Göring i jego psychiatra. Kto naprawdę kogo zbadał w Norymberdze?
Łatwiej jest uwierzyć, że najgorsi zbrodniarze w historii byli szaleńcami, bo szaleństwo daje nam wygodny dystans. Trudniej przyjąć, że byli po prostu ludźmi – i że ta myśl, gdy raz się zakorzeni, nie pozwala już spokojnie patrzeć w lustro. „Norymberga. Naziści oczami psychiatry” Jacka El-Hai należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii, a jej tytułowy psychiatra do ludzi, którzy za to spoglądanie w lustro zapłacili najwyższą cenę.
Punktem wyjścia jest moment, który echem powraca w wielu książkach o upadku Trzeciej Rzeszy. Do podupadłego luksemburskiego uzdrowiska Mondorf-les-Bains, zamienionego w obóz śledczy o kryptonimie „Ashcan”, trafia kapitan Douglas M. Kelley, młody kalifornijski psychiatra bez doświadczenia w pracy z przestępcami wojennymi, ale z ambicją większą niż jego stopień wojskowy. Ma czuwać nad psychiczną kondycją najwyższych dygnitarzy nazistowskich oczekujących na proces. Szybko jednak z lekarza zamienia się w badacza, a z badacza, w kogoś, kto nie potrafi już odróżnić swojej fascynacji od swojej metody. Jego najważniejszym, najbardziej wymagającym i najbardziej uwodzącym „pacjentem” staje się Hermann Göring, marszałek Rzeszy, kolekcjoner klejnotów i morfinista, człowiek, który w celi bez poduszki odzyskuje dawną pewność siebie szybciej, niż ktokolwiek się tego spodziewał.
El-Hai prowadzi tę relację z chirurgiczną precyzją reportera i wyczuciem dramaturga, nie domykając żadnej z postaw moralnych na siłę. Książka nie oferuje prostej binarności. Nie ma tu jednoznacznie dobrego naukowca i jednoznacznie złego zbrodniarza, jest gra, w której role władzy nad narracją zamieniają się częściej, niż chciałby to przyznać sam Kelley. Psychiatra wierzy, że obiektywnie bada „nazistowski umysł”, a w rzeczywistości sam zostaje przedmiotem subtelnej manipulacji człowieka, który całe życie budował karierę na czytaniu ludzi szybciej, niż oni czytali jego.
Ale „Norymberga” byłaby zaledwie połowiczną książką, gdyby zatrzymała się na celach Ashcan. El-Hai poświęca równie wiele uwagi temu, kim Kelley był poza więzieniem, i to właśnie tam kryje się najboleśniejsza część tej opowieści. Wyrósł w kalifornijskim klanie McGlashanów, rodzie kolekcjonerów, budowniczych i ludzi, dla których sukces był obowiązkiem, a nie wyborem. Matka, ambitna i sfrustrowana własnym życiem, nauczyła go nigdy nie czuć się usatysfakcjonowanym tym, co już ma. Ojciec, skromny dentysta, pozostał dla niego kimś nieosiągalnym emocjonalnie. Z tego połączenia wyrósł człowiek, który w domu przy Highgate Road w Kalifornii prowadził drugie życie, równie teatralne jak to norymberskie, tylko że widownią byli już nie zbrodniarze wojenni, a własna żona i dzieci.
Kelley uwielbiał być w centrum uwagi. Parał się magią, prowadził telewizyjne programy o kryminologii, gotował fantazyjne dania dla gości, demonstrował sztuczki karciane studentom. Ale ta sama potrzeba dominacji, którą tropił u norymberskich więźniów, odbijała się w jego własnym domu w postaci wybuchów wściekłości, alkoholowych wieczorów przed telewizorem i eksperymentów pedagogicznych na najstarszym synu, którego ojciec wychowywał metodą testów IQ, treningów pamięci i ćwiczeń obserwacyjnych, jakby chłopiec miał zastąpić mu Göringa, Hessa i Rosenberga jako kolejny obiekt do rozszyfrowania. Małżeństwo z Dukie, silną kobietą z Południa, było pełne czułości i równie pełne kryzysów, których apogeum stał się incydent z bronią, strzał, który padł w stronę żony, a którego śmiercionośny skutek powstrzymał tylko ułamek sekundy i niewielkie opuszczenie lufy. Kula utkwiła w podłodze u jej stóp, a ślad po niej Dukie przykryła potem chodnikiem, jakby samo zasłonięcie dziury mogło zasłonić też to, co się naprawdę wydarzyło. Dzieci żyły w cieniu jego nieprzewidywalności, ale i w cieniu jego niezwykłej erudycji, mieszanki, która, jak zauważa El-Hai, dawała im zarazem przekleństwo i przywilej.
To napięcie między publicznym wizerunkiem racjonalnego eksperta a prywatną niemożnością poradzenia sobie z własnymi demonami jest tym, co najmocniej różni tę książkę od wielu innych opowieści o „badaniu zła”. Kelley, który całe życie przekonywał Amerykę, że zbrodniarze wojenni nie różnią się szczególnie od zwykłych ludzi sukcesu zza biurka, nigdy nie zadał sobie pytania, czy ta diagnoza nie dotyczy też jego samego. Każdy wnikliwy czytelnik recenzowanej książki zauważy, że najbardziej przekonujący dowód tezy Kelleya o banalności i powszechności zła znajduje się nie w protokołach z cel norymberskich, lecz w jego własnym życiorysie. Inni dopatrywali się w tej historii echa znacznie późniejszych ustaleń o bezdusznej, biurokratycznej przeciętności sprawców Holokaustu, jakby psychiatra, sam nieświadomie, antycypował wnioski, które miały zostać sformułowane dopiero przy okazji procesów kolejnej dekady.
Najboleśniejszym, choć przewidywalnym z perspektywy czasu, zwieńczeniem tej historii jest sposób, w jaki zakończyło się życie samego Kelleya. Wgeście, który zbyt wielu komentatorów określało jako zwykłą ciekawostkę biograficzną, a który El-Hai czyta jako świadomy, makabryczny cytat z gestu Göringa. Trudno o bardziej dosłowną ilustrację tezy, że bliskość z najgorszym możliwym złem nie pozostaje bez konsekwencji nawet dla tych, którzy mieli je tylko zrozumieć, nie powtórzyć.
Warto przy tym wspomnieć, że historia Kelleya i Göringa zyskała niedawno hollywoodzką ekranizację. Widowisko skonstruowane ze sporym wyczuciem aktorskim i sceną po scenie wciągające widza w tę „grę relacji i emocji” między osobowym wcieleniem Zła Ostatecznego Rozwiązania a młodym naukowcem przekonanym, że jest w stanie dotknąć istoty tego zła. Tyle że film, koncentrując uwagę na samym pojedynku dwóch charyzmatycznych osobowości, zatrzymuje się w punkcie, w którym fascynacja zaczyna przypominać uzależnienie, a role dominacji niespodziewanie się odwracają i na tym kończy swoją opowieść o odkryciu, że najgorsze rzeczy robią zwykli ludzie, że każdy z nas potencjalnie nosi w sobie zbrodniarza. Książka El-Hai idzie znacznie dalej. Nie zatrzymuje się na relacji zbrodniarz–badacz, ale przedłuża portret Göringa portretem Kelleya, kogoś, kto za próbę zrozumienia źródeł ludzkiego zła, a potem za dramatyczne próby wykrzyczenia tej prawdy światu, by zapobiec powtórce Ostatecznego Rozwiązania, zapłacił ostateczną cenę – życiem spędzonym w samotności mimo posiadanej rodziny, w cichym szaleństwie mimo niezwykłej dociekliwości i wrażliwości, które okazały się zbyt rozległe i zbyt mocno „spalone” kontaktem z ludźmi z Norymbergi.
To książka, która nie szuka łatwego rozgrzeszenia ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelnika. Jest reportażem historycznym, biografią i studium psychologicznym naraz, a jednocześnie czymś więcej, jest ostrzeżeniem napisanym z dystansu dziesięcioleci, że granica między badaczem zła i jego współuczestnikiem bywa cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć, i że ci, którzy najgłębiej zaglądają w ciemność, czasem nie wracają z tej podróży bez szwanku.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Czarne.
