Osman: Śmierć jako żart, śmierć jako prawda — recenzja

Są kryminały, które traktują starość jako kostium. I są takie, które traktują ją jako temat — jedyny naprawdę poważny temat, jaki literatura kryminalna może podjąć, jeśli tylko odważy się wyjść poza schemat trupa i detektywa. „Człowiek, który umarł dwa razy” Richarda Osmana należy do tej drugiej grupy — choć przez sporą część lektury można mieć co do tego wątpliwości. I właśnie to napięcie między pozorem a prawdą jest w tej książce najbardziej intrygujące.

Zacznę od wyznania, które może brzmieć jak ostrzeżenie. Osman jest prezenterem telewizyjnym. Twarzą, którą Brytyjczycy znają z rozrywkowych programów, człowiekiem show-biznesu zaproszonym przez wydawnictwo do świata literatury, bo wiadomo było, że jego nazwisko sprzeda nakład. I sprzedało: w ciągu trzech pierwszych dni od premiery drugiego tomu rozeszło się ponad sto tysięcy egzemplarzy, co branżowi analitycy określili mianem zjawiska wydawniczego. Jeden z prominentnych magazynów literackich, prowadzony przez byłego redaktora „Rolling Stone’a”, demonstracyjnie odmówił recenzji, pisząc o złudzeniu, że na rynku istnieją tylko dwie książki, i wzywając czytelników do sięgnięcia po to, co zostało magicznie usunięte z pola widzenia. To była krytyka systemu, nie samej powieści — ale padła wtedy, gdy Osman wspiął się na szczyty bestsellerów po raz drugi. I tu właśnie zaczyna się pytanie poważniejsze niż sprzedaż, czy za tym fenomenem kryje się coś, co wykracza poza sprawnie opakowany produkt rozrywkowy?

Odpowiedź jest nieoczywista — i właśnie dlatego warta uwagi.

Jeśli nie czytaliście pierwszego tomu, „Czwartkowego Klubu Morderców”, warto wiedzieć, że autor wprowadził tam czworo bohaterów, którzy na papierze wyglądają jak pomysł na kawał. Elizabeth, Joyce, Ron i Ibrahim mieszkają w luksusowej wiosce emerytalnej Cooper’s Chase w hrabstwie Kent i co tydzień spotykają się, by analizować nierozwiązane sprawy kryminalne. Każde z nich ma za sobą życie, które czyni je kimś znacznie więcej niż typowym rezydentem domu seniora, reprezentują bowiem tajne służby, związki zawodowe, psychiatrię i pielęgniarstwo. Debiutancka powieść miała jedną zasadniczą słabość: za dużo wątków, które nie zawsze prowadziły donikąd z sensem. Była jednak czymś, czego w gatunku brakuje chyba nagminnie w europejskiej literaturze kryminalnej, autentyczną afirmacją starości jako czasu pełnego, nie schyłkowego. I właśnie to najpewniej sprawiło, że czytelnicy na całym świecie potraktowali ją nie jak kryminał, lecz jak dar.

„Człowiek, który umarł dwa razy” jest jednak odpowiedzią na słabość pierwszego tomu i rozwinięciem tamtej siły. Osman wyraźnie wyciągnął wnioski z pierwszej części, intryga jest tu bardziej skupiona, dyscyplinowana, prowadzona z większą pewnością ręki. Kiedy do Elizabeth trafia wiadomość od człowieka z jej mrocznej przeszłości, a po niej sygnał o skradzionych diamentach wartych miliony i gangsterach, którzy bardzo chcą je odzyskać, w Cooper’s Chase pojawia się trup. A potem kolejny. Mechanizm jest znajomy. Ale brytyjski pisarz wie już lepiej, jak nim obracać.

Tytuł powieści działa na co najmniej dwóch poziomach. Jeden dotyczy fabuły i o tym nie będę pisał, by nie psuć przyjemności lektury. Drugi jest głębszy i bardziej osobisty, dotyczy tego, co w tej książce naprawdę boli, a co Osman przemyca pod płaszczykiem sensacji tak cicho, że czytelnik orientuje się zbyt późno, by się bronić. Penny, założycielka Czwartkowego Klubu, przebywa w hospicyjnym skrzydle wioski. Elizabeth regularnie ją odwiedza. Te sceny nie krzyczą, ale rezonują długo po zamknięciu książki, bo autor rozumie, że prawdziwy ciężar nie leży w tym, kto zginął, lecz w tym, jak żyją ci, którzy zostali.

Sam Osman przyznał w rozmowach promujących książkę, że zależało mu na tym, by pokazać śmiertelność w sposób odświeżający, a może nawet kojący, bez epatowania nią, ale i bez odwracania wzroku. To szlachetna intencja, choć jej realizacja bywa nierówna. Kiedy pisze o samotności, o stracie, o tym, że dzieci dorosłych bohaterów traktują ich jak obciążenie i kłopot — uderza z precyzją, która boli. Kiedy wraca do fabuły sensacyjnej, i robi to często, ból znika zbyt szybko, jakby autor sam się przestraszył własnej głębi.

Językowa skrzynka narzędziowa Osmana jest obszerna. Każdy z czworga bohaterów mówi swoim głosem i to nie jest komplement rzucany machinalnie, bo w kryminale grupowym pułapka zunifikowanego tonu czyha na każdym kroku. Ron, były działacz związkowy, agresywny i bezceremonilaony, budzi inne skojarzenia niż Ibrahim, psychiatra o drobiazgowej precyzji myślenia, czy Joyce, emerytowana pielęgniarka, której wpisy do dziennika pełnią rolę greckiego chóru, wszyscy oni komentują akcję z dystansem, ciepłem i suchym humorem. Elizabeth zaś, tajemnicza, lodowato uprzejma, jest jedną z tych postaci literackich, o których czytelnicy piszą, że chcieliby ją spotkać albo że bardzo cieszą się, że nigdy na nią nie wpadną. W stosunku do pierwszego tomu Osman wyraźnie pewniej porusza się między tymi głosami, płynniej przechodzi od jednej perspektywy do drugiej, nie gubiąc tempa ani tonu. I zdaje się, że w polskim wydaniu to także duża zasługa tłumaczki, Olgi Mysłowskiej.

Nie jest to literatura, która zmusi kogokolwiek do przemyślenia swojego stosunku do gatunku. Intryga, choć sprawnie poprowadzona i wyraźnie dojrzalsza konstrukcyjnie niż w debiucie, miejscami zbyt łatwo ujawnia swoje karty. Dostrzegalne jest także to, że narracja i intryga nie są tu właściwym punktem ciężkości i że Osman nie jest pisarzem fabuły, lecz pisarzem postaci. 

Jest w tej książce także coś, co mnie niepokoi i co warto nazwać uczciwie. Pisarz serwuje nam świat luksusowej starości: drogie wino, eleganckie kolacje, wygodne apartamenty, gangsterskie historie jako ekscytujące przerywniki. To nie jest starość, którą zna większość seniorów — z pustą lodówką, samotnością bez sąsiadów psychiatrów i agentów MI5, z bezsilnością wobec systemu, który nie ma czasu słuchać. Pisarz wybrał świadomie to komfortowe opakowanie, które pozwala przemycić treści poważne bez narażania czytelnika na prawdziwe zakłopotanie. To jest wybór estetyczny, który można szanować. Można go też kwestionować.

Chcę jednak oddać autorowi to, czego mu odmówić nie sposób. Jego bohaterowie są pełnoprawnymi podmiotami, nie dekoracją ani patronizowanym „uroczym dodatkiem”. Mają sprawczość, inteligencję, zawiłości emocjonalne, mroczne sekrety. Mają, a to jest chyba najważniejsze, prawo do tego, by ich biografie, błędy i triumfy były czymś interesującym. W kulturze, która marginalizuje starszych jako nieproduktywnych, ta narracja jest gestem politycznym, nawet jeśli udrapowanym w tkaninę rozrywki. I jeśli pierwszy tom był w tej kwestii obietnicą, drugi jest jej solidnym dotrzymaniem.

„Człowiek, który umarł dwa razy” to książka, po której odkłada się ją z poczuciem, że dobrze spędziło się czas. Nie z poczuciem, że czas ten przemienił coś w sposobie patrzenia na świat. Czy to mało? W przypadku kryminału rozrywkowego, absolutnie nie. W przypadku książki, która mogłaby być czymś więcej, niestety trochę tak.

Ale jest w niej jeden moment, który zostaje. Jeden cichy, niespieszny fragment, w którym Elizabeth odwiedza Penny i mówi do niej jak do kogoś, kto rozumie, mimo wszystko, mimo czasu, mimo milczenia. Osman przemyca to bez pompowania balladową emocją, bez podkreślenia, bez cudzysłowu. I właśnie dlatego trafia. Tak jak trafiają najlepsze rzeczy w tej serii, nie przez główne drzwi, lecz przez okno, które zostawiliśmy uchylone.

Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Agora