Recenzja: James Carol „Lalki”

Autor: James Carol
Tytuł: Lalki
Tłumaczenie: Ewa Kleszcz 
Wydawca:  Imprint – Dom Wydawniczy PWN
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7705-599-1
Liczba stron: 416

Tytułowe „Lalki” w powieści Jamesa Carola to ofiary seryjnego przestępcy. Moglibyśmy się spodziewać, że to śmiertelne trofea szalonego zabójcy. Nic przecież nie mogłoby się stać gorszego w kryminale. A jednak. Książka urodzonego w Szkocji, a mieszkającego w Anglii, pisarza zaskakuje. Okazuje się, że jest coś gorszego niż śmierć. Szybko dowiadujemy się bowiem o czterech ofiarach, młodych kobietach, które przeżyły spotkanie ze zbrodniarzem. Każda z nich po okrutnych torturach i lobotomii. Żadna z nich nie jest w stanie powiedzieć policji, kto był jej oprawcą, żadna nie może prowadzić normalnego życia. Są jak lalki, którymi ktoś się pobawił, a następnie wyrzucił. Takim też opisem zachęca do lektury zapowiedź wydawnicza. Trzeba zauważyć, że trochę szkoda polskiego tłumaczenia oryginalnego tytułu pierwszego thrillera Carola, który brzmi „Broken dolls”. Za oryginałem ukrywa się prawda o faktycznym stanie ofiar. „Przełamane lalki” – „złamane życie”. Choć w rzeczywistości już po pierwszym spotkaniu z jedną z ofiar nasuwa się kolejne pytanie czy to jeszcze życie, czy jest w nim jeszcze jakiś sens. To nie koniec dramatycznych kart powieściowych. Sprawca na naszych oczach ujmuje kolejną ofiarę i rozpoczyna z nią swój seans makabrycznych i nieludzkich czynów. Napięcie wyczuwalne jest w każdym ruchu, w każdej myśli zniewolonej kobiety, która – podobnie jak czytelnicy – wie z wcześniejszych doniesień prasowych, co sprawca wyczyniał i czym kończył swoje tortury. To wszystko przede nią. I choć bardzo przypomina to karty thrillerów psychologicznych Thomasa Harrisa z jedynym, wyjątkowym Hannibalem Lecterem, to w niczym poziom tych scen nie ustępuje w „Lalkach” Carola. 
 
Jest jednak różnica pomiędzy autorem „Lalek” a Harrisem. W przypadku tego ostatniego, w zależności od tytułu seryjny zbrodniarz albo wychodził na pierwszy plan, albo był równorzędnym, godnym przeciwnikiem śledczego, który go ścigał. U Carola zdaje się zabójca odchodzić jednak na nieco dalszy plan, a sama jego obecność przejawia się bardziej w dramacie uwolnionych „złamanych” ofiar-lalek, uwięzionej najpierw jednaj, a potem kolejnej ofiary. W dużej części książki wyczuwać będziemy przede wszystkim napięcie i dramat maltretowanych kobiet obok tajemniczego i zwyrodniałego zachowania sprawcy. Wraz z prowadzonymi czynnościami śledczymi i tworzeniem jego profilu psychologiczno-kryminalnego na plan pierwszy wysunie się potrzeba odpowiedzi na pytanie: dlaczego, a dokładnie dlaczego nie zabija, tylko więzi, torturuje i w bestialski sposób odhumanizowane kobiety porzuca przy życiu. Na to pytanie odpowiadać będzie wraz z czytelniczą przygodą główny bohater książki, ekscentryczny były profiler FBI, a dziś prywatny konsultant, Jefferson Winter. Wyjątkowa to postać, zbudowana jakby trochę na przekór dotychczasowym obrazom literackim tego eksploatowanego zawodu, łączącego umiejętności i wiedzę psychologiczną z doświadczeniem i praktyką policyjno-śledczą. Bohater Carola – mam wrażenie – łączy w sobie wszystko, co dotychczas pojawiło się na kartach powieściowych z główna postacią w osobie profilera. Przez to kreuje kogoś, kogo można określić jako kongenialny. Kongenialny profiler o umiejętnościach śledczego, a nawet jeśli z uwagi na umocowanie prawne w prowadzonym śledztwie, kimś takim nie może być, to ma u swojego boku nie mniej ważną i w tym przypadku ciekawą postać policjantki, sierżant Sophie Templeton. Kongenialny, bo wiedzą, umiejętnościami i zdolnościami dorównujący kilku osobom, które w codziennej rzeczywistości prezentowałyby odrębnie różne profesje i miejsca pracy. Jefferson Winter to osoba oryginalna, niestereotypowa, o ponadprzeciętnym IQ, mierząca się wyłącznie z poziomem intelektu samego Leonardo da Vinci. Po doświadczeniach w służbie FBI, aktualnie w pełni niezależna, podróżująca po świecie od sprawy do jeszcze trudniejszej sprawy, w których pomaga chwytać najgorszych przestępców. Powiem, że podczas lektury trzeba przyzwyczaić się do tak prezentowanej postaci profilera. Początkowo drażniła mnie jego ta pewna wyjątkowość i idealność. Trudny to rozmówca, który w słowach i zachowaniu odczytuje więcej niż by chciał jego interlokutor. Trudny w dialogu, gdy dodatkowo wie, co chciałby powiedzieć jego rozmówca i o czym myśli w danej chwili. Nie mówiąc już o uprzedzaniu przyszłych decyzji czy słów. To chwilami irytuje, podobnie jak niektórych bohaterów książki, a jeszcze częściej zastanawia nad realnością takiej kreacji. Jest jednak w charakterologicznym wizerunku Wintera pewna rysa, która ciekawą nowością na mapie literackich bohaterów-profilerów w świecie kryminalnych powieści. To jego pochodzenie rodzinne. Jefferson Winter jest synem jednego z najsłynniejszych seryjnych zabójców w Ameryce. W ciągu dwunastu lat zamordował on piętnaście młodych kobiet, uprowadzając je i wywożąc do bezkresnych lasów stanu Oregon, gdzie wypuszczał je potem na wolność, a potem polował na nie z karabinem. To wyraźnie obciążający balast dla kogoś, kto zostaje profilerem i ściga podobnych ojcu przestępców. Jednak jest coś jeszcze więcej. W krótkim momencie przed egzekucją kary śmierci na ojcu Wintera, do syna obserwującego tą czynność docierają słowa „jesteśmy tacy sami”. I niezależnie od wyraźnych podobieństw fizycznych: tego samego koloru oczu, wzrostu, sylwetki, naturalnego koloru włosów, jest coś, co utkwiło w głównym bohaterze na całe życie. To niebezpieczeństwo podobieństwa psychicznego i emocjonalnego. To zadra, która wpłynęła na czas i sposób służby w FBI, z którego Winter ucieka niejako, wiedziony swoją nie tyle wyjątkowością, co właśnie obciążeniem i innością. Jefferson Winter, jak doświadczamy z kart powieści, to geniusz psychologii śledczej, który choć czytający bezbłędnie znaki przeszłości i wyrokujący przyszłość sprawcy i jego działania, musi jednak nieustannie mierzyć się z balastem swojej przeszłości i swojego dziedzictwa. To coś, czego nie potrafi przezwyciężyć. Wygląda to wręcz jak pewien rodzaj imperatywu, w którym nie sprawdzają się prawa logiki i nie przezwycięża tego żadne osiągnięcie psychologii. Został policjantem, bo jego ojciec był seryjnym mordercą, a on sam nie był do niego w żaden sposób podobny. Przestał być policjantem, bo jego ojciec był seryjnym mordercą, a on sam gdzieś w środku jest do niego podobny. Na takim zaprzeczeniu budowana jest ta postać. I na tym styku kreacja głównego bohatera wydaje się być najciekawsza i w pewien sposób wyjątkowa na tle całej współczesnej literatury kryminalnej. 
 
„Lalki” mają jeszcze innych bohaterów, a właściwie powinniśmy powiedzieć bohaterki. Tak to bowiem ułożył autor, że ważne znaczeniowo, psychologicznie i emocjonalnie są jeszcze trzy żeńskie postacie. Począwszy od wspomnianej już partnerki w policyjnym śledztwie sierżant Sophie Templeton, która nie dość, że wspólnie z profilerem prowadzi czynności wykrywcze, to jeszcze jest znakomicie skonstruowanym kontrapunktem dla geniuszu Wintera. W przypadku jej postaci pisarz korzysta trochę z wytartych, ale sprawdzonych kliszy. Piękna, niezależna, inteligentna policjantka. Domyślać się tylko można od początku, że jakieś napięcie emocjonalne i fizyczne będzie gdzieś wisiało w powietrzu pomiędzy tymi bohaterami. A to znów przeciwieństwo innej relacji międzyosobowej, jaka zachodzi pomiędzy kolejną kobiecą postacią, a samym bezlitosnym przestępcą. Rachel Cole – kolejna ofiara. Tym razem jej porwanie, uwięzienie, torturowanie odbywa się na oczach czytelnika, który dzięki dość sugestywnemu i plastycznemu opisowi uruchamia głębsze pokłady wyobraźni oraz emocji. W scenach tych, aż do samego finału, pojawiają się kolejne postacie kobiece, mające – jak nietrudno się domyśleć – istotne znaczenie i przeolbrzymi wpływ na działania Adama Grosvenora, szaleńca, którego identyfikacja, a potem ujęcie stały się głównym zadaniem śledczych. Nawet w tym zakresie James Carol zaskakuje. Co do jednej z bohaterek, od pewnego momentu, kim jest i jaka jest jej rola w całej historii domyślamy się jak najbardziej trafnie. Druga zaś będzie dla większości nie lada niespodzianką. Nic więcej nie mogę zdradzić, by nie zepsuć prawdziwej przyjemności lektury.
 
„Lalki” Carola to pierwsza z serii powieści poświęconych wyjątkowemu bohaterowi – Jeffersonowi Winter. O ile zbudowana fabuła i poprowadzona narracja stanowią przykład solidnego warsztatu pisarskiego, który choć opiera się na tradycyjnych rozwiązaniach, to nosi jednak autorski charakter. Jak przystało na kryminał „Lalki” wciągają w pierwszej kolejności bohaterami. Interesującymi, nieprzeciętnymi, o wyraźnej i mocnej konstrukcji. To niezależne osoby, kontrowersyjne, zmuszające czytelnika do mierzenia się z ich zaletami, wadami i obciążeniami psychologicznymi. Wraz z rozwojem intrygi powieściowej dynamizuje się też akcja i wzrasta napięcie. W końcowych frazach książka Carola zamienia się w rasowy thriller, w którym dramatyzm sytuacji miesza się z bólem ofiar, zaś zbrodnicze szaleństwo walczy z trudnymi decyzjami policjantów próbujących w tym wszystkim znaleźć jak najlepsze i najmniej szkodliwe wyjście z sytuacji. „Lalki” to powieść, która nie zawodzi i stanowi świetną rozrywkę o dużym stopniu emocjonalnym i intelektualnym.
 [dodajbox]

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB