„Motylek” Puzyńskiej: kryminał, który wciąga w mrok małej społeczności

 
Skoro coraz bliżej do premiery drugiej już powieści Katarzyny Puzyńskiej zatytułowanej „Więcej czerwieni”, to nie mogę pozwolić sobie na przemilczenie jej debiutu. „Motylek” to książka przyjęta chyba przez wszystkich czytelników i krytyków entuzjastycznie. Wielu z nich nie dostrzega w powieści jakichkolwiek niedoskonałości, a jeśli nawet, uznaje je za drobne potknięcia usprawiedliwione u debiutanta. Moim zdaniem nie ulega wątpliwości, że debiut ten zasługuje na wyróżnienie i daje nadzieję na obecność na mapie polskich kryminałów kolejnego utalentowanego autora, po którego tytuły będziemy sięgać z radością i pełną przyjemnością. 
 
W „Motylku” każdy, nawet mniej uważny i oczytany, miłośnik kryminałów dostrzeże ducha klasycznej prozy Agaty Christie. Mieści się on w zastosowanym ujęciu małej i zamkniętej społeczności, w której każdy jej członek ukrywa w swojej przeszłości albo teraźniejszości coś złego moralnie lub niepożądanego z punktu widzenia porządku życia społecznego. A w obliczu popełnionej zbrodni i ciągłego zagrożenia kolejnym przestępstwem każdy tym samym staje się osobą podejrzaną. Na szczęście dla czytelnika i samej autorki powyższy schemat nie zostaje powielony od Christie automatycznie czy – mówiąc jeszcze inaczej – bezrefleksyjnie. Społeczność powieściową tworzą mieszkańcy małego Lipowa – tak rdzenni, jak i napływowi. Reprezentują cały wachlarz charakterów i osobowości. Ukrywają za sobą różnorodne doświadczenia życiowe i cechują się odmiennym podejściem do codzienności. By dopełnić obrazu, posiadają różny status społeczny i materialny. Puzyńska, co wcale częste u debiutanta, wykreowała więc świat postaci szeroko i ambitnie.
 
Zastanawiałem się podczas lektury kilkukrotnie czy nie za ambitnie. Czy rozmach z jakim postanowiła przedstawić teatrum ludzkich kreacji nie stłamsił samej opowieści i ukrytej w niej intrygi. Choć chwilami czułem się lekko przytłoczony szerokością tej wizji, to jednak szybko narracja wracała na odpowiednie tory i trzymała się założonego porządku, co powodowało, że pierwsze niepokojące wrażenia o pewnym przekombinowaniu kreacji świata postaci zamieniały się jednak w zaciekawienie czytelnicze. Jest coś właśnie takiego pozytywnego w literackiej propozycji Puzyńskiej, że mimo krótkich sygnałów, w których uderza na przykład zbyt silna stereotypowość proponowanych bohaterów czy też zastanawia spójność psychologiczna wybranej postaci, całość opowiadanej historii odbiera się niezwykle pozytywnie.
 
Należy powiedzieć nawet mocniej. „Motylek” w całościowym odbiorze to książka bardzo atrakcyjna. Ten mały świat ludzkich cech pozytywnych i negatywnych wykreowany z widocznym zacięciem obyczajowym tworzy bardzo barwny świat i – mimo tych drobnych wyżej sygnalizowanych zastrzeżeń – autentyczny świat. Ten rodzaj autentyczności, polegający na lustrzanym odbiciu różnorodnych postaw i zachowań ludzkich, objawia swoją błyskotliwość i chwytliwość nie tyle w literackim zapisie dokonanym na kartach powieści, co przede wszystkim w procesie lektury. Mówiąc dokładnie idzie o analogie, które podczas czytania „Motylka” pojawiają przed oczami i pamięcią czytelnika, analogie z naszego codziennego życia. To największa zaleta książki. Poznając po kolei każdego bohatera Puzyńskiej mamy wrażenie, że przedstawia te same osoby, które spotykamy we własnych środowiskach zawodowych, sąsiedzkich czy rodzinnych. Powieść dzięki temu nabiera takiego kolorytu pozytywnie rozumianej swojskości, niczym stendhalowskie zwierciadło przechadzające się po gościńcu naszej polskiej rzeczywistości. 
 
Udany efekt wykreowania małej, ale śmiało można powiedzieć, kompletnej i komplementarnej społeczności pisarka osiągnęła dzięki udanie skonstruowanym sylwetkom przewijających się przez opowieść bohaterom. W przypadku tych głównych, jak komendant miejscowego komisariatu Daniel Podgórski czy nowo przybyła do wsi Lipno Weronika Nowakowska, autorka zadbała o bogaty i przemyślany rys charakterologiczny. Pozostałe sylwetki postaci literackich budowała bardziej opierając się na typologii socjologicznej, wspomaganej gdzieniegdzie pogłębionych nieznacznie portretem psychologicznym. Z jednej strony odnosi się delikatne doznanie schematyczności, która na szczęście nie psuje wrażenia całości, a ostatecznie nawet daje się oswoić jako pewien rodzaj narzuconej gry z czytelnikiem. Odnoszę wrażenie, że to pewne mrugnięcie okiem do czytelnika, świadomego, że mamy do czynienia przede wszystkim z kryminałem.
 
Z drugiej jednak strony schematyczność, a właściwie pewna stereotypowość, stanowi klucz do powodzenia budowanej intrygi kryminalnej. Gdy w zimowy, mroźny poranek na skraju wsi zostaje znalezione ciało zakonnicy, początkowo nikt nie przypuszcza, że to zbrodnia. Po okolicznościach znalezienia zwłok wydaje się, że to śmiertelne potrącenie przez samochód, którego sprawca uciekł. Wszczęte czynności śledcze i pierwsze ustalenia biegłych wskazują jednak na zabójstwo. W krótkim czasie następnych kilku dni ginie kolejna kobieta. Ofiary nie wydają się być ze sobą w żaden sposób powiązane, a jednocześnie coraz bardziej wszyscy nabierają przekonania, że to nie koniec serii, że za chwilę może dojść do kolejnych zabójstw. Śledztwo zostaje zintensyfikowane i w jego wyniku razem z szukającymi motywów i sprawcy policjantami zaczynamy poznawać coraz to mroczniejsze tajemnice mieszkańców Lipna. Od tego momentu na kartach toczącego się powieściowego śledztwa zaczyna się to, co najciekawsze. Co przesłuchanie kolejnego mieszkańca wsi, co próba odkrycia kart z dalszej i bliższej przeszłości (weryfikującej alibi), to coraz intrygująco i zagadkowo. Tak naprawdę po niespełna kilkudziesięciu godzinach prowadzonych czynności okazuje się, że dosłownie prawie każdy członek tego małego społeczeństwa może być mordercą. Wręcz bez wyjątku wszyscy ukrywają coś złowrogiego, nagannego moralnie, ukrytego w czeluściach przeszłości, co w perspektywie prowadzonego śledztwa zmusza do typowania ich jako potencjalnych zabójców.
 
Trzeba przyznać, że ta kryminalna układanka została przez Puzyńską ułożona zgrabnie i do samego końca z wielką niewiadomą. Rozwiązanie sprawy dla wielu czytelników będzie stanowić zaskoczenie. I nie pomogą te fragmenty powieści, najbardziej tajemnicze i niedopowiedziane, które stanowią krótkie reminiscencje z życia zabójcy. To, jeśli nie wiemy, to szybko domyślamy się, że poznajemy jego przeszłość. I choć mamy przewagę nad książkowymi śledczymi, to jednak tak samo błądzimy w poszukiwaniach sprawcy do samego końca, ale przecież o to chodzi w dobrym kryminale. 
 
Dobra powieść kryminalna nie może obyć się również bez udanie skonstruowanego bohatera. W przypadku „Motylka” w rzeczywistości mamy dwie postacie, które w sposób dominujący poświęcają się dotarciu do prawdy o faktach dwóch książkowych zabójstw. Są nimi wspomnieni już wcześniej bohaterowie aspirant Daniel Podgórski czy nowo przybyła do wsi Lipno Weronika Nowakowska. O ile przyjęcie perspektywy policyjnego śledczego nie dziwi, to wybór kobiety, nic nie mającej wcześniej wspólnego z detektywistycznym rzemiosłem, w dodatku z balastem rozstania z mężem i podjęcia ważkiej decyzji zmiany miejsca zamieszkania, może budzić zaskoczenie. Pisarka tka jednak tak ciekawą i wiarygodną sieć współzależności i układów o różnych barwach i kryminalnych (w pewnym momencie Weronika staje się potencjalną przyszła ofiarą), i obyczajowych (atrakcyjna Weronika szybko staje się celem męskich zabiegów), że zaangażowanie bohaterki z typową kobiecą ciekawością jest niejako uzasadnione.
 
Kiedy przywołuję zagadnienie wiarygodności opowiadanej przez Puzyńską historii, nie mogę przemilczeć pewnej istotnej właściwości jej pierwszej powieści. Widoczne jest to zwłaszcza wtedy, gdy pochylam się nad policyjnymi bohaterami i tym wszystkim, co dzieje się w murach komisariatu i niedalekiej komendy. W pierwszym odruchu czytelniczym budził się we mnie taki zawodowy, policyjny sprzeciw przeciw temu w jaki sposób rysuje autorka policyjne postacie i ich śledcze działania. Mam na myśli zarówno wykreowane osobowości aspiranta Daniela Podgórskiego, komisarz Klementyny Kopp i pozostałych policjantów z komisariatu w Lipnie: Marka Zaręby, Pawła Kamińskiego i Janusza Rosoła, ale także sposoby ich pracy i formy zdobywania informacji do sprawy.
 
W perspektywie całej jednak książki i narracyjnie narzuconego sposobu przedstawiania wszystkich bohaterów tak naprawdę trudno zarzucić pisarce jakąś poważną niedoskonałość czy błędy merytoryczne. Wszystko, co dotyczy powieściowego procesu docierania do informacji o przeszłości bohaterów, o zdarzeniach stanowiących materiał dowodowy śledztwa, a także budowania wersji śledczych i ich weryfikowania, choć może nierzadko uderza odrobiną stereotypowości, to jednak wzajemnie uwiarygadnia się fabularnie i życiowo. A wszystko to podane zostaje odbiorcy w sposób intrygujący i fascynujący czytelniczo. 
 
„Motylek” to powieść, która broni się swoją atrakcyjnością intrygi i przede wszystkim bogactwem lustrzanego odbicia fragmentu współczesnej społeczności, której jesteśmy członkami. Niezależnie od wielkości miejscowości, w której przyszło nam żyć. To książka, której nie trzeba oceniać przez pryzmat debiutu pisarskiego, bo jest na tyle dopracowana, że śmiało uznać ją można za pisarski znak kierujący nas na kolejny nowy, i ciekawy zarazem, szlak na polskiej kryminalnej mapie literackiej. Sprawia to także, że będziecie czekać, podobnie jak ja, na kolejną powieść Katarzyny Puzyńskiej.

Przeczytana dzięki Wydawnictwu Prószyński i S-ka