„Krótka noc, długi krzyk” — Małecki wysadza w powietrze reguły kryminału
Są powieści kryminalne, które po lekturze odkłada się na półkę i bez wahania sięga po następne. I są takie, po których na półkę odkłada się cały gatunek, przynajmniej na jakiś czas, bo wiadomo, że nic, co przyjdzie zaraz po nich, nie będzie miało szans w tym niesprawiedliwym porównaniu. „Krótka noc, długi krzyk” Roberta Małeckiego należy do tej drugiej, elitarnej kategorii. I piszę to z pełną świadomością konsekwencji, bo sam podjąłem po lekturze decyzję, by w najbliższym czasie po kryminał nie sięgać. Po co psuć sobie „efekt Małeckiego”? Wątpię, by znalazł się na podorędziu autor zdolny przebić to, co toruński pisarz zrobił w swojej najnowszej książce.
O Małeckim pisałem na blogu wielokrotnie i nie zawsze bezkrytycznie. Doceniałem dziennikarza Marka Benera z toruńskiej trylogii, mimo fabularnych niedoróbek pierwszych tytułów. Fascynował mnie komisarz Gross i sugestywny klimat Chełmży, choć w „Wadzie” czy „Żałobnicy” wytykałem autorowi swoiste przekombinowanie w rozwiązywaniu skądinąd zajmujących intryg. „Zmora” udowodniła z kolei, że laureat Wielkiego Kalibru i Kryminalnej Piły potrafi po prostu robić swoje. A jednak nic z tego dorobku nie przygotowało mnie na to, co przynosi „Krótka noc, długi krzyk”. To powieść, w której dawne pisarskie grzechy zostają nie tyle odkupione, ile unieważnione.
Na szczególne uznanie zasługuje przyjęta formuła opowieści, rozpięta między dwoma dominującymi czasami fabularno-narracyjnymi, rokiem 1993 i tym, co dzieje się „teraz”, i poprowadzona zaskakująco, wbrew wszelkim przyzwyczajeniom. Rok 1993 to klasyczna, mocna, linearnie ułożona opowieść, a właściwie relacja z prowadzonego śledztwa w sprawie zaginięcia Mateusza Krajewskiego, niedoszłego studenta medycyny, syna toruńskiego wicewojewody. Komisarz Wiesław Świrski i podkomisarz Mirosław Cichoń przemierzają nieoznakowanym Polonezem Toruń czasu transformacji, miasto haraczy, afery węglowej, wypożyczalni kaset wideo i papierosów gaszonych o beton parkingu pod „Kwadratem” na Rubinkowie. Małecki odtwarza tę rzeczywistość z pieczołowitością, która nie jest nostalgicznym zbiorem rekwizytów, lecz pełnokrwistym obrazem epoki, gdy granica między prawem a bezprawiem przebiegała nie między ludźmi, ale w poprzek każdego z nich. I trzeba to powiedzieć uczciwie, metody obu policjantów, ich język, ich stosunek do świadków i kobiet bywają odpychające. Czytelnik przyzwyczajony do współczesnych, etycznie wygładzonych bohaterów może poczuć opór. Tyle że właśnie w tym tkwi siła tej prozy. Małecki nie retuszuje niczego, a realizm, konsekwentna dbałość o obraz rzeczywistości i o psychologiczną prawdę postaci, tych głównych i tych pobocznych, czynią z tej powieści dokument emocjonalny tamtej dekady.
Zupełnie inaczej — narracyjnie, a przede wszystkim emocjonalnie — pracują stanowczo krótsze partie z czasu „teraz”. To proza po części oniryczna, po części spetryfikowana bólem narratora, emerytowanego już i schorowanego Świrskiego, balansującego na granicy szaleństwa, swoistych konwulsji, majaków, omamów i zaburzeń percepcji. Te fragmenty tak totalnie petryfikują czytelnika, że gęsia skórka jest reakcją najłagodniejszą z możliwych, by za chwilę oddać nas z powrotem świetnie poprowadzonej narracji śledztwa, wciągającego, rozwijającego się, z intrygą skrojoną wręcz idealnie. Jeśli miałbym zgłosić jedno zastrzeżenie, dotyczyłoby ono właśnie tej dysproporcji. Partie współczesne bywają tak krótkie, że gdy chwytają za gardło, natychmiast się urywają. Rozumiem ten zamysł kompozycyjny, to czytelnik ma łaknąć, ale odnotowuję go z uczciwością recenzenta, który wolałby w tym mroku zostać dłużej.
To jednak, co jest mistrzostwem tej powieści, przychodzi na końcu. Małecki dokonuje „wysadzenia w powietrze” całej intrygi i historii — wysadzenia dosłownego, na tyle, na ile mogę o tym napisać, nie zdradzając, nie spojlerując i nie psując nikomu lektury, ale przede wszystkim wysadzenia w sensie przenośnym. W powietrze lecą wszystkie nasze spostrzeżenia, domysły i wizje, misternie budowane przez kilkaset stron. Autor okazuje się tu nie tylko mistrzem gatunku, ale swoistym demiurgiem, który od pierwszej strony panował nad światem przedstawionym w sposób, jakiego się nie domyślaliśmy. A jakby tego było mało, pojawia się jeszcze jedna, krótka część z dodatkowego czasu fabularnego — „później” — niosąca ładunek emocjonalny, wobec którego każde recenzenckie zdanie brzmi bezradnie. Tytułowy długi krzyk przestaje być wtedy metaforą.
Jest w tej książce także wymiar, obok którego nie sposób przejść obojętnie, portret starości, choroby i pamięci, która staje się jednocześnie katem i ostatnim azylem. Małecki pisze o tym bez taniego sentymentu i bez okrucieństwa, z czułością, która nie wyklucza prawdy. To literatura, która z kryminalnego rusztowania buduje opowieść o tym, co człowiek jest w stanie unieść, a czego nie udźwignie już nigdy.
„Krótka noc, długi krzyk” to najdojrzalsza, najodważniejsza i najboleśniejsza powieść Roberta Małeckiego. Toruński pisarz nie napisał kolejnego dobrego kryminału. Napisał książkę, po której na jakiś czas nie chce się czytać innych.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Literackiemu.
Metryczka
Tytuł: Krótka noc, długi krzyk
Autor: Robert Małecki
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-08-09371-9
