Kiedy śledztwo prowadzą kobiety… Recenzja „Przepisu na zbrodnię”

Kryminał ze swojej natury fabularnej dla większości czytelników kojarzy się z powagą i napięciem. Wynika to wprost z tematyki i mocy zdarzeń, w których trup jest obowiązkowy, a napięcie towarzyszy od początku do końca lektury. Nie oznacza to braku miejsca dla humoru lub ironii, ale te najczęściej powiązane są z cechami charakterologicznymi kreowanych bohaterów niż z samą fabułą. Może też dlatego gatunek komedii kryminalnej silniej rozwinął się w filmie niż literaturze, choć ta nie stroni od łączenia sensacji i humoru. Takim najlepszym i udanym przykładem jest twórczość wielkiej Joanny Chmielewskiej. Myślę, że w okresie wakacyjnym warto o takich książkach też pamiętać. Jedną z nich jest z pewnością powieść „Przepis na zbrodnię” Iwony Mejzy.
Główną bohaterką jest Marlena „Lena” Zawilska, skądinąd autorka powieści kryminalnych. Mieszka w niewielkim Miasteczku, w domu ze sporym ogrodem, mamą (chwilowo nieobecną) i… Panem Kotem. Pan Kot to nikt inny jak czteronożny mieszkaniec domu pisarki, który posiada własny narracyjny głos, komentując zabawnie i jakże trafnie dziejące się wydarzenia. I muszę przyznać, że to udany zabieg, bawiący zwłaszcza właścicieli kotów, którzy bardzo dobrze wiedzą jakimi własnymi ścieżkami chadzają te przesympatyczne zwierzęta. Sielski i spokojny żywot autorki kryminałów przerywa… no jakżeby co innego jak nie morderstwo. Jego ofiarą pada samotny sąsiad, z którym tak trudno łączyć jakiś morderczy motyw. Tym bardziej więc ani główna bohaterka, ani jej dobra sąsiadka o wielce znamiennym przezwisku Serwerownia. Skoro o wszystkim i wszystkich wie wszystko, no prawie wszystko, to jak ma być nazywana w XXI wieku. Dociekania obu kobiet rozwijają się w prawdziwe prywatne śledztwo wraz z powrotem do domu mamy Marleny i jej ciotki Lukrecji. Starsze, ale niezwykle energiczne panie, choć bliższe wiekiem setce, biorą sprawy w swoje ręce. Choć właściwie trzeba by napisać o własnej dedukcji i śledczym nosie. I żadną nudą nie wieje, skoro na jednym trupie się nie kończy, a motyw może mieć prawie każdy mieszkaniec dzisiejszy i dawny powieściowego Miasteczka.
Skoro to kryminał, nie może zabraknąć prawdziwego policjanta. Podkomisarz za długo jednak nie utrzymuje w tajemnicy własnych ustaleń śledczych, bowiem słodki podstęp w przypadku tego wielkiego łasucha przynosi szybko efekt… rozgadania. Choć to inteligenty i pracowity policjant, to gubi go jego największa słabość do słodkości. Więc kobiety-bohaterki karmią go i wyciągają zeń informacje. Nie po to by plotkować, lecz by dalej rozwijać swoje dochodzenie. Ostatecznie nikt na tym nie straci, czego doświadczą wspólnie zarówno cywilni bohaterowie powieści, jak i mundurowi śledczy. Ale o tym już dowie się czytelnik na ostatnich stronach recenzowanej książki.
Autorka „Wszystkich grzechów nieboszczyka” nie byłaby sobą, gdyby powieściową intrygę poprowadziła unikając jakichkolwiek zaskoczeń. Tym razem wykorzystuje patent autotematyczności. Główna bohaterką książki jest bowiem pisarką specjalizującą się w kryminalnych opowieściach. My spotykamy ją w momencie kryzysu twórczego i niejako razem z tą słabością nie tylko pokonujemy przeszkody twórcze, ale i w procesie pisania współuczestniczymy. To na naszych oczach rozwija się w alternatywnym świecie fikcji literackiej kryminalna historia powieści w powieści, przenosząca nas na ulice hiszpańskiej Barcelony. Nie nowy to zabieg, umieszczania jednej fabuły w drugiej. Ciekawe jest współprzenikanie tych dwóch światów. W zadziwiającej i tajemniczej formie fabularna układanka spod pióra bohaterki, Marleny Zawilskiej, wnika w jej codzienność. Wygląda to chwilami jak urzeczywistnianie krwawej podświadomości autorskiej, a miejscami zdaje się przypominać wyłącznie niesamowity zbieg okoliczności. Dzieje się to w tak niecodziennych okolicznościach, że jest nawet moment z podejrzeniami, czy aby to nie Zawilska macza palce w zbrodniczych zdarzeniach. W sumie mamy więc kryminał w kryminale, dwa śledztwa, które dotyczą tej samej sprawy i ostatecznie schodzą się na wspólne ścieżce dążeń do wykrycia sprawcy lub sprawców zbrodni.
Zaplątana intryga, jej śledcze rozwiązywanie i niebanalnie poukładana fabuła u autorki „Wyszedł z domu i nie wrócił” jak zawsze podana jest w formie lekkiej, dobrze czytającej się narracji. Mejza odpowiednio dozuje humor przeplatając go chwilami nie tyle grozy, co lekkiego dramatyzmu i tajemniczości. Nie da się ukryć, że nagromadzenie kobiecych bohaterek w wieku powyżej czterdziestki, dominujących nad męskimi postaciami mężów, byłych mężów, a nawet policjantów, jak w przypadku wspomnianego podkomisarza, „pokonanego” ciastem i ciasteczkami, w połączeniu z atmosferą typowo kobiecych relacji, trochę profiluje czytelnika. „Przepis na zbrodnię” z pewnością bardziej podobać będzie się właśnie żeńskiej stronie czytelniczej braci, co nie znaczy, że trafi do wrażliwości niejednego męskiego odbiorcy. To książka w sam raz na wakacyjny czas podróży, odpoczynku, niezależnie od miejsca jego spędzania, ale dla wszystkich.

08/17/2016 @ 16:02
Brzmi ciekawie,w wolnej chwili sięgnę 🙂 Pozdrawiam!