Recenzja powieści Simona Becketta „Rany kamieni”
Autor: Simon Beckett
Tytuł: Rany kamieni
Tłumaczenie: Radosław Januszewski
Wydawca: Wydawnictwo Amber
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-241-4854-7
Liczba stron: 334
Simon Beckett to londyński dziennikarz, szerokiej publiczności na całym świecie znany jest jako autor świetnego kryminalnego cyklu powieściowego z Davidem Hunterem, antropologiem sądowym, w roli głównej. Po kolejnych czterech tomach znakomitych thrillerów, na nową książkę czekaliśmy dwa lata.
Nowy tytuł – „Rany kamieni”, abstrahując od treści powieści, nie zaskakuje, jest bowiem w pewnej mierze beckettowski, choć jednocześnie już na tym poziomie zapowiada pisarską zmianę. Ci, którzy znają wcześniejszą twórczość pisarza, pamiętają je bardzo dobrze. Przypomnijmy: „Chemia śmierci”, „Szepty zmarłych”, „Wołanie grobu”, „Zapisane w kościach”. W pierwszej kolejności widoczna jest metaforyczność tytułów. Podobnie ma się rzecz z nową powieścią. Po raz kolejny mamy do czynienia z zestawieniem dwóch słów – „Rany kamieni”. I znów jest to personifikacja, choć także zmiana. Wcześniej motywem wiodącym tytułów była tematyka „mortis”. Tym razem brak jej w sposób widoczny, choć „kamień” wraz ze swoimi właściwościami bliski jest naturze martwej, nieożywionej. I tak jak z tytułem ostatniej powieści, który jest prawie taki sam jak poprzednie, a jednak inny, podobnie dzieje się z fabułą i narracją, która jest zwłaszcza w części początkowej tak bardzo zbieżna z poprzednimi powieściami, a jednak całościowo wyraźnie inna, dla Simona Becketta nowa.
„Rany kamieni” rozpoczynają się intrygująco i rzekłbym bardzo mocno. Intrygująco, albowiem główny bohater, o którym nie wiemy dosłownie nic, podszyty strachem i lękiem, ucieka przed nieokreślonym zagrożeniem, które dosłownie symbolizują mundury policyjne, ale też i inni, którzy prawdopodobnie mogą go ścigać. Ucieka, więc wydaje się być ofiarą, ale jednocześnie wyciera krwawe ślady w użytkowanym samochodzie, może więc być równie dobrze sprawcą jakiejś zbrodni. Kim jest naprawdę, nie wiemy, ale wyraźnie i intensywnie odczuwamy lęk i strach przed jakimś nieokreślonym zagrożeniem. Jednak pisarskie oblicze autora „Szeptów zmarłych””, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni z poprzednich książek, w początkowej części omawianej powieści odczuwalne jest nader wyraziście i odczuwalnie. Są to niewątpliwie najlepsze strony „Ran kamieni”. Mistrzowsko poprowadzone w sferze językowego realizowania przestrzeni narracyjnej. Wątpię, że znajdą się tacy czytelnicy, którzy nie odczują w sposób bezpośredni lęku, w jakim tkwi główny bohater. Napięcie sytuacji egzystencjalnej, która ma być udziałem czytelniczego odbioru, pisarz realizuje głównie poprzez użycie krótkich, urywanych zdań, nacechowanych organoleptycznie i plastycznie przymiotników. Apogeum literackiego mistrzostwa autor „Szeptów zmarłych” osiąga w scenach nieszczęśliwego wypadku głównego bohatera, który wpada w sidła kłusownicze założone w lesie, oraz scenach „powrotu” do rzeczywistości po wspomnianym wypadku. Prowadzenie narracji w pierwszej osobie jest celowym zabiegiem literackim wzmacniającym zastosowaną scenerię fabularną i formę językową. Opowieść na tych kartach książki nabiera rumieńców, całkowicie wyłącza czytelnika z jego aktualnej rzeczywistości, przenosząc w czas i miejsce świata przedstawionego. Nie tylko, że chłoniemy treść powieściowych wydarzeń, ale wręcz stajemy się głównym bohaterem. Zaczynamy doświadczać bezpośrednio i wprost bólu, osamotnienia, strachu, beznadziei. I nie jest to tylko wrażenie – po prostu stajemy w przedsionku śmierci. Nie wątpię, do tego miejsca pierwszych trzydziestu stron bezdyskusyjnie nie odłożycie tej książki, nie przerwiecie jej lektury. Pisarstwo Becketta, podawane w takiej właśnie formie, stanowiącej kontynuację powieści z Davidem Hunterem, jest jak narkotyk. W dalszej części lektury jest jednak już inaczej, niestety wysoki poziom czytelniczego napięcia spada i nie lepiej jest też z fabularną zagadką.
Wirtuozowsko poprowadzona narracja pierwszych stron powieści i kreacja postaci głównego bohatera oraz scenerii powieściowej nie jest utrzymana w tym samym zakresie jakościowym przez wszystkie kolejne sceny omawianej książki. „Rany kamieni” są jednak z pewnością powieścią udaną, choć tym razem Beckett jest mało oryginalny. W pierwszej kolejności mam na myśli nie nowy pomysł na intrygę kryminalną, w której główny bohater zostaje niejako uwięziony w zamkniętej przestrzeni żyjącej swoimi prawami, zasadami, niejako samowystarczalnej. Przestrzeni zdarzeń, która jednocześnie jest uwikłana w tajemnice przeszłości i jak to u Becketta, możemy się domyślać, ciemnej, naznaczonej piętnem zbrodni. Choć nie tylko, ale w tym miejscu trzeba zamilknąć, by nie zdradzać szczegółów fabuły. Obszar farmy, zamieszkałej przez apodyktycznego ojca i jego dwie córki, o różnych charakterach i przeszłości, w tym jedną obdarzoną już synem, to świat, który ukrywa tajemnicę, coś nieodgadnionego, a równocześnie złowieszczego. W tym wszystkim wyczuwalne jest jeszcze napięcie erotyczne, tak naturalne dla relacji męskich i żeńskich światów, ale i sztucznie napędzane przez bohaterów oraz mające obraz zdegradowany i nieznacznie wynaturzony siłami młodej natury. Sama zaś fabuła nie nosi już charakteru intrygi kryminalnej, lecz bardziej ukrywa w sobie pewien rodzaj zagadki egzystencjalnej, czysto ludzkiej, w której idzie o fundamentalne odpowiedzi na temat sensu i celu życia. Tym samym powieść „Rany kamieni” jawi się gatunkowo bliżej thrillera niż kryminału. Choć intryga kryminalna prowadzona jest dwutorowo i wydawać mogłoby się, że to wystarczający materiał na porządny kryminał, to bardziej jednak autor narracyjnie kładzie nacisk na tajemniczość o charakterze bardziej psychologiczno-obyczajowym. Wątek londyński historii głównego bohatera to zadziwiający zespół strzępków informacji, dozowanych, co jakiś czas czytelnikom i rzucających powoli światło na tajemnice jego przeszłości. Nie jest on szczególnie bogaty i muszę niestety to powiedzieć, wątek ten nie jest też wyjątkowo interesujący czy intrygujący. Moim zdaniem zbyt silne są motywy obyczajowe, które nie do końca odgrywają rolę dla fabularnej układanki. Niezbyt przekonujący jest też powód, dla którego główny bohater uciekać musi z Londynu, stając się z ofiary przestępcą. Z pewnością ciekawszy i bogatszy jest wątek rodzinnych tajemnic, ukrywających się na francuskiej farmie, pełnej artefaktów przeszłości mrocznej i niedopowiedzianej. Finał książki, pomimo wcześniejszego wyraźnego uspokojenia narracyjnej opowieści i obniżenia poziomu zagadkowości, dość mocno zaskakuje i podnosi ponownie poziom czytelniczej adrenaliny.
„Rany kamieni” są powieścią, w której po lekturze pamiętać będziemy właśnie sceny inicjujące i finalną. To, co najlepsze w pisarstwie Becketta, właśnie ukrywa się w przysłowiowej klamrze kompozycyjnej, działającej na czytelnika niczym imadło. Fabuła jako całość trochę rozczarowuje, lecz książkę czyta się na tyle szybko i zajmująco, że mocny początek i nie mniejsze napięciem zakończenie wyzwalają dużą satysfakcję czytelniczą. Naszą uwagę zwracają też udanie wykreowane postacie literackiej, o ciekawych cechach charakterologicznych i jeszcze bardziej interesujących relacjach, w których czai się i zło, i nadzieja, i mroki przeszłości, i światło przyszłości.
„Rany kamieni” udowadniają, że ich autor nadal jest mistrzem narracji, zwłaszcza tej angażującej emocjonalnie czytelnika. Nie gorzej radzi sobie także z psychologiczną scenerią fabuły. Mam jednak wrażenie, że Becketta stać na więcej, zwłaszcza w sferze skomplikowania i wzbogacenia intrygi kryminalnej. I niekoniecznie literacki pomysł spod znaku Davida Huntera wyczerpał się na tyle, by go nie kontynuować.
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB oraz książka czytana w ramach Kryminalnego Wyzwania

