Tam, gdzie śnieg przykrywa winy – kryminalna opowieść z Tatr

Okładka książki Emilii Szelest "Chata wyklętych" do recenzji "śnieg zakrywa winy"Naturalną koleją rzeczy jest sięganie po książki, których akcja rozgrywa się w lokacjach bliskich czytelnikowi, choćby z realizowanych pasji czy też nawiązujących do osobistych doświadczeń. Taki też był mój impuls czytelniczy, gdy brałem do ręki „Chatę wyklętych” Emilii Szelest. 

Górska przestrzeń, śnieżna wyprawa, stare schronisko, tajemnice niechlubnej przeszłości  i zbrodnia. Zestaw wystarczający dla miłośników kryminałów, górskich wędrówek i tajemnic spod znaku ludzkich upadków i grzechów. Recenzowana książka wydana asumptem „Skarpy Warszawskiej” wpisuje się także w aktualną modę gatunkową – kryminałów i thrillerów z górskimi motywami w tle. To żaden zarzut, fakt ten traktuję jako wyczucie rynku wydawniczego i podążanie za tym, co czytelnicy lubią. Widoczne jest to w sprzedażach tego typu książek, a także w odbiorze. 

Góry fascynowała zawsze, czemu więc nie miałyby fascynować miłośników literatury kryminalnej. Gdy do tego autorzy dokładają ciekawe lokalizacje, z natury i piękne, i groźne, ale przecież i tajemnicze, i nigdy nie jednoznaczne. 

U Szelest Tatry Wysokie takie właśnie są. Jej bohaterowie działają w sezonie zimowym, na jednym z najpopularniejszych i najbardziej zjawiskowych szlaków pomiędzy Schroniskiem Pięciu Stawów, Szpiglasową Przełęczą i szczytem Mnicha. To właśnie górska wędrówka i związane z nią komplikacje stanowią zarzewie intrygi kryminalnej z wielowarstwową zagadką. Wyprawę prowadzi Tomasz Sobczak, który namawia do niej swoich warszawskich przyjaciół, korzystając przy tym z możliwości odwiedzenia rodzinnego domu w Zakopanem. Plan wspinaczkowej przygody obejmuje wspomnianego Mnicha. I jak przystało na doświadczonego od dziecka turystę, mając świadomość jak natura na szczytach Tatr potrafi kaprysić, Tomasz ma plan awaryjny gwarantujący bezpieczeństwo jego i stołecznych przyjaciół. Do wyprawy, wbrew wcześniejszej niechęci, a za namową brata, dołącza siostra Tomasza, Zuzka, a wraz z nią Dorian Gil. 

Miłośnicy powieści kryminalnych Emilii Szelest dobrze znają tę dwójkę – niespokojnej policjantki i zawziętego dziennikarza. Ich skuteczność rozwiązywania spraw kryminalnych można na równi zestawić z wybitną umiejętnością przyciągania do siebie kłopotów i niebezpieczeństw, z zagrożeniem życia. 

Tym razem jednak to nie oni uruchamiają ciąg zdarzeń, za którymi ukrywają się tajemnice przeszłości. Dzieję się tak w wyniku konieczności ukrycia się przed zawieją śnieżną uczestników wspominanej wcześniej wyprawy wysokogórskiej zainicjowanej przez Tomasza Sobczaka. Ich schronieniem staje się stara, zapomniana chata. Drewniana i wysłużona przestrzeń, choć nie wzbudza zaufania, co do swojej wytrzymałości i praktyczności, staje się nadzieją na przetrwanie. Szybko też okazuje się, że warszawscy przyjaciele nie są sami w tym dawnym schronisku. Ku ich zaskoczeniu, a z czasem i niepokojowi, w chacie wcześniejsze schronienie znajduje czwórka osób – dwie kobiety i dwóch mężczyzn. 

Niejasne relacje osobiste turystów zastanych w chacie, ich dziwne zachowanie i wyczuwalne napięcie w połączeniu z odczuwalną grozą sił natury natychmiast wpływają na przestrzeń emocjonalną chwilowych mieszkańców tej górskiej lokacji. Na dokładkę, czego nie może przecież zabraknąć w kryminale, pojawiają się zwłoki. I to nie jedne. Są jak katalizator wywołujący reakcję napięcia i strachu przechodzące w nerwowość, podejrzliwość i lęk. Nie będę zdradzał szczegółów, ale podkreślę tylko, że to najciekawszy element fabularnej układanki autorki. Poszczególne interakcje i dialogi w sposób przekonujący psychologicznie i wciągający czytelniczo tkają sieć intrygi. Wzrasta też dynamika narracji, szczególnie wraz z pojawieniem się Zuzki Sobczak i Doriana Gila we wspomnianej chacie. Ich misja ratunkowa tym samym po raz kolejny napędza kryminalną opowieść. I jak wcześniej Szelest robi to w sposób warty poznania (przeczytania). Także dzięki nawiązaniom do niechlubnej historii górali.

Zobowiązany jestem jednak przestrzec wszystkich miłośników górskich wędrówek i może jeszcze bardziej tych jeszcze nie doświadczonych turystów spod Zakopanego, że w zakresie realiów topograficznych nie zawierzajcie „Chacie wyklętych”. To miejsce to wyimaginowane schronienie dla zbłąkanych, którego nie znajdziecie na mapach. Skądinąd zostało świetnie „namalowane” przez autorkę i bezproblemowo należy je odbierać jako udany chwyt literacki. A zapamiętałych tatromaniaków zachęcam do poszukania informacji o dawnych, nie istniejących schroniskach tatrzańskich. Ciekawa to lektura, a ich nieliczne wizerunki bardzo, ale to bardzo odpowiadają literackiej wizji Emilii Szelest. 

NIe lepiej jest też z realiami wysokogórskiej turystyki zimowej. O ile trudno się czepiać wyposażeniu i umiejętnościom ekipy Tomasza Sobczaka (choć szkoda, że rozsądnie nie byli wyposażeni w lawinowe ABC), to jednak szalona, na granicy braku rozsądku, ale jednak przede wszystkim trudna do zrealizowania jest misja ratunkowa Zuzki Sobczak i Doriana Gila. Kto wędrował zimą, w porach niekoniecznie dziennych, przy zagrożeniu lawinowym, po długich opadach śniegu i wichurach, ze schroniska Pięć Stawów w rejon Przełęczy Szpiglasowej ten obojętnie tych fragmentów recenzowanej książki czytać nie będzie. Ale zrzućmy to na karb kompletowania świata przedstawionego powieści. 

„Chata wyklętych” to z pewnością kolejna ciekawa propozycja kryminalna spod znaku górskich peregrynacji literackich. To udanie oddana atmosfera zamknięcia w obliczu zagrożenia i ciekawie poprowadzone relacje emocjonalne między bohaterami, a także wiarygodnie skonstruowana narracja, która rozbija poczucie bezpieczeństwa, zaufania i bliskości, tak pośród stworzonych przez Emilię Szelest postaci, jak i u czytelników podczas lektury książki. 

Przeczytane dzięki wydawnictwu „Skarpa Warszawska”