Najbardziej niepokojący kryminał ostatnich lat? „Drzewa” Percivala Everetta

Są książki, które spełniają oczekiwania czytelnika. Są też takie, które je w sposób przemyślany i inteligentny sabotują. Powieść „Drzewa” należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To kryminał – ale tylko na pierwszy rzut oka. Thriller – lecz chwilami bardziej przypomina groteskę. Powieść polityczna – choć jednocześnie jest też czymś w rodzaju baśniowego moralitetu o pamięci, winie i zemście.

Największą siłą tej książki jest bowiem jej nieprzewidywalność. Everett bierze dobrze znany schemat literatury kryminalnej – serię tajemniczych morderstw, policyjne dochodzenie, rosnące napięcie – po czym zaczyna nim igrać. Kryminalna intryga zostaje tu potraktowana przewrotnie i z mistrzowską pewnością ręki, jako rama dla czegoś znacznie bardziej niepokojącego.

Punktem wyjścia jest seria makabrycznych zbrodni w miasteczku Money w stanie Missisipi. Przy ciałach zamordowanych białych mieszkańców pojawia się zawsze druga ofiara – ciało czarnoskórego mężczyzny, które następnie w niewytłumaczalny sposób znika. Tak skonstruowany punkt wyjścia brzmi jak początek rasowego thrillera, lecz Everett bardzo szybko zaczyna podważać reguły gatunku. Kryminalna zagadka staje się tylko pretekstem do opowieści o historii przemocy i o tym, jak przeszłość potrafi wracać w najbardziej nieoczekiwany sposób. 

To właśnie w tej przewrotności kryje się najciekawszy literacki gest autora. Kryminał – gatunek oparty na logice, dedukcji i przywracaniu porządku – zostaje skonfrontowany z historią, która żadnego porządku nie zna. W tym sensie śledztwo prowadzone przez bohaterów nie dotyczy wyłącznie morderstw. Dotyczy raczej tego, czy wobec historycznej przemocy możliwe jest jakiekolwiek poczucie sprawiedliwości.

Everett nie opowiada jednak tej historii w tonie ciężkiego moralitetu. Przeciwnie – książka zaskakuje niemal od pierwszych stron swoją energią i humorem. Ta powieść jest momentami tak śmieszna, że nie pozwala zdławić śmiech, nawet jeśli nawet momentami wydaje się być… absurdalna. Ten humor ma jednak bardzo szczególną naturę. Jest jednocześnie komiczny i niewygodny. Czytelnik śmieje się, a zaraz potem uświadamia sobie, że śmieje się z czegoś, co wcale nie jest zabawne. Everett mistrzowsko balansuje między groteską a grozą, między farsą a moralnym niepokojem. W efekcie powstaje osobliwa mieszanka czarnej komedii, policyjnej opowieści i niemal mrocznej historii o duchach.

Wielu krytyków określa konstrukcję tej książki jako połączenie powieści detektywistycznej, horroru i satyry, które razem tworzą niezwykle ostre spojrzenie na historię rasizmu w Stanach Zjednoczonych. W tej literackiej układance nic nie jest jednak oczywiste. Humor potrafi tu nagle przejść w makabrę, a groteska – w ton niemal elegijny. Właśnie w tym miejscu pojawia się także element, który można nazwać – nieco prowokacyjnie – baśniowym (taki rzekłbym wprost z oryginalnych tekstów braci Grimm). Everett pozwala bowiem historii wkroczyć w przestrzeń niemal metafizyczną. Przeszłość nie jest tu tylko tematem opowieści. Ona wraca – dosłownie. Powraca w ciałach, w pamięci, w powtarzających się scenach przemocy.

Ten motyw sprawia, że „Drzewa” zaczynają przypominać mroczną przypowieść. Jakby autor chciał zasugerować, że istnieją zbrodnie, które nie poddają się logice kryminału. Nie można ich zamknąć w akcie oskarżenia ani wyjaśnić w finale śledztwa. One trwają – w pamięci społecznej, w historii i w języku.

W tym sensie Everett dokonuje czegoś niezwykle rzadkiego: wykorzystuje popularny gatunek, by opowiedzieć historię, która nie daje się łatwo uporządkować. Kryminał zamienia się tu w narzędzie literackiego eksperymentu. Śledztwo prowadzi nie tylko bohaterów, lecz również czytelnika – ku pytaniu o granice sprawiedliwości. A jednocześnie, paradoksalnie, pozostaje to powieść niezwykle wciągająca. Narracja jest szybka, dialogi błyskotliwe, a kolejne sceny budują napięcie niemal z thrillerową precyzją . Everett doskonale wie, że literatura może być jednocześnie poważna i zabawna, groteskowa i przejmująca.

„Drzewa” okazuje się więc książką, która zaskakuje w każdym wymiarze – i robi to na wielki plus. To kryminał, który nie chce być tylko kryminałem. Powieść o historii, która nie daje o sobie zapomnieć. I literacki dowód na to, że czasem najbardziej przenikliwa opowieść o przemocy może przybrać formę czarnej komedii.

Bo w świecie Everetta śmiech i groza nie stoją po przeciwnych stronach. One rosną na tych samych drzewach.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Marginesy