma drobnymi sprawami wchodzącymi na biurko w dwa tygodnie. Wolnicki znów wymienia w podziękowaniach czynnych i emerytowanych funkcjonariuszy, prokuratora, sędziego, technika kryminalistyki oraz — co w tej książce ma szczególne znaczenie — kierownika kliniki transplantacji szpiku. Widać, że pytał, i widać, gdzie pytał najstaranniej.
Sama zagadka jest przy tym wcale nieoczywista, prowadzona cierpliwie i pozbawiona wyjścia awaryjnego w postaci przypadku. Nie powiem o niej nic więcej, bo wszystko, co dałoby się tu powiedzieć, odbierałoby coś czytelnikowi.
Zostawiam natomiast klucz, który wydaje mi się do tej powieści właściwy i którego, o ile się orientuję, nikt jeszcze nie podniósł. „Uraz” jest książką o rzeczach przeszczepionych. O krzywdzie, którą jedno pokolenie przekazuje następnemu w najlepszej wierze, przekonane, że hartuje. O przeszłości przeszczepionej regionowi razem z hałdą, która płonie od środka do dziś i truje tych, którzy z niej żyli. O tajemnicy przeszczepionej całemu wydziałowi przez człowieka, który chciał kogoś ochronić. W każdym z tych przypadków przeszczep był podjęty z intencją ratowniczą. I w każdym z nich obrócił się przeciwko organizmowi, który go przyjął.
Dlatego tytuł jest lepszy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. „Uraz” znaczy tu równocześnie uszkodzenie ciała, opisywane suchym językiem medycyny sądowej, i uraz psychiczny, czyli bliznę, która nie boli, dopóki się jej nie dotknie. Wolnicki gra tymi znaczeniami przez całą powieść i ani razu nie robi z tego efektu.
Warto też odnotować, że medyczna warstwa książki nie jest ozdobnikiem. Autor kończy powieść notą o dawstwie szpiku, przypomina, że co piąty chory nie znajduje zgodnego dawcy, i przyznaje, że sam się zarejestrował. Kryminał, który przy okazji opowiadania o śmierci potrafi komuś uratować życie, zasługuje na zdanie uznania poza kryteriami czysto literackimi.
Zastrzeżenia pozostałe są drobne. Kilka razy bohater wygłasza sądy o kondycji młodego pokolenia, które brzmią bardziej jak felieton niż jak myśl policjanta w drodze na komendę. Zakończenie zostawia otwartych wątków może o jeden za dużo, choć przy serii to zarzut, który łatwo obraca się w zaletę. Zgłaszam też uwagę na przyszłość, raczej jako czytelnik, który tej serii kibicuje: oba tomy otwiera skrzywdzone dziecko. Oba prologi są znakomite, ale to już wzór, a nie zbieg okoliczności, i w tomie trzecim przestanie działać jako wstrząs, a zacznie jako sygnatura. Szkoda byłoby zużyć tak mocne narzędzie z przyzwyczajenia.
Bo „Uraz” robi to, czego od drugiego tomu oczekuję i czego prawie nigdy nie dostaję. Nie podnosi stawki liczbą zwłok — podnosi ją, pogłębiając portrety psychologiczne bohaterów. Zbrodnia jest tu szczelnie śląska, wyrasta z hałdy, ze stanu wojennego, z biedaszybów i z familoka, i nie dałoby się jej przenieść nigdzie indziej w Polsce bez rozbicia całej konstrukcji. Zdarza się przy tym, że Wolnicki daje któremuś z bohaterów za dużo do powiedzenia i przez chwilę słychać w tym raczej felietonistę niż policjanta w drodze na komendę, ale to potknięcia kilkuzdaniowe, których po dwóch stronach się nie pamięta. Zakończenie zostawia otwartych wątków może o jeden za dużo — tyle że przy serii taki zarzut ma zwyczaj obracać się w zaletę, a znając tego autora, obróci się.
Jedną rzecz zapisuję sobie na przyszłość, i to raczej jako czytelnik, który tej serii kibicuje, niż jako recenzent, który ma pretensje. Oba tomy otwiera skrzywdzone dziecko i oba prologi są znakomite, każdy na swój sposób. Ale to już nie zbieg okoliczności, tylko sposób, w jaki Wolnicki wchodzi w książkę — a wstrząs powtórzony po raz trzeci przestaje być wstrząsem i staje się rozpoznawalnym chwytem. Byłoby szkoda, gdyby narzędzie tak mocne zużyło się z przyzwyczajenia, bo ten pisarz najwyraźniej ma czym pisać także bez niego: całą siłę „Urazu” niosą przecież nie prolog, lecz ludzie, którzy nie mają ze sobą prostej sprawy, i miejsce, które nie pozwala im o niczym zapomnieć. Jeśli w trzecim tomie postawi na nich, wystarczy aż nadto. Pułap, z którego się teraz odbija, jest bardzo wysoki.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
Metryczka
Tytuł: Uraz
Autor: Wojciech Wolnicki
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-271-7013-2
