Przemysław Żarski „Ferment” — recenzja. Sosnowiec, punk i nierozliczona przeszłość

Są kryminały, które rozwiązują zagadkę i kłaniają się do wyjścia. I są takie, które po zamknięciu ostatniej strony zostają — jako dźwięk, jako niepokój, jako pytanie zawieszone w powietrzu pokoju, w którym czytałeś. „Ferment” Przemysława Żarskiego należy do tej drugiej grupy, choć przez lwią część lektury możesz nie mieć co do tego pewności. I właśnie w tym tkwi jego najgłębsza siła.

Żarski nie jest debiutantem, który dopiero szuka swojego głosu. Jest autorem z rozpoznawalnym warsztatem, który w „Fermencie” — pierwszym tomie nowej serii z podkomisarz Laurą Halber, a zarazem pierwszej jego książce wydanej przez Wydawnictwo Literackie — postanowił postawić sobie poprzeczkę wyżej niż wcześniej. Nie wystarczy mu opowiedzieć, kto zabił. On chce opowiedzieć, dlaczego wszystko musiało się skończyć właśnie tak — i dlaczego nie mogło skończyć się inaczej.

Fabuła toczy się na dwóch osiach czasowych. Rok 1997 i rok 2024. Sosnowiec — wtedy duszny, pyłem węglowym nasiąknięty, buzujący młodzieńczym buntem, który nie miał gdzie się podziać. I Sosnowiec dzisiaj: spokojniejszy z wierzchu, ale nierozliczony z przeszłością, która kiełkuje pod asfaltem niczym korzeń zbyt głęboko wbity, żeby go wyrwać. Punkt styku tych dwóch światów wyznacza makabryczne znalezisko — ludzkie kości odkryte podczas wyburzania starego fińskiego domku. Kości, które przeleżały tam wystarczająco długo, żeby stać się historią. Kości, które mimo to — a może właśnie dlatego — domagają się prawdy.

Sprawę przejmuje Laura Halber. I tu zaczyna się prawdziwa rozmowa tej powieści.

Żarski buduje swoją bohaterkę z precyzją, której nie da się nie docenić. Laura nie jest ani twardą, zimną funkcjonariuszką bez życia wewnętrznego, ani postacią nadmiernie zanurzoną w swoich traumach — choć traum jej nie brakuje. Jest kimś, kto nosi swoje blizny, ale nie pozwala im definiować służby. Poddana próbie, skonfrontowana z materią sprawy, która dotyka ją osobiście w sposób, jakiego nie mogła przewidzieć, nie traci twarzy policjanta. To rzadka i cenna rzecz w polskiej prozie kryminalnej: bohaterka, która jest wiarygodna etycznie nie dlatego, że jest bez skazy, ale dlatego, że jej zasady są silniejsze niż okoliczności. Komendant Szkoły Policji w Pile, przyznając „Fermentowi” wyróżnienie w ramach nagrody dla najlepszej polskiej miejskiej powieści kryminalnej, podkreślił właśnie tę dojrzałość w ukazaniu służby — i trudno się z tą oceną nie zgodzić.

Ale „Ferment” to nie tylko powieść policyjna. To — jak sugeruje sam tytuł — opowieść o procesie. O tym, co się dzieje, gdy czegoś nie pogrzebiesz do końca. Gdy zamiast rozliczyć się z przeszłością, przykryjesz ją kolejnymi warstwami dnia codziennego, przekonując siebie, że czas robi to, czego ty nie potrafiłeś — zaciera, leczy, odpuszcza. Żarski odpowiada na tę wiarę brutalnie i bez sentymentu: czas nie zaciera. Fermentuje.

Pierwszoplanowym środowiskiem, w którym rozgrywa się ta fermentacja, jest subkultura punkowa lat dziewięćdziesiątych. To wybór odważny i precyzyjny zarazem. Punk — ze swoim ładunkiem buntu bez programu, krzykiem, który nie szukał odpowiedzi, tylko chciał być usłyszany — staje się tu nie tłem, lecz narzędziem rozumienia. Żarski czuje ten świat od środka: nie folkloryzuje go, nie egzotyzuje, nie upraszcza do kilku ikonicznych gestów. Pokazuje go jako przestrzeń, w której kształtuje się tożsamość — albo raczej: w której tożsamość się kruszy i skleja z powrotem, niekiedy w formach, których nie da się przewidzieć. Jeśli szukałeś w polskim kryminale autora, który potrafi opowiedzieć lata dziewięćdziesiąte bez nostalgii i bez resentymentu — są tu, razem w jednym zdaniu.

Śląsk Żarskiego zasługuje na osobne słowo. Sosnowiec nie jest w tej powieści tekturową dekoracją, pieszczotliwie nazwaną „klimatem”. Jest — żeby użyć słowa z laudacji — żywą, pulsującą tkanką. Ulice, które pamiętają, ludzie, których tu ukształtowały bloki i hałdy, relacje rodzinne przetkane milczeniami grubszymi niż słowa. Żarski rozumie rytm tego miasta. Potrafi opisać jego przestrzeń tak, żeby czytelnik spoza Śląska poczuł jej ciężar, a czytelnik ze Śląska — rozpoznał własne podwórko w czymś, co nie jest ani widokówką, ani oskarżeniem.

To rzadkie. Zbyt wielu autorów traktuje przestrzeń jak kostium. U Żarskiego kostium żyje.

Konstrukcja powieści — dwie linie czasowe, niespiesznie splatające się w jeden węzeł — może początkowo wywoływać pewien niedosyt. Bywa tak, że kryminalna intryga pozornie ustępuje pola obrazom młodości, subkultury, relacji między rówieśnikami, którzy wówczas nie wiedzieli jeszcze, jak wiele od ich wyborów zależy. Ale właśnie tam, gdzie cierpliwość jest wymagana, powieść zbiera swoje plony. Żarski nie pospiesza się, bo wie, że fermentacja wymaga czasu. Gdy tytułowe pytanie „dlaczego?” w końcu uzyskuje odpowiedź, odpowiedź ta jest zaskakująca — i jednocześnie jedyna możliwa. Trudno nie poczuć, że czytałeś tę książkę właśnie po to.

Laura Halber odkrywa prawdę, która ją boli. Odkrywa ją jako policjantka, nie jako ofiara. I może właśnie dlatego — bo nie pozwala sobie na rozpad — ta prawda jest możliwa do zniesienia. Dla czytelnika niekoniecznie.

„Ferment” to powieść o pamięci, winie i cenie milczenia. O tym, że bunt bez konsekwencji nie istnieje, i że konsekwencje nie zawsze przychodzą wtedy, kiedy na nie czekamy — często przychodzą wtedy, gdy już przestaliśmy. Żarski napisał książkę, która jest kryminałem w tym samym sensie, w jakim jest opowieścią obyczajową, społeczną i etyczną — bo w jego rozumieniu te kategorie nie kłócą się ze sobą. Wprost przeciwnie: ich splot jest warunkiem prawdy.

To jeden z tych kryminałów, po których odkłada się książkę i przez chwilę siedzi się nieruchomo. Nie ze zdumienia nad intrygą — choć intryga trzyma. Ze świadomości, że opowieść dotknęła czegoś, co nie miało nazwy, dopóki Żarski jej nie nadał.

Powieść wyróżniona przez Komendanta Szkoły Policji w Pile w ramach Nagrody dla Najlepszej Polskiej Miejskiej Powieści Kryminalnej roku 2025.