„Ołowiane żołnierzyki” — protezy, teczki i historia, której nie można zatrzymać

Jest pewna kategoria powieści kryminalnych, które stawiają czytelnika przed podwójnym napięciem. Tym wewnątrz fabuły, kto zabił, dlaczego, w czyim interesie, oraz tym zewnętrznym, historycznym, który rozgrywa się ponad głowami bohaterów jak burzowe niebo, pod którym oni jeszcze spacerują bez parasola. I są powieści, w których to drugie napięcie jest tak silne, tak nieodwołalne, że czytelnik czyta kryminał z wiedzą, którą bohaterowie dopiero mają zdobyć  albo której nigdy nie zdobędą. „Ołowiane żołnierzyki” Marka Stelara należą do tej właśnie kategorii. I jest w tym zarówno ich siła, jak i — o czym warto powiedzieć uczciwie — pewien nieusuwalny ciężar, który autor dobrowolnie wziął na ramiona, przenosząc swoich bohaterów o osiemdziesiąt lat do tyłu.

Stettin, lato 1931 roku. Republika Weimarska istnieje jeszcze tylko jako forma: instytucje pozornie działają, rejestrują i wydają wyroki, ale coś fundamentalnego zaczęło się już w niej psuć, coś, dla czego ówczesna polszczyzna nie miała jeszcze właściwego słowa, bo słowo miało dopiero nadejść razem z tym, co się stało. Kriminalinspektor Eilhard Kurtz, z protezą zamiast lewej stopy, z córką-komunistką zamiast spokojnego życia, z melancholią weterana, który na wojnę nie trafił, choć chciał, prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa w szpitalnej sali. Denat to prawnik przybyły z Hesji, ocalały z katastrofy lotniczej, przy sobie miał teczkę przykutą do nadgarstka. Teczkę, której po śmierci nie znaleziono. I właśnie ta teczka, nieobecna, milcząca, opisywana wyłącznie przez tych, którzy ją widzieli, staje się sercem tej powieści.

Stelar jest w swoim żywiole wszędzie tam, gdzie sprawa rozgrywa się w naturalistycznym, mocno zarysowanym środowisku: lotnisko nad jeziorem Dammscher, gabinety szczecińskiej Kripostelle, szpitalna sala z zapachem psującego się mięsa, biuro Luft Hansy z łysawym Meierem i promienną recepcjonistką. Autor ma rzadki dar kreowania przestrzeni przez szczegół, który nie obciąża, lecz zakotwicza. Kiedy Kurtz przysiaduje na parapecie, odciążając nogę z protezą, albo kiedy stukot okucia laski odbija się echem od szpitalnych ścian, nie mamy do czynienia z literackim ozdobnikiem, lecz z ugruntowaniem tożsamości bohatera w jego ciele i w konkretnym miejscu. To jest proza pisana z uwagą na fizyczność człowieka, i ta uwaga jest cechą, za którą Stelara, autora powieści współczesnych, czytelnicy rozpoznają i cenią.

Bo właśnie tu warto się zatrzymać i postawić pytanie, które autor pośrednio zaprasza postawić, choć sam go nie zadaje. Marek Stelar to pisarz, który w prozie osadzonej we współczesności, jak choćby w serii z nadkomisarzem Rędzią czy Heinrichem Voglem, porusza się jak ryba w wodzie, swobodnie, z instynktem człowieka znającego teren od podszewki. W powieściach retro, przenoszących akcję o dekady lub stulecia, wyczuwalny jest wysiłek innego rodzaju, skrupulatny, uczciwy, dobrze wykonany, ale jednak — wysiłek. „Ołowiane żołnierzyki” przynoszą z sobą to napięcie. Szczecin 1931 roku jest wiarygodny, klimat uchwycony, duch epoki odtworzony solidnie, ale Stelar jest tu bardziej architektem rekonstrukcji niż człowiekiem, który po tym mieście chodzi bez mapy. I to czuć. Nie jako błąd, lecz jako pewne drżenie pióra, które najlepiej słyszy ten, kto zna jego własny, naturalny rytm.

Eilhard Kurtz jest postacią, dla której warto sięgnąć po tę książkę niezależnie od wszystkiego innego. To jeden z tych bohaterów, którzy noszą swój wiek, swoją historię i swoje rany na pokaz nie po to, żeby wzbudzić litość, lecz dlatego, że nie mają jak tego ukryć. Proteza jest. Córka, która chodzi na zebrania komunistów, jest. Wyrzut sumienia, że nie poszedł na wojnę, jest. Choć ten, który go nosi, rozumie już jego absurdalne korzenie. Kurt Klinge, asystent kryminalny z czarnymi jak smoła włosami i odstającymi uszami, to z kolei jeden z tych literackich pomocników, przy których czytelnik zawsze trochę się uśmiech Zbyt szczery, zbyt niezdecydowany w miłości, zbyt łatwo wyprowadzany z równowagi przez widok zwłok i właśnie dlatego prawdziwy. Relacja między tymi dwoma mężczyznami, budowana przez dialogi, w których seria pytań zastępuje normalne ludzkie zwierzenia, jest prawdopodobnie najcenniejszym aktywem emocjonalnym tej powieści.

Intryga jest wielowarstwowa i tu Stelar nie szczędzi komplikacji. Morderstwo w szpitalu okazuje się zaledwie jednym ze śladów prowadzących ku czemuś znacznie poważniejszemu, dokumentowi, który znamy z historii pod nazwą „dokumentów z Boxheim”, planom nazistowskiego przejęcia władzy przez pozorowanie porządku konstytucyjnego i eliminację przeciwników. Autor zaznacza wyraźnie w posłowiu, że ten element jest autentyczny i właśnie ta autentyczność nadaje powieści osobliwą, chłodną grozę. Czytamy kryminał, w którym wiemy, jak się kończy historia i właśnie to sprawia, że scena finałowa, gdy Kurtz tłumaczy córce, dlaczego jest już za późno i dlaczego szczury podniosły łby, boli nie jak literacka puenta, lecz jak wyrok potwierdzony przez czas.

To jest zarazem największa zaleta, ale i też — powiedzmy to wprost — pewne ograniczenie konwencji retro. Historyczny fatalizm, który Stelar świadomie wbudowuje w narrację, działa na czytelnika jak kontrapunkt dla napięcia kryminalnego. Wiemy, że śledztwo Kurtza nie zmieni biegu historii, że dokument z Boxheim zostanie zlekceważony, że nazizm przyjdzie. Kiedy zatem śledztwo sięga swoich lokalnych celów, towarzyszy nam uczucie gorzkiej ironii, a nie katharsis. Dla jednych czytelników jest to walor, bo literatura powinna boleć. Dla innych może to być źródło poczucia, że intryga kryminalna, jakkolwiek sprawna, pełni tu rolę pomocniczą wobec historii, która i bez niej jest już napisana. W tym właśnie miejscu (i mówię to z pełną świadomością subiektywności tego sądu) Stelar jest silniejszy w swoich powieściach współczesnych, gdzie otwartość zakończenia nie jest z góry zakończona przez archiwum.

Język powieści jest zadbany i spójny. Kurtz ma głos suchego ironisty, który dystansuje się od świata przez precyzję obserwacji, a nie przez ból. Stelar utrzymuje ten rejestr konsekwentnie przez całą książkę. Dialogi, szczególnie te między inspektorem a Klingem, są pisane z prawdziwą przyjemnością, czuć w nich swobodę autora, który rozumie swoich bohaterów. Kilka metafor trafi do pamięci czytelnika nie dlatego, że są błyskotliwe, lecz dlatego, że są celne: Berndt bez twarzy siedzący pod kamienicą z tabliczką weterana, wyrzuty sumienia porównane do odłamka tkwiącego w ciele, ból nieodczuwalny tak długo, jak długo się nie poruszysz.

„Ołowiane żołnierzyki” to godny uwagi początek nowej serii i niezaprzeczalnie dojrzała powieść kryminalna, solidna, uczciwa, pisana z troską o bohatera i z szacunkiem do historii. Nie jest to jednak Stelar najswobodniejszy. To Stelar na urlopie w odległym mieście, który zna ten adres z fotografii i z map, który wykonał wzorową pracę, żeby się tam zadomowić. Sam autor przyzna pewnie bez specjalnego oporu, że własne podwórko ma na innej ulicy.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Filia.