„Nie ma głupich” Harlana Cobena — kiedy zbrodnia jest tylko pretekstem, by poznać człowieka
Sami Kierce, zdegradowany detektyw, prowadzący teraz nieformalne śledztwa i wieczorowy kurs dla amatorów kryminalistyki, jest bohaterem skonstruowanym wokół jednej, dojmującej rany. Oto dwadzieścia dwa lata wcześniej, podczas studenckiej wędrówki przez Hiszpanię, obudził się we krwi obok martwej dziewczyny, której — jak twierdzi jego pamięć — nie zabił. Ta scena, rozegrana w pierwszych stronach powieści z niemal filmową precyzją, jest znakiem rozpoznawczym całej książki. Coben nie boi się postawić czytelnika twarzą w twarz z obrazem, który będzie musiał nosić przez kolejne czterysta stron, nie domykając go ani na chwilę. Kiedy ta sama twarz, niezestarzała, niewytłumaczalna, pojawia się w tylnym rzędzie klasy Kierce’a, powieść rusza z miejsca z energią. To rzemiosło na najwyższym poziomie. Trzyosiowa konstrukcja czasowa, w której odległa przeszłość hiszpańska, bliższa przeszłość nowojorska (zamordowana narzeczona, skazany, który właśnie wychodzi z więzienia na podstawie wzruszonej procedury) i teraźniejszość splatają się bez najmniejszego zgrzytu chronologicznego. Mało który autor gatunku potrafi żonglować trzema oddzielnymi liniami czasu tak, by czytelnik nigdy się nie zgubił, a jednocześnie nigdy nie poczuł się prowadzony za rękę.
Tajemnica samego Kierce’a — kim był, co zrobił, dlaczego pamięć go zawodzi akurat w newralgicznym momencie — jest budowana z chirurgiczną wstrzemięźliwością. Coben odsłania go w dawkach tak starannie wymierzonych, że czytelnik do ostatnich stron nie jest pewny, ile racji ma własna intuicja. To rzadka umiejętność, uczynić z protagonisty zagadkę bez popadania w narracyjne sztuczki czy nieuczciwe zawieszanie informacji.
Wokół tej centralnej niewiadomej autor rozpisuje galerię postaci, która jest może największym osiągnięciem książki. Żona Kierce’a i ich małe dziecko dają bohaterowi coś, czego wcześniejsze wcielenia tego typu bohatera w twórczości Cobena nie miały, czyli emocjonalny grunt, prawdziwą czułość, ryzyko utraty, które nie jest abstrakcją, lecz codziennością domu. To właśnie ta relacja, intymna i bez cienia fałszu, czyni z Kierce’a postać dojrzalszą niż jego literacki krewniak z poprzednich cykli autora, choć rodzinne podobieństwo (zawodowe, charakterologiczne, nawet w typie poczucia humoru) jest na tyle wyraźne, że ktoś, kto znał wcześniejsze książki Cobena, momentami będzie miał wrażenie déjà vu. Z drugiej strony grupa amatorskich „śledczych” z kursu Kierce’a, emerytowane miłośniczki true crime, młode influencerki nagrywające podcast, fanatyk archiwalnej zbrodni rodzinnej, tajemniczy spadkobierca w wyprasowanej koszulce polo, to ansambl skonstruowany z humorem i wyczuciem, który ożywia śledztwo pozapolicyjne, nadając mu realizm i lekkość zarazem. To zresztą jeden z paradoksów tej książki, drugoplanowi bohaterowie bywają tak barwni, że niektórzy czytelnicy za granicą domagali się dla nich więcej miejsca, więcej głębi niż samo zaangażowanie w fabularne zadania, które im autor wyznacza, wrażenie, że służą głównie jako sprawni pomocnicy, a nie w pełni wybrzmiałe osobowości, gdzieś w środkowych partiach książki rzeczywiście się pojawia, choć nie na tyle, by zburzyć przyjemność lektury.
Drugi biegun powieści to rodzina zaginionej przed ćwierć wiekiem dziedziczki fortuny, której nieobecność, odkryta z absurdalnym, mrożącym krew opóźnieniem, obnaża coś znacznie bardziej niepokojącego niż samo zniknięcie nastolatki, emocjonalną nieobecność bogactwa, rodzinę, w której nikt nie zauważa pustego miejsca przy stole, bo zbyt zajęty jest własną wersją historii. Coben rozgrywa ten wątek z wyczuwalną etyczną intencją, to nie jest tylko zagadka kryminalna, to studium tego, jak przywilej i pieniądz mogą znieczulić na zwyczajną ludzką troskę, i jak łatwo zamienić zaginięcie w temat plotek, zamiast w alarm. Rodzinny dramat Belmondów, prowadzony równolegle do osobistej obsesji Kierce’a, jest jednym z tych wątków, w których autor najwyraźniej pokazuje, że interesuje go nie tylko mechanika zbrodni, ale jej koszt emocjonalny rozłożony na pokolenia.
Intryga, gdy już się rozkręca, dokonuje zwrotów z taką częstotliwością i takim wyczuciem timingu, że rzadko komu udaje się przewidzieć te kluczowe momenty. To pochwała rzadko spotykana wobec thrillera, który operuje aż dwoma równoległymi śledztwami naraz. Cena za to tempo bywa jednak odczuwalna. Środkowe partie książki, mimo całej energii wątku rodzinnego, momentami zwalniają, jakby autor musiał złapać oddech przed ostatnim sprintem, a kilka zwrotów fabularnych opiera się na zbiegach okoliczności, które trzeba przyjąć z odpowiednią dozą wiary w literacką umowność. Nie jest to też powieść bez potknięć tonalnych, pojawia się w niej epizodyczna, nieco zgrzytliwa nutka pokoleniowego komentarza społecznego, która chwilami wybija z rytmu czystej, sprawnej rozrywki, jaką książka skądinąd oferuje.
Finał, bez zdradzania szczegółów, jest jednym z tych zakończeń, które dzielą czytelników. Jedni odczytają je jako satysfakcjonującą konsekwencję wszystkiego, co wcześniej zasiał autor, inni jako rozwiązanie zbyt wygodne dla tych, którzy wierzą w bezwzględną sprawiedliwość fabularną. Niezależnie od tego, gdzie kto stanie w tym sporze, trudno odmówić Cobenowi rzemieślniczej dyscypliny. Każda scena ma kąt kamery, każdy rozdział kończy się tam, gdzie powinien, a całość czyta się jak gotowy, jeszcze nieskręcony serial, co, biorąc pod uwagę dotychczasowe adaptacyjne szczęście autora, nie jest bynajmniej przypadkiem.
„Nie ma głupich” to książka, która broni swojego tytułu lepiej niż większość thrillerów broni swoich twistów: nikogo tu nie traktuje się z góry, ani bohaterów, ani czytelnika, a to w gatunku, który tak często idzie na łatwiznę, jest komplementem wcale niemałym.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Albatros.
