Recenzja: Izabela Żukowska „Teufel”
Autor: Izabela Żukowska
Tytuł: Teufel
Wydawca: Wydawnictwo Oficynka
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-6430-715-7
Liczba stron: 296
„Teufel” Izabeli Żukowskiej to rzecz wydawnicza nie do końca nowa. Powieść miała bowiem swoją premierę w roku 2010 i przeszła bez większego echa, za co – mam wrażenie – trzeba winić ówczesnego wydawcę. Teraz seria książek kryminalnych z komisarzem Franzem Thiedtke wraca dzięki ważnemu dla polskiej literatury kryminalnej wydawnictwu „Oficynka”. I chwała za to wydawnictwu, bo nie pozwala zapomnieć o dobrych lekturach dla miłośników gatunku.
W pierwszej kolejności jednak ukłony dla autorki, z wykształcenia muzykolog, z zawodu dziennikarki muzycznej, przede wszystkim za – moim zdaniem – genialny pomysł na dobór czasu fabularnego powieści, który implikuje pozostałe elementy książki na czele z wiodącym tematem narracyjnej opowieści. I choć to historia kryminalna, to nie idzie w tym przypadku o intrygę, lecz o to wszystko, co ją tworzy i pozwala jej zaistnieć. Główny czas opowiadanej historii to sierpniowe dni, tuż przed wybuchem II wojny światowej, choć narracyjnie cofamy się też do początku lat trzydziestych XX wieku. W tej klamrze czasowej pisarka układa główne akty fabularnej historii, która – skoro dzieje się w wolnym mieście Gdańsku – musi na scenę przywołać i bohaterów polskiego pochodzenia, i niemieckiego, i zwolenników III Rzeszy, i obrony polskości. A w tle tyka, z czasem coraz szybciej i wyraźniej, zegar odliczający moment do pierwszego wystrzału z krążownika „Schleswig-Holstein”, będącego symbolem i rzeczywistym sygnałem do jednej z największych tragedii w historii ludzkości. Nie będę zdradzał, ze względu na przyjemność lektury przyszłych czytelników, kto jest kim pośród bohaterów i kogo popiera z wyborów narodowych, politycznych oraz ideologicznych, ale – powtórzę jeszcze raz – to czas i moment idealnie wybrany przez autorkę dla zbudowania arcyciekawej historii literackiej z nośnikiem o wielu znaczeniach odbiorczych. To ostatnie z pewnością było ważnym zamysłem Żukowskiej i chyba bardziej się udało niż nie powiodło.
„Teufel” to retro-kryminał. Nie ulega wątpliwości, że o dość udanej realizacji. Czas i przestrzeń epoki, stanowiące przecież główny budulec powieściowy, zostały przez autorkę oddane przede wszystkim przekonująco. Lepiej Żukowskiej poszło z czasem, bo ten narracyjnie zbudowany jest na wielu piętrach prowadzonej opowieści. Począwszy od obecności historycznych, wtedy ówczesnych, małych i większych zdarzeń o znaczeniu powszechnym, jak i tym lokalnym – gdańskim. Dalej udanie i obrazowo czas lat trzydziestych objawia się w głównych postaciach opowiadanej historii. Najmocniej widoczne jest to oczywiście na linii: Lotte Meier – Marianna Walewicz. Nie mniej ważne są sylwetki komisarza Thiedtke i sturmbannfuhrera Auerbacha, bo w historii ich postaci także ukrywa się prawda i charakter tych czasów. Ale tak naprawdę czas, tamten czas, a dla nas współczesnych czas historii, przejawia się prawie w każdym detalu rzeczywistości opisywanej, rzeczywistości powieściowej, stanowiącej przestrzeń akcji. Te detale obejmują dosłownie wszystko. Począwszy od słynnej gdańskiej wódki jałowcowej Machandel (w literaturze można znaleźć nawet określenie, że to narodowy trunek gdański – pity koniecznie ze śliwką w ustach – z czasów wolnego miasta Gdańsk, choć produkowany od roku 1776), poprzez wodę mineralną z rozlewni Otto Goetza. To zresztą nie jedyne napoje charakterystyczne dla tamtego czasu i miejsc rozrywki, jakie pojawiają się na kartach powieściowych Nie można zapominać także o całym wachlarzu różnych dzienników (gazet), których lekturą raczą się wielokrotnie bohaterowie książki. A to wszystko przecież dzieje się na ulicach nie tylko samego Gdańska, ale także pozostałych miejscowości tworzących trójmiasto i okolice. Całego smaku dodaje wierne i szczegółowe oddanie oryginalnych, niemieckich nazw ulic i miejscowości, budynków czy lokali, co najbardziej uzmysławia – poza samą lekturą – umieszczony na końcu książki dwujęzyczny spis nazw ulic i miejscowości. To jednak nie koniec. Żukowska poszła dalej, o wiele dalej, niż mają to w zwyczaju nasi najlepsi twórcy kryminałów retro, Marek Krajewski i Marcin Wroński. Pośród snutej opowieści fabularnej pojawiają się dodatkowo wcale nie rzadkie fragmenty wierszy, piosenek, a obok postacie historyczne, ważne dla literatury czy muzyki, jak choćby wymieniając największe nazwiska: Herbert von Karajan, Bertold Brecht i Ignacy Jan Paderewski. Pisarka nie zapomina również o lokalnej scenie autentycznych postaci, ważnych lokalnie. Niestety, z jednej strony widać, że Żukowska, przygotowując i pisząc książkę, odrobiła lekcję wiarygodności i rzetelności celująco. Z drugiej jednak strony, tej artystycznej, zaletą stała się pewną wadą. Mam na myśli miejscami pewien przesyt historycznością i autentycznością narracyjną. Przesyt dosłowny, bo zasłaniający wątki ważniejsze i ciekawsze. Na szczęście takich fragmentów powieściowych jest mało. Gorzej jednak z ich znaczeniem estetycznym. Mam nieodparte wrażenie, że przywoływanie, weźmy pierwszego z brzegu, Herberta von Karajana na kartach powieści jest zabiegiem redundantnym z punktu widzenia fabularnej historii. Powiem jeszcze inaczej, gdyby tej sceny nie było, dla książki i jej odbioru nie miałoby to znaczenia. A czy ujęłoby jej wartości literackiej? Nie sądzę, a może nawet zdjęłoby ciężar lektury przy jednoczesnym podkreśleniu zupełnie innych scen i postaci grających ważniejsze oraz stanowczo ciekawsze role. Doceniam jednak znacznie tych elementów świata przedstawionego, które dla gdańszczanki są przecież hołdem i oznaką małego patriotyzmu. Tej miłości ukrytej w pojęciu „małej ojczyzny”, do której szczęścia – wiemy o tym z książek innych autorów – ma Gdańsk.
„Teufel” to retro-kryminał. I element kryminalny zostaje w nim rozegrany w sposób bardzo ciekawy i nie taki powszechny w polskiej literaturze. Intryga zbudowana jest w dość prosty, lecz nie prostacki sposób. Wydawca przedstawia to dość skrótowo, ale i trafnie. Mamy sierpień 1939 roku. Na molo w gdańskim Glettkau (dzisiaj Jelitkowo) zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Zagadkę próbuje rozwikłać wspomniany już bohater całej serii kryminałów Izabeli Żukowskiej, doświadczony komisarz Franz Thiedtke. Początkowo nie wiadomo kim jest zamordowana, a sam komisarz dość szybko zostaje odsunięty od śledztwa. Czy Thiedtke porzuci swoją ostatnią sprawę przed odejściem na emeryturę, pozwalając tajemnym siłom ukryć prawdę o zbrodni? Takie zainicjowanie intrygi wygląda bardzo ciekawie i stawia autorkę w gronie twórców o dużym wyczuleniu na aspekty kryminalne. Autorka wbrew oczekiwaniom po pierwszych stronach idzie ze swoją opowieścią w zupełnie innym kierunku. Bardzo szybko dowiadujemy się kto jest ofiarą i długo też nie musimy czekać na domysły oraz potwierdzenie kto zabija. Przewrotnie jednak najciekawszym elementem kryminalnej strony powieściowej staje się kwestia motywy i udziału w nim poszczególnych osób. Od pewnego momentu „Teufel” to nie tylko kryminał, ale także powieść o charakterze szpiegowskim i sensacyjnym. A w tym wszystkim ukrywa się – moim zdaniem – najciekawszy aspekt narracyjnej opowieści o charakterze psychologiczno-obyczajowym. Po raz kolejny przywołam postacie Lotte Meier i Marianny Walewicz, które stają się bohaterkami recenzowanej książki w bardzo złożonej perspektywie odbiorczej. I tak jak stanowią największą wartość czytelniczą, tak też decydują o pewnego rodzaju zawodzie czytelniczym. Elementów historycznych, uwiarygodniających czaso-przestrzeń tego retro-kryminału zdaje się być – jak sygnalizowałem wcześniej – za dużo. Głębi i złożoności psychologicznej oraz osobowościowej postaci literackich, wspomnianych Lotte Meier i Marianny Walewicz, a jeszcze bardziej Franza Thiedtke, jest zdecydowanie za mało i zbyt powierzchownie. Pozostawia niedosyt z wrażeniem, że autorka mogła i może więcej oraz lepiej.
„Teufel” Izabeli Żukowskiej stanowi bardzo udaną propozycję literacką, która – pomimo pewnych małych niedoskonałości – kryje w sobie dużą dozę artystycznych doznań. Autorka śmiało i zasłużenie puka do drzwi czołówki polskich twórców retro-kryminałów. Na tacy powieściowej podaje czytelnikom ciekawą intrygę kryminalną, niebanalną fabułę i dużą dawkę zupełnie świeżych, atrakcyjnych informacji na temat przedwojennego Gdańska. I jeszcze jedno – nie pozwala zapomnieć o swoim bohaterze, zachęcając do lektury kolejnych przygód komisarza Thiedtke.
[dodajbox]
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i przeczytane dzięki Wydawnictwu Oficynka

