Złodziej, który nie zestarzał się razem ze swoją epoką

Bywa, że klasyka wraca do księgarń jak eksponat wyjęty z gabloty — w rękawiczkach, z tabliczką informacyjną, z całym tym nabożnym dystansem, który zwalnia czytelnika z obowiązku przeczytania. Bywa też, że wraca jak dobrze ubrany gość, który wchodzi na salon bez zaproszenia i po kwadransie jest najciekawszą osobą w pomieszczeniu. Arsène Lupin wraca w tym drugim trybie, a Replika zrobiła wszystko, żeby mu tego wejścia nie zepsuć.

Zacznę nietypowo, bo od przedmiotu. Nowa odsłona „Dżentelmena włamywacza” to wydanie, które chce się mieć na półce. Twarda oprawa, poręczny format, zdejmowana banderola z informacją o serialu, a w środku zdjęcia z netflixowego „Lupina”. Ta ostatnia decyzja mogła skończyć się tandetą, skończyła się rozmową dwóch epok prowadzoną na tej samej stronie. Kadry z Omarem Sy nie ilustrują tekstu Maurice’a Leblanca, bo nie mają czego ilustrować. One go komentują. Wydawca nazywa to ekskluzywną odsłoną i tym razem formuła nie jest na wyrost.

Dziewięć opowieści z lat 1905–1907, pisanych do miesięcznika „Je sais tout” na zamówienie wydawcy, który potrzebował francuskiej odpowiedzi na Sherlocka Holmesa. Leblanc dał coś przewrotniejszego niż detektyw. Dał złodzieja, który bywa detektywem, arystokratą i aktorem, a przy tym trzyma się zaskakująco sztywnego kodeksu, bo okrada bogatych i nikczemnych, nie tyka biednych, unika przelewu krwi. Włamanie traktuje jak występ sceniczny, w którym publiczność liczy się tak samo jak łup. Awizuje kradzież listownie na kilka dni przed terminem, po czym dotrzymuje słowa co do godziny. Tom otwiera się od jego aresztowania na pokładzie transatlantyku, pięćset mil od brzegów Francji. I to jeden z najlepszych chwytów w historii literatury popularnej, bo autor ustawia bohatera w pozycji bez wyjścia, a potem wyprowadza go z niej, nie tracąc ani grama wiarygodności.

Osobno warto zatrzymać się przy inspektorze Ganimardzie, bo to postać, którą najłatwiej skrzywdzić pobieżną lekturą. Wpisano go w schemat, który zna każdy, policjant o krok z tyłu, ustawiony po to, żeby błyszczał ktoś inny. Otóż nie. Ganimard robi to, co należy zrobić, sprawdza to, co należy sprawdzić, i wyciąga poprawne wnioski z niepełnych przesłanek. Wszystkie jego posunięcia są słuszne. Wszystkie są też o pół kroku spóźnione, bo gra przeciwko komuś, kogo nie obowiązuje żadna z reguł wiążących jego samego. Przeciwnik wybiera moment, miejsce i okoliczności, przygotowuje się miesiącami, ryzykuje wyłącznie wolnością. Śledczy wchodzi do sprawy, gdy jest już po wszystkim, pracuje na cudzej pamięci, ma nad sobą przełożonych, obok siebie prasę, a pod sobą procedurę, której złamanie kosztuje więcej niż samo niepowodzenie. W opowiadaniu o więziennej odsiadce widać to podręcznikowo. Inspektorzy przeszukują celę zgodnie ze sztuką i właśnie dlatego przegrywają, bo osadzony wkalkulował każdą z tych czynności w plan. Nie ma nic gorszego niż świadomość, że przeciwnik zna twój regulamin lepiej od ciebie.

Leblanc traktuje przy tym policję z sympatią podszytą ironią, nigdy z pogardą. Ganimard dostaje prawo do zmęczenia, uporu i zawodowej dumy, a swoje jedyne prawdziwe zwycięstwo odnosi metodą najmniej efektowną z możliwych: cierpliwością i obserwacją. Ich rozmowa po ucieczce, prowadzona tonem starych znajomych na neutralnym gruncie, mówi o tej relacji więcej niż wszystkie pościgi razem wzięte. Każdy, kto pracował po stronie procedury, rozpozna ten szczególny rodzaj więzi z przeciwnikiem, o którym nie mówi się głośno na odprawie.

Jest tu też rzecz subtelniejsza. Lupin wygrywa nie dlatego, że jest sprytniejszy, tylko dlatego, że rozumie instytucję. Wie, jak długo trwa potwierdzenie tożsamości, co dzieje się z depeszą, zanim trafi na właściwe biurko, i którędy biegnie szczelina między jedną a drugą kompetencją. Nie forsuje drzwi, wchodzi tam, gdzie jeden urzędnik zakłada, że sprawdził to już drugi. Sto dwadzieścia lat później dokładnie tak samo działa większość oszustw, z którymi ma dziś do czynienia policja. Zmieniły się narzędzia, luka została ta sama.

Drugą osią jest tożsamość. Lupin nie ma twarzy, narrator, który podaje się za jego kronikarza, przyznaje, że za każdym razem miał przed sobą kogoś innego. Bohater mówi o tej płynności bez triumfu, raczej z melancholią człowieka, który zbyt długo nosił cudze skóry, żeby pamiętać własną. Rozpoznawalności nie buduje na wizerunku, tylko na sposobie działania. Policjant nazwałby to sprawcą niezidentyfikowanym, ale rozpoznawanym po metodzie zamiast po rysopisie. Dziś powiedzielibyśmy: marka osobista oparta na modus operandi.

I tu dochodzimy do rzeczy, dla której warto mieć akurat to wydanie. Netflixowy „Lupin” nie jest ekranizacją tej książki. Assane Diop nie jest Arsène’em Lupinem, jest jego czytelnikiem, synem senegalskiego imigranta, który dostał od ojca zniszczony egzemplarz opowiadań i zrobił z niego instrukcję obsługi świata, który go nie chciał. Ta zmiana perspektywy obnaża mechanizm działający pod spodem oryginału. Lupin nigdy nie był tylko postacią. Był metodą, zestawem chwytów, którymi ktoś pozbawiony przywileju może obrócić przywilej przeciwko niemu samemu, używając manier, garnituru i cudzych założeń jako narzędzi. Dlatego daje się przenieść do Paryża XXI wieku bez zgrzytu, podczas gdy większość literatury popularnej tamtej epoki nie przetrwałaby takiej operacji.

Lektura po serialu — albo serial po lekturze, kolejność jest zaskakująco obojętna — działa jak eksperyment kontrolny. Widać dokładnie, co jest kostiumem epoki, a co konstrukcją nośną. Kostium to fiakry, radiotelegramy, kolie i normandzkie zameczki na skale. Konstrukcja nośna to inteligencja użyta jako broń, elegancja użyta jako kamuflaż, tożsamość traktowana jak garderoba i głęboko francuskie przekonanie, że prawo i sprawiedliwość to dwie różne rzeczy. Serial potraktował to dynamicznie i z lekkim przymrużeniem oka. Książka pod spodem okazuje się na taką konfrontację zaskakująco odporna.

Warto wiedzieć, na czym polega umowa, którą Leblanc zawiera z czytelnikiem. Lupin nigdy nie przegrywa naprawdę i autor wcale tego nie ukrywa. Napięcie nie polega na pytaniu, czy mu się uda, tylko na tym, jak tym razem to rozegra. To reguła gatunku, nie wada, ta sama, którą przyjmujemy przy Holmesie i przy każdej dobrej opowieści o skoku doskonałym. Kto ją podpisze, dostanie kilka godzin czystej frajdy: przygodę pisaną bez zadęcia, humor, który nie musi być cyniczny, i bohatera, przy którym można kibicować przestępcy bez wyrzutów sumienia. A jeśli ktoś zna Assane’a Diopa i nie zna Arsène’a Lupina, ma przed sobą przyjemność szczególną — spotkanie z pierwowzorem, który po stu dwudziestu latach wciąż zaskakuje w miejscach, gdzie serial dopiero zapowiada zwrot akcji.

Replika dała tej legendzie oprawę, na jaką zasługuje. Reszta należy do Lupina, a on nigdy nie miał problemu z tym, żeby zrobić wrażenie.

Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Replika

Metryczka

Tytuł: Arsène Lupin. Dżentelmen włamywacz
Autor: Maurice Leblanc
Gatunek: klasyka kryminału, opowiadania, literatura przygodowa
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-66790-73-5

Nasza ocena