Dług, którego nikt nie księguje. Wolnicki otwiera serię
Są powieści kryminalne, które pytają, kto zabił. I są takie, które pytają, komu i za co jesteśmy winni, a pytanie o sprawcę traktują jako pretekst, żeby otworzyć księgę rachunkową. „Dług” Wojciecha Wolnickiego, otwierający rybnicką serię z Kozakiem i Wolfem, należy zdecydowanie do tych drugich, choć na pierwszy rzut oka przebiera się za pierwsze.
Zacznijmy od wyznania, które będzie miało znaczenie dla wszystkiego, co powiem dalej. Należę do czytelników, dla których seria z powracającym bohaterem jest formą uprzywilejowaną. Nie dlatego, że jest łatwiejsza, przeciwnie. Powieść zamknięta może sobie pozwolić na bohatera-narzędzie, figurę zużywalną, wypaloną po ostatniej stronie. Seria takiego luksusu nie ma. Musi stworzyć człowieka, z którym da się wytrzymać przez pięćset stron, a potem przez kolejne pięćset, i który po drodze będzie się zmieniał na tyle, żeby nie znudzić, a jednocześnie na tyle mało, żeby nie przestać być sobą. To zadanie z zupełnie innego rejestru trudności i większość polskich cykli kryminalnych rozbija się o nie po dwóch, trzech książkach. Wolnicki — i mówię to, mając już za sobą dwie powieści z tego cyklu — zdaje ten egzamin od pierwszej strony, chociaż zdaje go w sposób, który każe przełknąć kilka rzeczy naraz.
Bo umowa, jaką autor proponuje czytelnikowi w otwarciu, jest zuchwała. Przemysław Wilczyński, zwany Wolfem, to policjant, który po scenie z prologu ma przed sobą dwie drogi, i obie kończą się poza służbą. Pierwsza prowadzi na ławę oskarżonych — za przekroczenie uprawnień, czyli za przestępstwo, nie za służbowe niedociągnięcie. To, co robi skutemu człowiekowi na polnej drodze, jest torturą, a nazwanie tego „przesłuchaniem” obraża język. Zabezpieczenie sobie tyłów notatką odłożoną poza aktami czyni rzecz jeszcze gorszą, bo dowodzi premedytacji. Druga droga to wydalenie ze służby ze skutkiem natychmiastowym, i przełożony mówi mu to prosto w oczy, odbierając broń i legitymację. A potem nie dzieje się ani jedno, ani drugie. Sprawa karna rozmywa się gdzieś między papierami, dyscyplinarka nie zapada, bo koneksje, „układy” i cudzy telefon do właściwej osoby okazują się skuteczniejsze niż wszystkie procedury razem wzięte. Adam Kozakiewicz, zwany Kozakiem, przychodzi z drugiej strony. To on kładzie odznakę na biurku, bo prywatna zdrada okazała się cięższa od etosu i on też zostaje, choć decyzję podejmuje za niego przełożony, który po prostu nie przyjmuje wypowiedzenia. Obu przenosi się do Rybnika. I obaj trafiają pod bezpośrednie zwierzchnictwo naczelnika wydziału kryminalnego, młodszego inspektora Waltera Poloczka, który nosi na oku przepaskę i przydomek „Cyklop”, a którego stan zdrowia w realiach polskiej Policji zamknąłby sprawę na komisji lekarskiej, zanim ktokolwiek zdążyłby zapytać o wyniki wykrywalności.
Piszę o tym wprost, bo byłoby nieuczciwe, gdybym udawał, że tego nie zauważam. Człowiek, który sam nosił blachę, ma w tym miejscu odruch, którego nie da się wyłączyć. To nie przejdzie! Rzecz w tym, że po kilkudziesięciu stronach odruch przestaje przeszkadzać i warto zrozumieć, dlaczego. Wolnicki nie kupuje sobie nieprawdopodobieństwa za darmo. Płaci za nie w innej walucie, i płaci solidnie. Bo tam, gdzie naprawdę mieszka realizm policyjnej roboty, a mieszka on nie w figurze bohatera, tylko w fakturze dnia, ta książka jest zaskakująco rzetelna. W wyjazdach do „enek”. W nadgodzinach, za które wynagrodzeniem bywa uścisk dłoni inspektora. W szesnastu etatach na wydział, który zajmuje się wszystkim, od zarysowanego lakieru po zwłoki. W tym, że kobieta zmarła ze starości też jest sprawą, bo trzeba znaleźć lekarza do karty zgonu. W tym wreszcie, że prokurator potrafi wejść śledczym w drogę nie ze złej woli, tylko z zupełnie innego rozumienia własnej roli. Autor zamyka książkę stroną podziękowań, na której figurują sędzia sądu okręgowego z ponaddwudziestopięcioletnim stażem w sprawach karnych, emerytowany technik kryminalistyki, emerytowany oficer wydziału kryminalnego, czynny prokurator, były psycholog więzienny, funkcjonariusz Służby Więziennej i dwaj czynni policjanci z komend śląskich, którzy zastrzegli anonimowość. Widać, że rozmawiał. Widać też, gdzie świadomie odpuścił: nieprawdopodobieństwo skupione jest w postaciach, nie w pracy. To wybór, nie niedbalstwo. I wybór typowy dla serii, w której bohater musi być większy od życia, żeby udźwignąć kolejne tomy.
Sama zagadka wyrasta z gruntu, który w polskim kryminale bywa eksploatowany bez umiaru — dom dziecka, dawna krzywda, zemsta po latach, a mimo to nie osuwa się w kliszę, i to z powodu, którego nie spodziewałem się na starcie. Wolnicki prowadzi całą narrację w czasie teraźniejszym. „Siedzi”, „pyta”, „wychodzi”. Nie „usiadł” i „zapytał”. To najciekawszy chwyt tej książki, bo daje efekt, którego autor być może nawet nie zamierzał. Teraźniejszość niedokonana jest gramatyką didaskaliów i scenariusza, a więc formy, która nie opowiada o tym, co się wydarzyło, tylko wskazuje, co dzieje się teraz, na naszych oczach. Zdanie „mężczyzna wchodzi do pomieszczenia i zajmuje miejsce naprzeciwko” nie brzmi jak zdanie powieściowe, brzmi jak wskazówka dla aktora i kamery. Cała powieść nabiera przez to temperatury relacji prowadzonej równolegle do zdarzeń. Czytelnik nie dowiaduje się, jak było, tylko patrzy, jak jest, i traci komfort, który daje czas przeszły, pewność, że ktoś już to przeżył i wrócił opowiedzieć. Tu nikt jeszcze nie wrócił. To właśnie ta temperatura, a nie tempo zwrotów akcji, decyduje o tym, że od książki trudno się oderwać. Kiedy w finale wchodzi wielka woda z września dwa tysiące dwudziestego czwartego roku, prawdziwa, ta sama, którą pamiętamy z telewizji, iluzja domyka się całkowicie. Czytamy nie fikcję o Śląsku, tylko relację ze Śląska nadawaną w tej właśnie chwili.
Drugim filtrem jest godka. Poloczek i Kinga Wieczorek mówią po śląsku wtedy, kiedy chcą, i przechodzą na polszczyznę wtedy, kiedy muszą, a przyjezdni po prostu nie rozumieją. To nie folklor doklejony dla kolorytu, to narzędzie fabularne. Mur milczenia, o który rozbijają się śledczy, jest w tej książce najpierw murem językowym, a dopiero potem murem strachu. Kto tego nie wychwyci, przeczyta gwarę jako ozdobnik i straci połowę.
I dochodzimy do tego, co dla mnie jest właściwym tematem „Długu”, a co ginie w opisach wydawniczych sprowadzających rzecz do zemsty. Tytułowy dług nie jest jeden. W tej powieści każdy prowadzi jakąś księgę. Kozak jest winien ojcu życiorys, którego ojciec nie zaakceptował. Wolf jest winien dziadkowi honor, a zmarłemu ojcu wyjaśnienie, którego nie potrafi z siebie wydusić. Poloczek jest winien komuś, o kim nie mówi, decyzję, której nie umiał wymusić. A gdzieś w tle tego wszystkiego Wolnicki przeprowadza operację, po której trudno wrócić do lekkiego oddechu. Pokazuje dług, który przestaje być metaforą i staje się aktywem. Wierzytelnością, którą można odkupić, odsprzedać, wyegzekwować i przehandlować dalej, a której przedmiotem jest człowiek. To scena, po której zamknąłem książkę na kilka minut, i nie napiszę tu ani słowa więcej, żeby nie odebrać nikomu tego uderzenia.
I tu dochodzę do sąsiedztwa, którego po kryminale gatunkowym nikt nie ma prawa oczekiwać, a które narzuciło mi się samo — do Herlinga-Grudzińskiego. „Inny świat” postawił kiedyś tezę, z którą polska literatura do dziś nie umie sobie poradzić: cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie deformuje, a człowiek doprowadzony do granicy nie staje się lepszy, staje się dokładnie tym, czym pozwolono mu się stać. Rozdziały prowadzone równolegle do śledztwa, poświęcone dziecku nazywanemu Rakiem, są w istocie wariacją na ten temat, tyle że rozpisaną na smycz, ciemną łazienkę i szkolną toaletę. Wolnicki pisze je bez znieczulenia i bez taniej litości, co jest jego dużą zasługą.
Tu jednak muszę podzielić się wątpliwością, której sam do końca nie rozstrzygnąłem. Te rozdziały budują łańcuch przyczynowy, który biegnie od krzywdy do zbrodni — i biegnie przez odmienność dziecka, przez jego niezgodę na płeć, którą mu przypisano. Te rozdziały budują łańcuch przyczynowy, który biegnie od krzywdy do zbrodni. I biegnie przez odmienność dziecka, przez jego niezgodę na płeć, którą mu przypisano. Autor zabezpiecza się przed najgorszym odczytaniem, przyczyną jest u niego przemoc matki, nie tożsamość syna, a różnica to nie niuans, tylko cała stawka. Mimo to pokusa domknięcia zostaje. Czytelnik pospieszny, a takich będzie sporo, wyjdzie z lektury z równaniem prostszym niż to, które napisał Wolnicki, i wyjdzie z nim wbrew intencji książki. Nie nazwałbym tego błędem, nazwałbym to ryzykiem, które autor podjął świadomie i którego nie zneutralizował do końca. Wolałbym o jedną scenę więcej po stronie obrony.
Zostaje jeszcze jedna sprawa, o której trudno mi milczeć, choć powiem o niej oszczędnie. W trzeciej ćwierci powieści Kozak i Wolf robią pewnemu człowiekowi coś, czego żaden przepis nie przewiduje. Potem obaj tłumaczą się przed naczelnikiem tymi samymi słowami, a naczelnik te wyjaśnienia przyjmuje, choć doskonale wie, ile są warte. Sukces zostaje odnotowany. Cena, jaką za niego zapłacono, nie zostaje odnotowana nigdzie. Można w tym widzieć niedopatrzenie książki, która skądinąd bardzo poważnie pyta o cenę. Ja widzę raczej rzecz odłożoną na później, bo tom pierwszy jest dokładnie tym miejscem, w którym zostawia się sprawy, po które się wraca. A kto zna dalszy ciąg, ten wie, że Wolnicki po swoje wraca.
Bo „Dług” nie tyle się kończy, ile zostaje przekazany dalej. Ostatnia odprawa nie domyka rozwiązanej sprawy — otwiera następną, przy leśnym strumieniu, z pustym koszykiem i raną zadaną własnym nożem, bliźniaczo podobną do tej sprzed roku, którą umorzono z braku dowodów. A kiedy pada niewinne pytanie, kto tamto śledztwo prowadził, w pokoju robi się cisza, jedna z tych, po których wiadomo, że pytający właśnie nadepnął na coś, o czym w rybnickim wydziale się nie mówi. Bo ten sam człowiek, który nie zdążył zamknąć sprawy w lesie, pojechał później we trzech tam, gdzie nie wolno było jechać we trzech. Zasadzka. Nazwisko, którego nikt nie chce wypowiedzieć na głos. I sprawca, którego od pół roku nie ma. Wolnicki nie kończy tomu efektownym zawieszeniem akcji. Kończy go zobowiązaniem, które przechodzi na następną książkę razem z bohaterami.
Jest to więc początek ryzykowny, miejscami na granicy tego, co były policjant przełknie bez grymasu, z humorem duetu, który raz czy dwa rozbraja grozę odrobinę za wcześnie. Jest to jednocześnie początek, po którym chce się natychmiast sięgnąć po tom drugi, a to jedyny sprawdzian, jaki naprawdę liczy się w serii. Wolnicki nie napisał kryminału o tym, kto zabił. Napisał kryminał o tym, ile kosztuje długo niespłacany rachunek, i o tym, że odsetki od takich rachunków nalicza się zawsze komuś, kto ich nie zaciągał.
Metryczka
Tytuł: Dług
Autor: Wojciech Wolnicki
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2025
ISBN: 978-83-271-6830-6
