„Zatruta krew”. Gdy miłość staje się wyrokiem

Są takie rodziny, w których miłość i nienawiść mieszkają pod jednym dachem tak długo, że przestają się od siebie różnić. I są takie powieści, które o tym wiedzą lepiej niż większość traktatów psychologicznych. „Zatruta krew” Jo Nesbø należy do tej drugiej kategorii, a jej bohaterowie do pierwszej.

Norweski mistrz kryminału wraca do Os, fikcyjnej górskiej miejscowości, w której kilka lat wcześniej rozegrała się historia opowiedziana w „Królestwie”. Wraca też do swojego najbardziej niewygodnego narratora, Roya Opgarda, mechanika, dyslektyka, człowieka, który już na pierwszych stronach zadaje pytanie brzmiące jak parodia filozoficznego dylematu, a okazujące się czymś znacznie poważniejszym: czy każdy może być zabójcą? Roy nie pyta o to teoretycznie. On wie, po której stronie tej granicy stoi, a książka, którą mamy przed sobą, jest w istocie zapisem tego, jak bardzo ta wiedza go nie uspokaja.

Otwarcie powieści to majstersztyk budowania napięcia z materiału, który w innych rękach byłby zwyczajną scenką biznesową. Mamy negocjacje, mamy geologa, mamy raport sejsmiczny decydujący o przebiegu drogi krajowej i mamy Roya, który rozkłada rozmówcę na czynniki pierwsze nie siłą, lecz wiedzą o nim, cierpliwością drapieżnika i umiejętnością czytania ludzkich słabości jak instrukcji obsługi. To nie jest przemoc fizyczna. To coś gorszego, przemoc inteligencji, która wie, że prawda o człowieku najczęściej leży w jego rejestrach finansowych, niezapłaconych mandatach i strachu przed upadłością. Dychotomia jest tu od pierwszej strony. Spokój fasady i drapieżność intencji, urok prowincjonalnego miasteczka i chłód kalkulacji, którą jego mieszkańcy stosują wobec siebie nawzajem.

Bo Os, mimo malowniczych fiordów i sielskiej otoczki, jest w prozie Nesbø organizmem opartym na tej samej logice, która rządzi każdą wioską świata — wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a ta transparentność, paradoksalnie, staje się narzędziem władzy, nie wspólnoty. To diagnoza socjologiczna podana w kostiumie kryminału, i diagnoza wcale nie pochlebna.

„Zatruta krew” konstrukcyjnie jest jak mistrzowsko skonstruowana kolejka górska. Metafora niebanalna, bo dosłownie wpisana w fabułę, w której raz uruchomiony mechanizm zemsty, lojalności i poczucia winy nie pozwala już zeskoczyć żadnemu z bohaterów. Jest w recenzowanej książce jeszcze jeden element, z jednej strony niesamowity, z drugiej jednak strony przerażający. Nesbø osiąga tu coś rzadkiego, każe bowiem czytelnikowi kibicować mordercy, nie zdradzając przy tym własnego moralnego kompasu jako pisarza. To wyważenie sympatii i odrazy, prowadzone z chirurgiczną precyzją, to największa siła emocjonalna powieści.

Jest rzecz, którą trzeba powiedzieć wyraźnie. „Zatruta krew”, podobnie jak „Królestwo” przed nią, nie jest już do końca kryminałem w klasycznym rozumieniu tego słowa. Zagadka kryminalna — kto, jak, dlaczego — jest tu obecna, sprawnie poprowadzona, podtrzymywana przez postać lensmana Kurta Olsena, który ściga braci z uporem i osobistą raną (jego ojciec zginął w wypadku, w którym nic nie było wypadkiem), ale to nie ona stanowi prawdziwy rdzeń opowieści. Nesbø przesunął akcenty. Intryga śledcza stała się tu pretekstem, wejściem, klamrą, swoistym narzędziem wciągającym czytelnika w coś znacznie głębszego. W studium braterstwa, które jest jednocześnie miłością absolutną i nienawiścią równie absolutną, w opowieść o lojalności silniejszej niż prawo i o zemście, która nie potrzebuje już zewnętrznego wroga, bo najskuteczniej realizuje się we własnej rodzinie.

To jest być może najbardziej uniwersalny gest, jaki Nesbø wykonał w swojej karierze. Historia Roya i Carla, mimo skrajności, do których ich doprowadził autor, mimo trupów, które za sobą ciągną przez dwie książki, jest w gruncie rzeczy historią najzwyczajniejszą. Każdy z nas znał, zna albo będzie znał taką relację: starszego rodzeństwa, które poświęciło coś z siebie, by chronić młodsze; młodszego, które nigdy w pełni nie zrozumiało ceny tej ochrony; rodziny, w której wspólna trauma stała się jednocześnie najmocniejszym spoiwem i najgłębszą raną. Nesbø tylko podkręcił skalę, tak jak robi się to w tragedii greckiej, nie zmieniając przy tym mechanizmu. Wartości, emocje, etyka, wszystko to, co w „normalnym” życiu pozostaje stłumione, niewypowiedziane, ledwie sygnalizowane, w Os zostaje wyprowadzone na światło dzienne, przenicowane ludzkimi wyborami, dramatami i konsekwencjami, których nie da się już odwołać.

I może właśnie to czyni z duologii o Opgardach coś więcej niż udany skandynawski kryminał. To opowieść o tym, jak daleko sięga lojalność, kiedy przestaje być wyborem i staje się przekleństwem. O tym, że krew — ta sama, która łączy — może też zatruwać. I o tym, że najbardziej przerażający morderca w literaturze kryminalnej ostatnich lat to nie psychopata bez twarzy, a człowiek, którego rozumiemy zbyt dobrze, by móc go całkowicie odrzucić.

Nie zdradzę, jak kończy się ta historia. Powiem tylko, że Nesbø, pisarz, który mógłby już dawno osiąść na laurach Harry’ego Hole’a, znów udowadnia, że jego najciekawsze opowieści rozgrywają się tam, gdzie zagadka kryminalna jest tylko pierwszym, najbardziej widocznym poziomem czegoś znacznie bardziej niepokojącego.