Nicola Lagioia i mroczne oblicze Wiecznego Miasta

Ta książka przekracza wiele granic. Uderza tak precyzyjnie w najczulsze punkty czytelniczej wrażliwości, że trudno podczas jej lektury oderwać się od narracyjnego toku opowieści, gdy pojawia się konieczność powrotu do rzeczywistości, w której każdy z nas żyje i działa. 

Gdybym napisał, że to książka tylko o Rzymie, to tak naprawdę nie skłamałbym w niczym. Ale u Nicola Lagioi Rzym to tak naprawdę wszystko. A naprawdę jego Rzym to miasto i człowiek czyli historia wolności, upadku i zła. 

Choć „Ciao amore, ciao”. Morderstwo w Rzymie” to pozycja literatury faktu, opublikowana w klasycznej serii wydawniczej reportażu, to od pierwszych kart zaskakuje narracją na najwyższym poziomie powieściowego mistrzostwa. Autor w sposób wręcz niezwykły buduje emocjonalno-zmysłową przestrzeń opowieści, w jakikolwiek sposób nie opuszczając reporterskiej rękawicy, uderzeniami bezlitośnie tnącej powietrze wiecznego miasta. Jak na gatunek reportażu przystało powoli i systematycznie poznajemy fakty. 

W początkowej fazie głównie dotyczą one Rzymu jako tygla, w którym ogień społeczno-politycznego chaosu rozpala do czerwoności miejską tkankę, zamieniając ją w lawę bezradności i chaosu. Użyłem przenośni, bo nie da się inaczej w kilku słowach przedstawić to, co prezentuje nam o Rzymie Lagioia. W tym obrazie miasta czułem chwilami dosłownie obrzydzenie, by w innych momentach przechodziło w strach i odrazę, a w kolejnych w niedowierzanie i milczące zaskoczenie. Gdzieś w tle wyczuwałem również swoistą bezsilność stanowiącą spoiwo organizmu społecznego jakim jest współczesny Rzym. 

Jednocześnie autor „Ciao amore, ciao” sugestywnie rozwija powieściową fabułę z silnie narastającą tajemnicą i zawiązywaną intrygą. Dlatego pierwszych stu stron recenzowanej książki nie powstydziłby się nawet najlepszy powieściopisarz. Narrator powoli nanizuje na nić opowieści pozornie normalną sytuację życiową Manuela Foffo. Oto 5 marca 2016 wspomniany bohater wychodzi z domu na umówione spotkanie z matką, swoim bratem Robertem i dziadkami ze strony matki. Jak pisze trafnie pisarz: „to nie był miły dzień. Zmarł wujek Rodolfo”. Przed Manuelem smutna uroczystość pożegnania się z ciałem wuja w Poliklinice Gemelli, a następnie pogrzeb w miasteczku Bagnoli del Trigno, oddalonym o ponad 100 km od Rzymu. 

Narracyjny obraz tej podróży na pogrzeb i powrót z niego to najlepsze fragmenty recenzowanej książki. W tym miejscu styka się bowiem reporterska dokładność z powieściopisarskim talentem Lagioia. Suche reporterskie fakty niczym serce dzwonu uderzają w jego wieniec oszczędną, maksymalnie nacechowaną emocjami opowieścią. To właśnie emocje uczestników tej podróży, a więc wspomnianego Manuela, jego brata i ojca, wybrzmiewają najmocniej. W też miejscu prowadzonej narracji otwiera się proces, którego odczuwanie staje się dominantą całej książki – upadek świata wartości. To w tym momencie dowiadujemy się o najgłośniejszej zbrodni współczesnych Włoch – zabójstwa Luki Varaniego.

W dalszych fragmentach „Ciao amore, ciao” pisarz, precyzyjnie niczym chirurg, tnie reporterską tkankę na poszczególne warstwy. Każda część posiada wręcz genialny tytuł, metaforycznie odnoszący się do swojej treści. Te tytuły rozdziałów, jak i cały tekst, to z pewnością zasługa Nicoli Lagioi, ale nie można przemilczeć zasług tłumacza, Tomasza Kwietnia. Wykonał on arcyświetną robotę. Książkę czyta się znakomicie, a gry słowne i przede wszystkim językowe odzwierciedlenie napięcia opowieści i emocji przedstawianych okoliczności są w wielu miejscach majstersztykiem. 

„Powierzchnia wody” rekonstruuje medialne ujęcie głośnego morderstwa, w szczególny sposób skupiając się na głosach osób w sieciach społecznościowych. Jak się łatwo domyśleć w olbrzymiej przewadze są to głosy osób znających uczestników morderczego dramatu w sposób powierzchowny, płytki i krótkotrwały. Prawdziwe jednak „szambo medialne” wybucha wraz z publicznymi wystąpieniami członków rodzin i bliskich ofiary oraz wskazywanych sprawców. Na powierzchni tej mętnej wody nie może zabraknąć głosów polityków. Wszyscy budowali zasięgi – oszczerstw, pouczeń, kazań, współczucia, nienawiści, zrozumienia itp.

„Chór” to część, w której Lagioio oddaje głos licznym świadkom, do których dotarł. Każdy z nich stanął na drodze życiowej ofiary i sprawców rzymskiego morderstwa. I każdy wypełnia reporterski obraz przedstawianej sprawy. 

Kolejna czwarta część „Na dnie studni” jest powrotem do narracji, w której autor ponownie kapitalnie łączy reporterską spostrzegawczość z powieściopisarską narracją. 

„Mewy” to symbolicznie nazwany rozdział, odnoszący się do miejskiej plagi mew i szczurów. Pisarz przywołuje w nim dramatycznie brzmiącą przenośnię używaną na rzymskich ulicach: „zjadają nas żywcem”. Autor rekonstruuje chronologicznie przygotowania do rozpraw sądowych i ich zaskakująco krótki przebieg. To ostatnie wynikać miało z przyjętej uproszczonej procedury postępowania karnego w sprawie oskarżonego Manuela Foffo. Prawdziwy spektakl sądowy miał toczyć się z oskarżonym Marco Prato. Pozwolę sobie dla przyjemności lektury przyszłych czytelników nie zdradzać szczegółów. Dalsza historia jest jednak…spektakularna. 

Zamknięcie recenzowanej książki odbywa się w krótkim rozdziale „Księga spotkań”. Podczas tych spotkań pada mało słów, a jeśli już, są znamienne, wyciszone, spokojne, zamykające zachodzącym słońcem opowiedziany dramat.

„Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie” to książka reporterska skrząca emocjami, które ukrywają w sobie miasto Rzym, tytułowa zbrodnia i uczestnicy tego spektaklu ludzkiego zła. To także książka narracyjnie bliska powieści, która wprowadza nas w najbardziej skryte i najciemniejsze zakamarki duszy człowieczej. To w końcu także książka o samym autorze, Nicoli Lagioi, o kimś, kto ma w sobie Rzym i otarł się o mroczną powłokę moralnego upadku. A może to także książka o każdym z nas?

Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Czarne