Zło ma tu miły uśmiech
Są serie, które w trzecim tomie zaczynają odcinać kupony. I są takie, w których dopiero w trzecim tomie widać, po co autor budował to wszystko od początku. „Kara” Wojciecha Wolnickiego należy do tych drugich. Jest, mówiąc wprost, najdojrzalszą książką tego cyklu.
Zacznę od rzeczy, którą chwalę najmocniej, bo jest najtrudniejsza do osiągnięcia.
W „Długu” Kozak i Wolf mieli osobne biografie. W „Urazie” Wolnicki przestał ich opowiadać, a zaczął zderzać, i wtedy zrobiło się ciekawie. W „Karze” idzie o krok dalej i robi coś, na co w polskich cyklach kryminalnych trafia się rzadko. Nie utrzymuje poziomu, tylko go podnosi, a robi to w rejestrze, w którym najłatwiej się potknąć, czyli emocjonalnym.
Relacje w tej powieści przestały być zestawem napięć. Stały się układem naczyń połączonych. Ktoś kogoś całuje i przez trzysta stron nie umie o tym rozmawiać. Ktoś inny mówi w gabinecie „tato” i natychmiast żałuje, bo w tej firmie takie słowo kosztuje. Pani prokurator planuje przyszłość, o której nie powiedziała człowiekowi, którego ta przyszłość dotyczy. Kozak zabiera z cudzego domu rzecz, której zabrać nie miał prawa, i przyznaje się do tego jednej osobie w całej komendzie. Nie dlatego, że jej ufa. Dlatego, że musi komuś zaufać. Wolnicki prowadzi te wątki bez ani jednej sceny wyjaśniającej, w której bohaterowie siadaliby i nazywali swoje uczucia. Wszystko dzieje się w półsłówkach, w spojrzeniach uciekających w bok, w esemesie redagowanym pięć minut, żeby zabrzmiał obojętnie.
Efekt jest taki, że po zamknięciu książki nie pamięta się głównie zagadki. Pamięta się ludzi. A to w serii jest jedyna waluta, która naprawdę się liczy, bo tylko ona przenosi czytelnika przez lata dzielące kolejne tomy.
Dodam coś, co wypada powiedzieć osobno. Pisałem przy dwóch poprzednich książkach, że Wolnicki zostawia w bilansie pozycję nierozliczoną. Jego bohaterom uchodzą rzeczy, które w realnej służbie skończyłyby się aktem oskarżenia, a system, choć ma organy powołane do ich ścigania, jakoś nigdy nie dociera. W „Karze” ten temat wraca i wraca poważnie. Nie napiszę, jak się kończy. Napiszę tylko, że autor nie liczy już na to, że czytelnik zapomniał. Po trzech tomach widać wyraźnie, że to nie były przeoczenia, tylko odroczenia.
Teraz o tym, co w tej powieści jest tematem właściwym.
Punkt wyjścia zdradza sam wydawca, więc mogę go powtórzyć. Ginie dziewięcioletni chłopiec, wszystko wskazuje na wypadek, ale na jego przedramieniu widnieją cyfry, a podobne odnotowano wcześniej przy śmierci innego dziecka. Zostaje telefon, w którym ktoś przywrócił ustawienia fabryczne. I stąd zaczyna się rzecz, o której powinien przeczytać każdy dorosły mający w domu dziecko z telefonem w ręku.
Wolnicki opisuje mechanizm, a nie zjawisko. Różnica jest zasadnicza. O niebezpiecznych wyzwaniach w sieci pisze się w Polsce od lat, zwykle w tonie alarmu, po którym rodzic odkłada gazetę i nie wie, co właściwie miałby zrobić. Tu jest inaczej. Widzimy, jak to działa krok po kroku. Jak zaczyna się od uwagi, której dziecko nie dostaje w domu. Jak buduje się poczucie wyjątkowości i wspólnej tajemnicy. Jak drobne, niewinne zadanie ustawia relację władzy. Jak kolejne poziomy podnoszą stawkę tak wolno, że nikt nie zauważa momentu przekroczenia granicy. I jak na końcu tej drabiny stoi ktoś, kto podpisuje się słowem kojarzącym się z opieką.
To najlepiej napisana partia tej książki i zarazem najtrudniejsza do przeczytania. Zwłaszcza dlatego, że sprawca nigdy nie mówi językiem przemocy. Mówi językiem bliskości, zrozumienia i akceptacji, dokładnie tym, którego dziecku zabrakło gdzie indziej. Zło ma tu miły uśmiech i nie jest to figura retoryczna, tylko opis metody.
Tutaj dochodzę do tego, co uważam za właściwy klucz do „Kary” i co pozwala połączyć obie warstwy powieści w jedno.
Na Śląsku istnieje pojęcie, którego nigdzie indziej w Polsce nie rozumie się tak dobrze. Szkody górnicze. Dom stoi prosto, front ma świeżo malowany, w oknach firanki. A pod nim wybrano węgiel. Grunt osiada latami, powoli, bezgłośnie, i pewnego dnia okazuje się, że ściana pęka, drzwi przestają się domykać, a schody idą w skos. Nikt niczego nie zburzył. Po prostu w pewnym momencie zabrakło tego, na czym wszystko stało.
Tak właśnie Wolnicki pokazuje rodziny w tej powieści. Wszystkie z zewnątrz są w porządku. Poranne odwożenie do szkoły, wspólne kolacje, zdjęcia, na których wszyscy się uśmiechają. Pod spodem nie ma dramatu w sensie awantury czy przemocy. Jest pustka po czymś, co zostało stamtąd wyfedrowane i czego nikt nie zauważył, dopóki nie pękła ściana. Sprawca tej książki nie szuka dzieci zaniedbanych w sposób oczywisty. Szuka domów ze „szkodą górniczą”. I znajduje je bezbłędnie, bo pracuje w miejscu, przez które te dzieci przechodzą codziennie.
To, moim zdaniem, najcięższa i najbardziej niewygodna teza „Kary”. Że najbardziej narażone nie są dzieci z rodzin, na które i tak patrzy kurator, tylko te z rodzin, na które nikt nie patrzy, bo po co.
Zostaje mi jedna rzecz i nie ukryję, że mówię o niej z pewnym zawodem.
Wolnicki zapowiadał, a słyszałem to na wiosennym spotkaniu autorskim w Strzelcach Opolskich, że w trzecim tomie sięgnie po Tragedię Górnośląską. Zapowiedź przyjąłem z uznaniem i z odrobiną niepokoju, bo materiał to ciężki, a ryzyko instrumentalizacji ogromne. Książka otwiera się prologiem, który jest w tej materii bezkompromisowy, i przez całą powieść biegnie linia rodzinna prowadzona przez cztery pokolenia, od czterdziestego piątego roku po współczesność.
Rzecz w tym, że ta linia nie dostaje własnego ciężaru w takiej mierze, w jakiej mogłaby. Zostaje w dużym stopniu podporządkowana mechanice śledztwa i psychologii jednej z postaci drugiego planu. Historia bardziej tłumaczy, niż działa. To zresztą wyjaśnia skróty. Skoro ma prowadzić czytelnika do zrozumienia czyjejś motywacji, całe dekady da się przeskoczyć kilkoma zdaniami, bo nie one są celem. I trudno autorowi z tego robić zarzut, bo taką rolę tej warstwie wyznaczył świadomie.
A jednak. Ta historia boli i to jest największa różnica między nią a zwykłym tłem. Wolnicki nie potraktował jej instrumentalnie, widać, że go ona obchodzi. Po lekturze zostaje mi jednak wrażenie, że można było uderzyć mocniej. Że tam, gdzie dostajemy relację, mogła stać scena. Że tam, gdzie przeskakujemy dziesięć lat jednym akapitem, mógł zostać człowiek, przy którym zatrzymalibyśmy się na dwadzieścia stron. Po prologu, który wchodzi z taką siłą, spodziewałem się, że osiemdziesiąt lat milczenia okaże się w tej książce równorzędnym bohaterem, a nie zapleczem intrygi.
Nie jest to zarzut o brak rzetelności ani o brak szacunku, bo jedno i drugie widać wyraźnie. Jest to żal czytelnika, który wie, jak mocno ta proza potrafi uderzyć, i chciałby, żeby akurat w tym miejscu uderzyła najmocniej. Tragedia Górnośląska zasługuje na powieść, w której nie musi niczego tłumaczyć. Osiemdziesiąt lat milczenia przecież nie znika. Osiada powoli, jak grunt pod domem, i pęka dopiero w prawnukach. Wolnicki ma warsztat, żeby taką książkę napisać.
Wypada też uprzedzić, że prolog jest dość ciężki i część czytelników przejdzie przez niego z trudem. Nie stawiam autorowi zarzutu z samej dosłowności, bo w tym akurat miejscu wynika ona z tematu, nie z chęci zrobienia wrażenia. Zwrócę natomiast uwagę na coś innego, bo to już nie przypadek. Trzeci raz z rzędu Wolnicki otwiera powieść krzywdą wyrządzoną dziecku. Chłopiec na smyczy, dzieci w płonącym mieszkaniu, teraz to. Nie nazwałbym tego kluczem zdartym. Przeciwnie, autor za każdym razem znajduje inny obraz i inny sposób uderzenia, a w „Urazie” pokazał nawet, że potrafi to zrobić jednym gestem z telewizorem, bez opisywania czegokolwiek wprost. To raczej rozpoznawalna sygnatura pisarska niż powtórka. Warto tylko, żeby autor miał świadomość, że czytelnik już ją rozpoznaje i że siła takiego otwarcia bierze się właśnie z tego, że za każdym razem jest inna.
Poza tym „Kara” robi wszystko, czego od trzeciego tomu oczekiwałem, i kilka rzeczy, których się nie spodziewałem. Zagadka jest prowadzona cierpliwie, bez wyjścia awaryjnego w postaci przypadku. Warstwa policyjna trzyma poziom, który autor osiągnął w tomie drugim. Są spory o właściwość terytorialną, jest prokurator, który bywa problemem, a nie ozdobą, jest kilka scen, w których słychać, że autor pytał o szczegóły ludzi z komendy, a nie odtwarzał tego, co pokazuje telewizja. A bohaterowie po raz pierwszy w tej serii wchodzą w książkę jako pełni ludzie, nie jako świetnie zaprojektowane figury.
Tytuł zresztą pracuje na kilku poziomach naraz, o czym uprzedza już hasło z okładki. Jest kara wymierzana przez sprawcę, przekonanego, że prostuje świat. Jest kara zbiorowa, wymierzona kiedyś ludziom za to, kim się urodzili. I jest ta trzecia, o którą pytam od pierwszego tomu. Kiedy przyjdzie po tych, którzy w tej serii mieli szczęście, że nikt nie przyszedł wcześniej.
Odpowiedź jest w książce. Nie napiszę, jaka.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu
Metryczka
Tytuł: Kara
Autor: Wojciech Wolnicki
Gatunek: kryminał / powieść kryminalna
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-271-7082-8
