„Draka w Harlemie” – klasyka noir odczytana od nowa

To nie jest kryminał, w którym śledztwo prowadzi czytelnika za rękę od zwłok do rozwiązania, to spowiedź frajera, który postanowił sam zostać oszustem, i to właśnie ta przewrotność czyni z „Draki w Harlemie” lekturę tak niepokorną wobec własnego gatunku. Chester Himes, pisarz, który do literatury kryminalnej trafił niejako bocznymi drzwiami, najpierw przez celę więzienną, potem przez paryskie wygnanie, napisał książkę, w której zagadka istnieje, owszem, ale jest tylko pretekstem. Prawdziwym silnikiem napędowym jest tu desperacka, na wpół świadoma, na wpół ślepa próba mężczyzny, który chce jednym ruchem wzbogacić się i zatrzymać przy sobie kobietę, o której wie w głębi duszy, że go nie kocha tak, jak on kocha ją.

Jackson, pracownik zakładu pogrzebowego, oddaje całe swoje oszczędności naciągaczowi obiecującemu zamianę banknotów dziesięciodolarowych w studolarowe, nie dlatego, że jest głupi, lecz dlatego, że desperacko chce udowodnić Imabelle, iż potrafi dać jej życie, na jakie ona, jego zdaniem, zasługuje. Od tego momentu fabuła rozpędza się w karuzelę oszustw, złota, które okazuje się nie tym, czym się wydaje, trupów przewożonych w karawanie, i pościgów przez błotniste ulice Harlemu w środku nocy. Ale to, co wyróżnia tę książkę na tle klasycznego kryminału, to perspektywa. Opowieść jest prowadzona od środka przestępstwa, oczami człowieka pokrzywdzonego, który w reakcji na krzywdę sam sięga po metody równie nieczyste jak jego oprawcy. Jackson kradnie, kłamie, oszukuje, nie z wyrachowania, lecz z miłości, i to właśnie ten paradoks, moralna niejednoznaczność bohatera, który jest jednocześnie ofiarą i sprawcą, nadaje książce ciężar gatunkowy większy, niż sugerowałaby jej pikarejska, awanturnicza forma.

Warto podkreślić, że powieść powstawała w bardzo szczególnych okolicznościach. Himes napisał ją na emigracji we Francji, namówiony przez paryskiego redaktora serii kryminalnej, by spróbować sił w gatunku, którego – jak się później okazało – miał zostać jednym z najważniejszych odnowicieli. To zresztą tłumaczy, dlaczego „Draka w Harlemie” tak bardzo różni się od amerykańskiego hard-boiled sprzed lat. To spojrzenie z dystansu, zarówno geograficznego, jak i emocjonalnego, na świat, który autor znał od podszewki, ale opisywał już z innego kontynentu, z inną wrażliwością formalną, bliższą europejskiej powieści społecznej niż amerykańskiemu kryminałowi noir w czystej postaci.

Bo to właśnie portret Harlemu – nie zagadka kryminalna – jest prawdziwym bohaterem tej książki. Himes maluje dzielnicę jako organizm żywy, dziki, momentami wręcz biblijny w swojej bezwzględności. Ulice, po których snują się hochsztaplerzy przebrani za zakonnice, meliny, w których opium miesza się z bluesem, kamienice, w których nędza i przepych sąsiadują o jedną klatkę schodową. To Harlem, który można poczuć fizycznie – zapach śniegu zmieszanego z sadzą, gorączkę nocnego życia, chłód poranka nad rzeką. Autor nie idealizuje tej przestrzeni ani jej nie demonizuje, po prostu pozwala jej oddychać własnym rytmem, chaotycznym i bezlitosnym zarazem.

Osobny rozdział analizy należałoby poświęcić językowi. To właśnie warstwa językowa, żywa mowa ulicy, rytmiczna, drgająca, pełna metafor wyrastających prosto z czarnej kultury miejskiej, jest największym osiągnięciem literackim tej powieści. Dialogi skrzą się ironią i czarnym humorem, a narracja potrafi w jednym zdaniu przeskoczyć z brutalnego realizmu do niemal onirycznej poetyki. Tłumaczenie Antoniego Górnego oddaje tę dynamikę znakomicie. Nie spłaszcza slangu do neutralnej polszczyzny, lecz szuka ekwiwalentów równie żywych i nieoczywistych, dzięki czemu polski czytelnik dostaje tekst, który wciąż pulsuje, zamiast usypiać go poprawną, ale martwą frazą.

Nie sposób pominąć też wymiaru rasowego książki, obecnego na każdym poziomie narracji. Podział na „kolorowych” i białych funkcjonuje tu dosłownie, to opis realiów segregowanej Ameryki lat pięćdziesiątych, ale równocześnie działa jako metafora szerszych relacji władzy, pieniądza i widzialności społecznej. Biali pojawiają się w powieści rzadko, na marginesie, jako reprezentanci systemu, który obserwuje Harlem z bezpiecznej odległości, nie rozumiejąc go i nie chcąc rozumieć. Himes odwraca perspektywę klasycznego kryminału, to nie biały detektyw wkracza do czarnej dzielnicy, by zaprowadzić porządek, lecz sami mieszkańcy Harlemu, w tym dwaj policjanci, Truposz Johnson i Grabarz Jones, muszą radzić sobie z przemocą, która rodzi się z ich własnej, systemowo zaprogramowanej biedy. Ci dwaj stróże prawa, którzy pojawiają się na marginesie fabuły, nie są zresztą bohaterami w klasycznym sensie. Ich metody bywają równie brutalne jak metody przestępców, których ścigają, a poczucie sprawiedliwości, jakim się kierują, jest funkcjonalne, nie moralne. To rysuje obraz świata, w którym granica między stróżem prawa a przestępcą jest kwestią przypadku i pozycji, nie charakteru.

„Draka w Harlemie” broni się dziś nie jako zabytek gatunku, lecz jako żywy dowód na to, że kryminał potrafi być czymś więcej niż układanką do rozwiązania, potrafi być krzykiem, wyznaniem miłosnym i portretem społecznym jednocześnie. To lektura barwna, chaotyczna w najlepszym możliwym sensie, skrząca się dowcipem i okrucieństwem w tej samej scenie. Polska premiera przypomina, że zanim europejski kryminał zaczął eksperymentować z formą i perspektywą, Chester Himes robił to już siedemdziesiąt lat temu, z rozmachem, który do dziś nie stracił nic ze swojej gwałtowności.

Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Karakter

Metryczka

Tytuł: Draka w Harlemie
Autor: Chester Himes
Gatunek: kryminał noir
Wydawnictwo: Karakter
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-68615-20-3

Nasza ocena