„Ostatnie cięcie” Andrei Camilleriego — mistrzostwo, którego nie widać
Są pisarze, których kunszt rzuca się w oczy od pierwszej strony — efektowni, wystawni, domagający się podziwu za każdym zdaniem. I są tacy, których mistrzostwo pozostaje nieuchwytne – niby nic się nie dzieje, styl oszczędny, fraza prosta, a jednak każda strona jest soczysta, barwna, autentyczna, a czytelnik nie potrafi wskazać miejsca, w którym został uwiedziony. Andrea Camilleri należał do tej drugiej, rzadszej kategorii. „Ostatnie cięcie”, dwudziesty czwarty tom cyklu o komisarzu Salvo Montalbano, jest tego mistrzostwa dowodem tym bardziej przejmującym, że powstało już wtedy, gdy pisarz — niewidomy — dyktował swoje historie. Nie widział liter, a widział wszystko.
Vigàta tym razem żyje w rytmie nocnych przybić do portu. Na sycylijski brzeg, fala za falą, docierają łodzie z uchodźcami, a komisariat, postawiony w stan permanentnego czuwania, zamienia się w przyczółek zmęczenia, bezradności i — mimo wszystko — zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Camilleri, który nigdy nie ukrywał, po której stronie bije mu serce, nie robi z tego tła publicystyki. Pokazuje dramat migracyjny z kilku punktów widzenia naraz, bo i współczucia, ale i też podejrzliwości, urzędowej gorliwości i wyczerpania ludzi w mundurach, których nikt nie pyta o zdanie. To spojrzenie, czułe, ale nieckliwe, jest jedną z najmocniejszych kart tej powieści i dowodem, że kryminał potrafi mówić o współczesności pełniej niż niejeden traktat.
A przecież to dopiero tło. W centrum staje Elena, właścicielka pracowni krawieckiej, kobieta pięknie i mądrze obecna, do momentu, w którym zostaje brutalnie zamordowana narzędziem własnego fachu. Montalbano, który poznał ją przypadkiem, przymuszony przez narzeczoną Livię do sprawienia sobie nowego garnituru, bierze tę sprawę do siebie bardziej, niż wypada śledczemu. I tu Camilleri rozgrywa rzecz po swojemu, intryga jest życiowo prosta, wręcz uniwersalna w swojej formule. Ktoś zginął, ktoś kłamie, coś się nie zgadza w przeszłości, a jednocześnie poprowadzona tak sprawnie i sprytnie, że książkę czyta się jednym tchem, świetnie się przy tym bawiąc śledczo. Żadnych fajerwerków konstrukcyjnych, żadnej pogoni za oryginalnością na siłę. Tylko rzemiosło tak czyste, że aż niewidzialne i teatralne ucho do dialogu, wyniesione z dziesięcioleci pracy Camilleriego na scenie, dzięki któremu każda rozmowa w komisariacie, każda potyczka słowna z Catarellą, brzmi jak mała, doskonale zagrana scena.
Wracam do Montalbana z przekonaniem, które z każdym tomem tylko się umacnia. To figura literacka będąca w pewnym sensie arcydziełem. Najjaśniejszy punkt na mapie bohaterów literackich, i to wcale nie tylko tych ze świata kryminalnego. Nie będę pierwszy i nie będę oryginalny, ale to nieważne. Salvo jest postacią i łatwą, i trudną; i rozsądną, i chwilami drażliwą; mądrą i zaskakująco niekiedy beztroską. Sarkastyczny i czepliwy, a przy tym wrażliwy, potrafiący wejść w emocje i uczucia drugiego człowieka, także tego, który przypłynął nocą na przeciekającej łodzi i nie zna ani słowa po włosku. Da się go lubić za refleksję i za etyczne podejście do drugiej osoby, nawet wtedy — a może zwłaszcza wtedy — gdy dla dobra sprawy pozwala sobie na drobne śledcze szachrajstwa. Camilleri na jego przykładzie znakomicie pokazuje, jak zmieniamy się z wiekiem we wszystkich sferach życia — zewnętrznego i wewnętrznego. Montalbano z „Ostatniego cięcia” jest starszy, bardziej zmęczony, bardziej filozoficzny niż ten sprzed lat, czas płynie w tych powieściach naprawdę, a nie umownie, i to również stanowi o ich wyjątkowości.
Osobne słowo należy się temu, co u Camilleriego zawsze było siłą równą samemu komisarzowi, ludziom wokół niego. Komisariat w Vigàcie to nie dekoracja, lecz mały teatr ludzkich temperamentów, w którym każdy gra własnym językiem, własnym rytmem, własną filozofią życia. Jest więc Fazio — lojalny, skrupulatny, z tą swoją niemal urzędniczą pasją do ustalania personaliów, a pod nią z głębokim, cichym poczuciem sprawiedliwości i współczuciem, które w tym tomie wybrzmiewa mocniej niż zwykle. To postać tak pełna, że mogłaby unieść własną opowieść. Jest Mimì Augello — lekkoduch i kobieciarz, wieczny kontrapunkt dla Salva, a przecież policjant z instynktem, na którym można polegać. I jest Catarella — chodząca katastrofa językowa, przekręcający nazwiska i komunikaty w słowne supły, z których Camilleri, człowiek teatru, wyczarowuje sceny czystego komizmu, a jednak to właśnie jemu pisarz powierza w tej powieści gest najczulszy, opiekę nad osieroconym kotem, jakby chciał powiedzieć, że wielkie serce nie potrzebuje poprawnej składni. Ten wachlarz zachowań, rejestrów mowy i podejść do życia, od pedanterii po beztroskę, od sarkazmu po prostoduszność, sprawia, że Vigàta oddycha jak żywy organizm. Camilleri potrafi zresztą naszkicować całą biografię postaci w pół akapitu. Ludzie epizodyczni, którzy pojawiają się na kilka stron, zostają w pamięci na długo po lekturze. To dar, którego nie da się podrobić.
I jest wreszcie to, bez czego Vigàty nie ma: jedzenie. Umiejętność smakowania — dosłownego, poprzez potrawy, ich wybór, ocenę, celebrację — idzie tu w parze z umiejętnością smakowania życia. Camilleri robi to tak sugestywnie, że fragmenty kulinarne czyta się ze ślinką na języku, marząc o tym sycylijskim, miejscowym jedzeniu, które dla komisarza jest azylem, medytacją i miarą porządku świata. W powieści, w której tyle jest śmierci i ludzkiej niedoli, te chwile przy stole nie są ozdobnikiem, są odpowiedzią. Życie trzeba smakować, póki trwa.
Czy „Ostatnie cięcie” to tom pozbawiony słabości? Znajdą się głosy, że wątek kryminalny rozkręca się nieśpiesznie, a formuła cyklu jest już dobrze znana. Tyle że u Camilleriego powtarzalność nigdy nie była wadą, była rytuałem, jak powrót do ulubionej trattorii, w której zamawiamy to samo, bo nigdzie indziej nie smakuje tak dobrze.
„Ostatnie cięcie” to Camilleri w pełnej formie: oszczędny i soczysty zarazem, wnikliwy i wrażliwy, a kiedy trzeba — humorystyczny. Mistrzostwo nieustanne, tym ciekawsze, że nieuchwytne: nie sposób go rozłożyć na czynniki pierwsze, a działa za każdym razem. Sztuka, której nie widać jak dobrze skrojony garnitur.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Noir Sur Blanc.
